poniedziałek, 20 października 2014

(Isänmaallinen mies, 2013)

Reżyseria: Arto Halonen

Scenariusz: Arto Halonen

Grają (ci istotni): Martti Sousalo, Pamela Tola

8/10

Jeden z lepszych filmów sportowych jakie widziałem od dłuższego czasu. Nie wierzcie, że w sporcie (konkretnie – w biegach narciarskich) o sukcesie decyduje trening, talent i determinacja. Decyduje szpryca. Arto Halonen błyskotliwie opowiada - w formie czarnej komedii - historię o fińskiej drużynie biegaczy, przygotowującej się do igrzysk w Calgary. Finom trafił się skarb – bezrobotny Toivo, który z dnia na dzień został właczony do sztabu kadry, bo okazało się, że jego krew o grupie 0Rh- zawiera niezwykle wysoki poziom hemoglobiny. Widz wchodzi więc w sam środek wesołej gromadki składającej się z natchnionego patriotyzmem trenera, który przez to słowo rozumie obowiązek znalezienia dla swoich sportowców lepszej szprycy niż konkurenci, jego chlejących na potęgę pomocników („Z raportu policji jugosłowiańskiej: Znaleźliśmy dwóch kompletnie pijanych mężczyzn. Nie mówili w żadnym zrozumiałym języku. Na pewno w żadnym europejskim...”), fińskiej biegaczki Aino, na pierwszy rzut oka niebieskookiej blondynki o wygladzie aniołka, która jednak dla sukcesu wbiłaby sobie dowolną strzykawkę, przespała się z kimkolwiek i wydrapała oczy „koleżance” z kadry (z wzajemnością), oraz wspomnianego Toivo, który szybko odnajduje się w „wielkim sporcie”.

Halonen po seansie opowiedział, że najpierw nakręcił dokument, w którym opowiedział szczegóły gigantycznej afery dopingowej fińskich biegaczy podczas MŚ w Lahti w 2001 r. Potem przyszedł pomysł na film fabularny. - Finowie rozpoznają w tym filmie prawdziwe postacie, w tym głównego trenera, który zresztą wielokrotnie dzwonił do mnie, gdy kręciłem ten film. Przestał gdy film wszedł do kin. Wiem też, że istniał człowiek, który pełnił rolę „awaryjnego rezerwuaru krwi” dla biegaczy [przetaczano im ich własną, natlenioną krew, ale czasem zapasy się kończyły, lub krew zatrzymano na granicy i trzeba było się ratować – F.], w dokumencie o nim nie wspomniałem, bo historię znam z drugiej ręki, od osób, które potem pracowały z kadrą – tłumaczył, dopytywany przez widzów. Po seansie dwa razy dostał oklaski na stojąco. Jestem przekonany, ze większość sali gratulowała mu świetnej czarnej komedii. Niektórzy tylko zdawali sobie sprawę, jak jednocześnie wstrząsający jest ten film. Bo siła „Patrioty” tkwi też w tym, że wszystko jest na wierzchu, bezczelność jest odarta z jakiegokolwiek wstydu. No ale patriotyzm ponad wszystko...

Scena warta uwagi:

Jeśli przyjrzycie się uważnie (przyznaję, że tego nie wychwyciłem, dopiero Halonen o tym wspomniał), to zauważycie, że w scenie gdy w Calgary kompletnie pijany Toivo jest wyrzucany z taksówki, taksówkarza gra nie kto inny jak... Ben Johnson!

P.S. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdyby ktoś coś takiego nakręcił w Polsce (materiał przecież jest), zostałby zlinczowany przed premierą...



00:14, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 października 2014

(Neurasthenia, 2014)

Reżyseria: Omid Tootoonchi

Scenariusz: Omid Tootoonchi

Grają (ci istotni): Poolad Mokhtari, Mahsa Mohammad Kazem, Zahra Behrouz Manesh, Mohsen Khoeiniha

2/10

„Znowu w życiu mi nie wyszło...” - śpiewała Budka Suflera i to samo mógłby zaśpiewać główny bohater filmu prezentowanego na WFF. Irański James Dean ma 25 lat, mieszka w Teheranie, ma mieszkanie po ojcu i samochód, ale nie ma dziewczyny i z tego powodu śpi w samochodzie popadając w marazm, apatię i generalną bezsilność. Film jest o jego marazmie, apatii i wspomnianej bezsilności, z którymi próbuje sobie radzić korzystając z rad pani psycholog, co jest bez sensu, bo ona radzi mu (w największym skrócie) wziąć się za siebie i rozmawiać z ludźmi, czego on robić nie chce.

I w ten sposób reżyser, scenarzysta i producent w jednym, który „Neurastenią” debiutuje w długim metrażu, męczy głównego bohatera przez półtorej godziny, a wraz z nim męczą się widzowie. Między próbą nawiązania bliższej relacji z pierwszą (tradycjonalistka, wciąż zakochana w poprzednim chłopaku) a drugą (wolny duch, dusza artystyczna, aktorka-amatorka, czy coś) kandydatką na miłość, bohater filmu przeżywa, rozważa, walczy z wewnętrznym rozdarciem, snuje się, bierze udział w nielegalnych wyścigach ulicznych i próbuje (nieudanie) bawić się w futbolową bukmacherkę i mało mówi. Tylko patrzy smutnymi oczami, czasem płacze (mniej wytrzymałym widzom też się zbiera na płacz). Niby jest w filmie pewien wątek sensacyjny, tylko właściwie nie wiadomo po co, bo pasuje do reszty filmu jak pięść do nosa. „Neurasthenia” to irańskie kino niezależne, autor filmu raczej nie miał szans, żeby dostać jakieś dofinansowanie od ajatollahów i chyba tym razem trzeba im za to podziękować.

Scena warta uwagi:

Co robią młodzