środa, 30 października 2013

(The Descendants, 2011)

Reżyseria: Alexander Payne

Scenariusz: Alexander Payne, Jim Rash, Nat Faxon

Grają (ci istotni): George Clooney, Shailene Woodley, Judy Greer, Beau Bridges

7/10

Gdyby mierzyć klasę twórców filmowych skutecznością, trudno byłoby znaleźć lepszego od Alexandra Payne'a. Ten scenarzysta, który przeważnie też reżyseruje swoje filmy, zbyt wielu ich w dorobku nie ma. Ale jak już się za coś bierze, to kończy się sukcesem. Stosunkowo niskobudżetowym „Złe i gorsze” debiutował w Sundance w 1996 r. Już drugi jego film „Wybory” (1999 r.) przyniósł mu nominację do Oscara za scenariusz. Za trzeci "napisany" i wyreżyserowany - „Schmidt” w 2002 r. - oscarowej nominacji nie dostał (dostali je aktorzy – Jack Nicholson i Kathy Bates), co było niespodzianką, bo zgarnął Złoty Glob za scenariusz. Dwa lata później "napisał" i nakręcił „Bezdroża”, co przyniosło mu i Oscara i Złoty Glob za scenariusz, a także nominacje do obu nagród za reżyserię. „Spadkobiercy” to jego piąty film, do którego w całości napisał scenariusz i go wyreżyserował, a dodatkowo jeszcze wyprodukował. Efekt? Oscar za scenariusz i nominacje za film i reżyserię, Złoty Glob za film plus nominacje za scenariusz i reżyserię. Dodać warto Złoty Glob i nominację do Oscara dla George'a Clooney'a. Co ciekawe wymienione filmy, poza pierwszym, to scenariusze pisane na podstawie powieści. Gdy Payne brał się za pisanie scenariusza "z głowy" („Park Jurajski III”, tylko w części oparty jest na opowiadaniach Michaela Crichtona, „Państwo młodzi: Chuck i Larry”), nagród nie dostawał, ale za to filmy były kasowymi sukcesami.

W każdym razie jak pisze, to styl ma rozpoznawalny - spokojny, z uśmiechem. Tu mamy na pozór skomplikowaną, w istocie prostą historię biznesmena, którego żona po wypadku zapada w śpiączkę. Nagle Matt, który wiódł życie dostatnie i spokojne, a jego jedyną powinnością był wybór oferenta, któremu sprzeda rodzinną ziemię (i to tylko formalnie, bo wcześniej zapowiedział, że zaakceptuje decyzję rodziny), staje przed szeregiem problemów, które niejednego ścięły by z nóg. Musi podjąć decyzję o odłączeniu żony od aparatury, porozumieć się z córkami, których do tej pory właściwie nie znał i poradzić sobie z wieścią, że umierająca połowica jeszcze niedawno przyprawiała mu rogi. I okazuje się, że „Spadkobiercy” są jedną wielką pochwałą rozsądku, pozytywnego myślenia i podchodzenia do spraw ze spokojem, tak, by same się jakoś ułożyły. To jeden z tych filmów, który odpręża, choć spodziewalibyśmy się jakiegoś męczącego dramatu. Warto.

Scena warta uwagi:

Starsza córka Matta prowadza się z jakimś kretynem. Chłopak z gatunku takich, których (będąc ojcem córki) wyrzucilibyście za drzwi po dwóch zdaniach, dziwiąc się co ta dziewczyna w nim widzi. Ale jest w filmie scena, w której cierpiący na bezsenność Matt natyka się w nocy na Sida. Rozmawiają. Po rozmowie nie okazuje się, że chłopak jest superinteligentny, mieliście o nim kompletnie wykoślawioną opinię, etc. Skądże znowu. Ale te kilka zdań sprawia, że staje się jakiś bliższy, normalniejszy, do zaakceptowania. Dobra scena.

poniedziałek, 28 października 2013

(Ted, 2012)

Reżyseria: Seth McFarlane

Scenariusz: Seth McFarlane, Alec Sulkin, Wellesley Wild

Grają (ci istotni): Mark Wahlberg, Mila Kunis, Seth McFarlane, Giovanni Ribisi

7/10

Po raz pierwszy (no dobra, po raz trzeci) zaśmiałem się gdy japoński dziennikarz zdzielił dłonią swoją koleżankę w studiu telewizyjnym. Chwilę zastanowiłem się, czy to poprawne politycznie, po czym machnąłem ręką i oglądałem dalej. Żarty w „Tedzie” balansują na dość cienkiej linie, czasem ją przekraczają, czasem są dość płytkie, ale to komedia kompletnie inna od siedemnastego klona „American Pie”. Fajna, zabawna, inteligentna i pomysłowa. I choć zdaję sobie sprawę, że widz bardziej wrażliwy, czy choćby o innym poczuciu humoru, może „Teda” nie polubić, to ja polubiłem. Mało jest inteligentnych amerykańskich komedii, chrońmy te, które się zdarzają.

„Ted” jest tak dobry, bo jest bardzo dobrze zagrany. McFarlane, którego polski widz zna najlepiej z wymyślenia „Family Guy” i prowadzenia ostatniej gali oskarowej, ma nosa do aktorów. Najtrudniej miał Mark Wahlberg, który jest rzadko spotykanym w przyrodzie aktorem kina akcji z pewną ambicją do udziału w lepszych filmach (był nominowany i do Oscara i do Złotego Globu), a tutaj gra kogoś kompletnie innego. I trudno odnieść wrażenie, że trochę się sam z siebie nabija. Podobnie jest z grającymi epizody, np. z Norah Jones, czy już wybitnie epizodycznym Ryanem Reynoldsem. Mila Kunis i Giovanni Ribisi tylko film wzbogacają. Tu nie ma słabej roli.

Scena warta uwagi:

No, wybór nie może paść na żadną inną, poza epicką parapetówą u Teda. Bajeczna. Parę rzeczy mi się przypomina...

niedziela, 27 października 2013

(Side Effects, 2013)

Reżyseria: Steven Soderbergh

Scenariusz: Scott Z. Burns

Grają (ci istotni): Jude Law, Rooney Mara, Catherine Zeta-Jones, Channing Tatum

8/10

Bardzo dobry thriller medyczno-sądowy, świetnie zagrany (zwłaszcza Rooney Mara i rewelacyjna moim zdaniem Catherine Zeta-Jones), o bardzo wątpliwych moralnie relacjach na linii pacjent-psychiatra-firmy farmaceutyczne. Psychiatra przepisuje cierpiącej na depresję pacjentce lek, co ma tragiczne skutki. Nie będę zdradzał jakie, ale to dopiero wstęp do bardzo pogmatwanej fabuły. Wciągającej, bo często trudno w niej oddzielić wątki ważne od nieważnych. Z biegiem czasu wracamy do drobiazgów, które wcześniej nam umknęły, by złożyć wszystkie szczegóły w całość.

Soderberghowi udało się ładnie poprowadzić historię, w której właściwie każdy z bohaterów ma coś za uszami. To wielowątkowa intryga, z bardzo ruchomą równowagą jeśli chodzi o to kto nad kim ma kontrolę. Największe wrażenie robi łatwość z jaką główny bohater, dr Banks, który do połowy filmu wydaje się tracić grunt pod nogami, potem zupełnie zmienia warunki gry, zupełnie nie robiąc sobie nic z kłopotów, jakie go spotykają. Każdy każdym manipuluje, a Banks ostatecznie robi to z łatwością psychopaty. O ile przez pewien czas dziwimy się jak niebezpieczna dla lekarza może być relacja z pacjentem, to potem równie mocno możemy się zdziwić, jak wielką kontrolę nad pacjentem może mieć lekarz. Jedno i drugie jest niepokojące.

Scena warta uwagi:

Właśnie z tym mam problem, bo próbowałem uchwycić moment, w którym Banks odzyskuje kontrolę. Albo wtedy gdy w pracy Emily, szuka jej przyjaciółki Julii. A może podczas rozmowy z Emily w szpitalu pod okiem kamery. Ten punkt zwrotny filmu, można wskazywać w co najmniej kilku różnych momentach. To też jego wartość.

P.S. Będę się tego czepiał w każdym możliwym przypadku. Oryginalny tytuł „Side Effects” przetłumaczono w Polsce na „Panaceum”. Po co? Przetłumaczony po bożemu na „Skutki uboczne”, byłby o klasę lepszy i bardziej pasujący do filmu. Lepsze wrogiem dobrego.

wtorek, 22 października 2013

Przedstawienie: Na pełnym morzu
Miejsce: Dom Kultury „Świt” 21.10.2013
Autor: Sławomir Mrożek
Reżyseria: ?
Grają (ci istotni): Maciej Kucharski

Filmotatnik przybrał wersję teatralną, choć na teatrze znam się niewiele. Uważam (co było źródłem już niejednego sporu, ale przecież nie jestem w tym poglądzie odosobniony), że film jest najdoskonalszą ze sztuk, a teatr ma po prostu dużo więcej ograniczeń. I że po antycznych tragikach był jeszcze Szekspir i na nim teatr się skończył. Ale potrzeba chwili jest taka, że jest potrzeba takiego wpisu na Filmotatniku.

Ponieważ się nie znam, to napiszę... co mi się podobało, a co nie. Podobało mi się profesjonalne podejście twórców do tematu. I odwaga w wyborze sztuki. Jednoaktówka Mrożka jest się trudna do wystawienia, bo mimo wszystko trochę się zestarzała. Dobra satyra polityczna broni się w każdym systemie (a Mrożek jest niedościgłym mistrzem takich właśnie satyr), ale nie w każdym będzie równie łatwo odbierana. Na sali były dzieci, również młodzież szkolna, również inne towarzystwo. I daję sobie rękę uciąć, że pół widowni nie zrozumiało np. dwuznaczności wyborów powszechnych, w wyniku, których w kapeluszu znalazły się cztery kartki.
Podobało mi się zaangażowanie w rolę Średniego, aktora, grającego rolę Średniego. Od pierwszych chwil widać było, że świetnie wczuł się w postać.
Podobało mi się sensowne wykorzystanie całej przestrzeni sali. Nie widziałem wcześniej żadnej adaptacji "Na pełnym morzu", ale chyba twórcy zrobili to klasycznie, czyli najlepiej jak się da. Teatr jak parę innych rzeczy w życiu należy robić prosto i bez udziwnień.
Podobała mi się wreszcie idea bankietu po premierze (choć się na niego nie zdecydowałem), choć dużo bardziej wolę szlachetny zwyczaj imprezy po próbie generalnej, której tu zabrakło. Tzn. imprezy (chyba), a nie próby generalnej (chyba).

Co mi się nie podobało? Oświetleniowiec, któremu mam wrażenie zdarzyło się przysnąć. Facet, który wszedł na salę, pytając "gdzie jest film? miał być film!", choć trochę go rozumiem, to jednak zachował się niegrzecznie. Wreszcie, że było krótkie. "Na pełnym morzu" zwykle wystawia się przy okazji jakiejś innej sztuki Mrożka. Jakby chcieli to by się nauczyli dwa razy więcej tekstu.

Generalnie popieram.

Fragment wart uwagi:
Średni na początku sztuki krzyczy, że zjadłby coś. Rzuca wędką, macha rękami. To zapada w pamięć. Kto wie o czym mówię, ten wie o czym mówię

niedziela, 20 października 2013

(Zero Dark Thirty, 2012)

Reżyseria: Kathryn Bigelow

Scenariusz: Mark Boal

Grają (ci istotni): Jessica Chastain, Kyle Chandler, Jason Clarke, Jennifer Ehle, Mark Strong, James Gandolfini

7/10

Przez ponad półtorej godziny dzieje się niewiele, potem mamy inwazję na dom w Abbottabadzie i zabójstwo Bin Ladena. Kto oczekuje sensacji i tempa, ten może do tego drugiego nie dotrwać. To co twórcy filmu chcieli pokazać przede wszystkim, to jak piekielnie wymagające od osób, które się tym zajmowały, było schwytanie Saudyjczyka. Poświecić muszą wszystko, dostają w zamian niewiele. Tak jak w filmach o Bondzie, mamy tu tortury, i strzelaniny i wybuchy. Tyle, że temu wszystkiemu brakuje bondowskiego romantyzmu. Tak naprawdę mnóstwo tu nudy, dłużyzny, pracy ze świadomością, że może się zdać psu na budę.

Bigelow początkowo chciałą zrobić film o ataku na Tora Bora. Scenariusz postanowiła zmienić, gdy dowiedziała się o zabiciu Osamy Bin Ladena. Wyszedł porządny film (choć nie rewelacyjny, "porządny" to dobre słowo), świetna ilustracja do tego kawałka amerykańskiej historii, który jest nazywany „wojną z terroryzmem”. Bardzo oszczędny we wszelkich filmowych fajerwerkach, co dodaje mu autentyczności, choć odbiera atrakcyjność. Wybór Jessiki Chastain do głównej roli wydaje się trafieniem w dziesiątkę. Pasuje idealnie. A początkowo tę rolę miała dostać Rooney Mara.

Scena warta uwagi:

Nie będę oryginalny, jeśli wskażę półgodzinną scenę ataku na dom, w którym ukrywał się Osama Bin Laden, choć fajnych jest jeszcze kilka, jak np. Maya codziennie wypisująca markerem na szybie swojego szefa kolejne dni bezczynności. Atak to najmocniejszy element filmu, ma się wrażenie, że w rzeczywistości wszystko mogło się odbyć właśnie w ten sposób. Warto dotrwać.



piątek, 18 października 2013

(The Divide, 2011)

Reżyseria: Xavier Gens

Scenariusz: Karl Mueller, Eron Sheean

Grają (ci istotni): Michael Biehn, Rosanna Arquette, Milo Ventimiglia, Michael Eklund, Lauren German

6/10

To właściwie mógłby być wpis w części muzycznej „Filmotatnika” bo na ten film trafiłem przez główny motyw z ostatnich scen. Przeszukując You Tube'a można znaleźć piosenkę promującą film, w której do muzyki Jean-Pierre'a Taieba dołozono słowa i powstał utwór „Running After My Fate”. Rewelacyjny. Zresztą Taieb współpracował już z Gensem i przy „Frontiere(s)” i przy krótkometrażowym „Au petit matin” i francuski reżyser powinien pilnować swojego kompozytora jak oka w głowie, bo jego muzyka podnosi ocenę.

A w tego typu filmach – to dość nietypowy film postapokaliptyczny - muzyka może wiele i buduje nastrój. W Nowym Jorku doszło do atomowej eksplozji. Nie wiadomo, jak, kto i dlaczego, bo w pierwszej scenie jest powszechne ratuj się kto może. A ok. dziesięć osób zbiega do piwnicy, gdzie jest schron. Ratują życie, ale co dalej? Bez zdradzania historii, która prawie w całości toczy się we wspomnianej piwnicy, trzeba oddać Gensowi, że zrobił film „brudny”. Trudny do oglądania, mroczny, niesamowicie brutalny, ale tym samym w perwersyjny sposób wciągający. Film o ludziach którzy znaleźli się w sytuacji tak krytycznej, że sami nie do końca zdają sobie z tego sprawę. Fascynuje jak z biegiem czasu się zmieniają. Jak ci, wydawałoby się najmocniejsi, z biegiem czasu tracą siłę, a słabi radzą sobie lepiej niż można się spodziewać. O bohaterach mamy strzępki informacji, poznajemy ich na początku filmu, pod koniec to często inni ludzie. To ciekawy film, choć dla odpornych widzów.

Scena warta uwagi:

Niejedna. „The Divide”, poza kilkoma błędami, być może niezrozumiałymi decyzjami bohaterów, to sprawnie przeprowadzona fabuła. A mi bardzo podoba się pierwsza scena gdy Eva ogląda przez okno wybuch. Trwa krótko, bo zaraz mąż łapie ją za rękę i każe uciekać. Ale i scena jest ładna i sama Lauren German, która gra Evę w tym filmie wygląda świetnie. Niewiele zdradzę, jeśli powiem, że film jest spięty pewną klamrą, więc na końcu...

P.S. I jeszcze jedno. Okazało się, że Michael Biehn jest aktorem. On naprawdę umie grać. Nie spodziewałem się tego po nim.

wtorek, 15 października 2013

(Kuroyuri danchi, 2013)

Reżyseria: Hideo Nakata

Scenariusz: Junya Kato, Ryuta Miyake

Grają (ci istotni): Atsuko Maeda, Hiroki Narimiya

5/10

Warszawski Festiwal Filmowy ponoć dba o jak najwięcej nowości. „Kompleks” miał tutaj swoją polską premierę. Ale w tym przypadku trudno mówić o nowości. Po raz kolejny odniosłem wrażenie, że jak ktoś widział „Ring” to widział już wszystkie japońskie horrory. W tym filmie nie ma absolutnie nic nowego. Są Japończycy, Japonki, duchy, dość bolesny rodzaj śmierci, etc. Tym co mnie zaciekawiło są chyba tylko mimo wszystko niespodziewane problemy mieszkaniowe mieszkańców Japonii, gdzie czteroosobowa rodzina mieszka na metrażu mniejszym niż mój własny, też nieprzesadnie rozbuchany, ale to taka obserwacja na marginesie...

Sam film jest dość sprawnie zrobiony, historia ładnie się rozwija, ale – jak wspomniałem – wszystkie chwyty już były. Młoda dziewczyna przeprowadza się z rodziną do nowego mieszkania. Okolica spokojna, aż nudna. Jej jedynym znajomym staje się pięcioletni chłopczyk, z którym bawi się w piaskownicy. Z biegiem czasu okazuje się, że z mieszkania za ścianą dochodzą dziwne odgłosy, a dziewczynie wydaje się, że zaczyna wariować. No i potem duchy, i tak dalej. „Kompleks” jest reklamowany jako dzieło Hideo Nakaty, czyli reżysera „Ringu” i „Dark Water”, ojca J-horroru. Jak ktoś tamtych filmów nie widział, to może nawet się przestraszy. Jak ktoś widział, to może sobie darować.

Scena warta uwagi:

Fajna jest jedna z pierwszych scen, w czasie których widz może nabrać wrażenia, że coś jest nie tak. Całkiem niewinna. Rodzina siada do śniadania, nie rozmawiają o niczym szczególnym. W pewnym momencie wymiana zdań staje się nieco dziwna. Nie będę zdradzał szczegółów, ale i widz i główna bohaterka orientują się, że coś jest nie tak, powoli, z początku jeszcze nie wiedząc o co chodzi. To fajny zabieg. Tyle, że nie nowy.

P.S. Rzecz jasna film, w oryginale zatytułowany „Kuroyuri danchi”, co przetłumaczono na angielski „The Complex”, nie ma jeszcze polskiego tytułu, ale w materiałach festiwalowych jest tłumaczony na polski „Kompleks”, więc takiego tytułu używam.

12:53, kubadybalski , horror
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 października 2013

(After Earth, 2012)

Reżyseria: M. Night Shyamalan

Scenariusz: Gary Whitta, M. Night Shyamalan

Grają (ci istotni): Will Smith, Jaden Smith, Sophie Okonedo

5/10

Ot taka historia S-F. Tysiąc lat po porzuceniu Ziemi przez ludzi, rozbija się na niej statek. Katastrofę przeżywają ojciec (generał) i syn (który chce być żołnierzem). Tata jest ranny, więc w wyprawę po nadajnik, który spadł sto kilometrów dalej musi się udać 15-letni syn. Do obejrzenia. Ciekawe w niej jest, że główne role – reszta to epizody – grają Will Smith (który w dodatku wpadł na pomysł scenariusza, więc jest wymieniany jako „story by...”) i jego syn Jaden. W dodatku film wyprodukował Smith, wraz z żoną, Jadą Pinkett Smith. W sumie szkoda, że nie zagrała, bo tę aktorkę akurat lubię. A synowi aktorskiej pary raczej kariery nie wróżę. Chyba że w filmach taty lub mamy.

Druga warta uwagi rzecz, to reżyser. I właściwie nie wiadomo, czy można się cieszyć, czy martwić. To kolejny film Manoja Nighta Shyamalana, który przez krytykę został zjechany równo z trawą. I trudno polemizować z faktem, że reżyser i scenarzysta, który półtorej dekady temu zapowiadał się na jednego z najlepszych w zawodzie, rozmienia się na drobne, robiąc filmy z pogranicza bajki i S-F, które są słabe lub co najwyżej przeciętne. Ja mam jednak do niego słabość, wciąż czekam na film na poziomie „Szóstego zmysłu”. Więc cieszy przynajmniej to, że jeszcze długo będzie miał okazję próbować, bo choć znienawidzony przez krytyków jest kochany przez wytwórnie, którym daje gigantyczne zyski. „1000 lat po Ziemi” kosztował 130 mln dol., zarobił prawie 250 mln dol. Dwa poprzednie filmy czyli „Ostatni władca wiatru” (koszt – 150 mln) i „Zdarzenie” (koszt – 48 mln) zarobiły odpowiednio 320 mln i 160 mln. Zajęcie będzie miał jeszcze długo.

Scena warta uwagi:

Właściwie to żadna nie jest warta specjalnej uwagi. To niestety film przeciętny. Sprawny technicznie, zagrany znośnie, do obejrzenia i zapomnienia.

niedziela, 13 października 2013

(Final Ascent, 2000)

Reżyseria: David Warry-Smith

Scenariusz: Jeff Yonis, Rob Kerchner

Grają (ci istotni): Jurgen Prochnow, Antonio Sabato Jr.

1/10

Ten film pewnie nigdy nie znalazłby się na Filmotatniku, ale każda skala ocen, aby była przydatna, musi pasować do rzeczywistości. Długo czekałem na film, na podstawie którego można pokazać jak wygląda „dzieło” zasługujące na „jedynkę”. I oto w sobotni późny wieczór TVP2 uraczyła widzów takim oto filmem telewizyjnym produkcji amerykańsko-kanadyjskiej.

Para doświadczonych przewodników górskich organizuje dla amatorów wyprawę w Góry Skaliste. Wśród uczestników jest też trzech bandziorów, którzy chcą wejść na szczyt, bo na nim jest łup – 30 mln dol. w obligacjach. Porywają więc wycieczkę i zmuszają do wspinaczki. Potem mamy półtorej godziny niespodziewanych zwrotów akcji. Naprawdę niespodziewanych, bo wyobraźnia scenarzystów fruwa ponad szczytami nieskrępowana logiką, czy zdrowym rozsądkiem. W czasie wspinaczki dziewczyna, która jest przewodnikiem ucieka, potem razem z ojcem podąża śladami bandziorów, chcąc pomóc swojemu chłopakowi, potem znów wpadają w ich ręce, potem znów uciekają, jedni giną inni zaskakująco nie giną, jest i miłość i strzelanina, i noże, i policja, i FBI, i zdrada, i zardzewiały most nad przepaścią, i góry, i helikopter, i lawina, i znów zdrada, i zaskakujące (!) zakończenie.

Wszystko jest.

Trochę się zastanawiałem, bo z zakamarków pamięci jestem w stanie przywołać gorszy film (kiedyś dawno temu oglądałem bułgarsko-amerykańską kooprodukcję o agencie CIA, który ściga bandytów po ulicach Sofii, ale już nie pamiętam tytułu). Nie jest łatwo dostać „jedynkę”. Przy takim filmie muszę mieć pewność, że świat kina byłby lepszy, gdyby nie powstał. Musi to być pastisz, który twórcy zrobili najzupełniej poważnie. Który ich kompromituje. Musi być absurdalny, nie trzymać się kupy, ciągnąć go w dół powinna zarówno gra aktorów, jak i zdjęcia, efekty i muzyka. W „Ostatniej wspinaczce” są ładne pejzaże i gdyby nawet chcieć twórcom zapisać na plus umiejętność wyboru planu zdjęciowego, to pogrążają się w ostatnich scenach filmu gdy bohaterowie raz stoją w otoczeniu szczytowych skał, po chwili w lesie, w jednej scenie świeci słońce, po chwili pełne zachmurzenie. Ech... W każdym razie polecam. Ten film warto obejrzeć, zapamiętać, żeby wiedzieć, czego się wystrzegać. Dlatego ta notka jest nieco dłuższa niż zwykle.

Scena warta uwagi:

Można sypać przykładami płodnej inwencji scenarzystów. To może scena pod wierzchołkiem góry. Beth ściga w drodze na szczyt bandziora i swojego ojca. Skały, śnieg, zadymka. Warunki widać, że jak w Himalajach. Przylatuje helikopter (!), wysiada z niego szef FBI w lakierkach, marynarce i pod krawatem (!) każe dziewczynie wsiadać do helikoptera. Ta strzela focha (!, naprawdę – strzela focha), rzuca w niego niesioną ze sobą liną (!), odwraca się na pięcie i wspina się dalej (!, bez liny to mało, zwróćcie uwagę, że nie ma np. rękawiczek). Szef FBI każe z powrotem wsiadać do maszyny pilotowi (który w między czasie wysiadł, chyba żeby rozprostować kości – co z tego, że jesteśmy na skalnej półce, 4000 m. n.p.m., co będzie tak siedział i nic nie robił) i odlatują. Na odchodnym pilot mówi, że muszą wracać, bo pogoda się pogorszyła.

P.S. Plakat ilustrujący notkę ma tytuł "Final Descent". Nie wiem dlaczego, czy został np. przerobiony przez zdenerwowanego widza, ale to ten film.



14:07, kubadybalski , sensacyjny
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 października 2013

„Angel” z filmu (m.in.) „Przekręt” - Massive Attack”

Tym razem Filmotatnik w wersji muzycznej o bardzo znanym utworze, o którym warto parę słów napisać choćby dlatego, że trudno mi sobie przypomnieć piosenkę która pojawiłaby się w większej ilości filmów. Seriali, w których wykorzystano „Angel” nawet nie warto wymieniać, bo na oko w co drugim z ostatnich kilkunastu lat gdzieś tam pobrzmiewa całość, albo fragment. Ale filmów i to ważnych, była cała masa. Tuż po nagraniu „Angel” trafił na ścieżkę dźwiękową rewelacyjnego „Pi”. Potem były m.in. „Wonderland” Michaela Winterbottoma, z tego samego 1999 r. „Spisek doskonały”, „Przekręt”, z którego zapamiętałem go najlepiej (wideo poniżej), „Lot Feniksa”, „Zostań”, itd. Można wymieniać.

 Ale tego rodzaju, mocna i mroczna muzyka pasowała do podobnych w stylu filmów, które kręcono na przełomie stuleci, a Massive Attack jest tylko jednym z wielu zespołów, z których twórczości kino zaczęło korzystać garściami. Ale w tym przypadku czerpało wręcz wiadrami. „Angel” to niejedyna piosenka, która trafiła do filmów i seriali. Dziś najbardziej znana telewidzom jest chyba „Teardrop”, która trafiła m.in. na czołówkę „dra House'a”. „Inertia Creeps” pojawiła się choćby w „Złodzieju życia”. „Unfinished Sympathy” którą po raz pierwszy użyto w filmie „Sliver” w 1993 r., była potem wykorzystywana wielokrotnie przez kilkanaście lat. A mi gdy myślę o Massive Attack w filmie, poza wspomnianą sceną palenia przyczepy z „Przekrętu”, przychodzi do głowy „Wire” lecący przy okazji napisów końcowych „Alei Snajperów”. Świetny film i świetna muzyka. 

 
1 , 2
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi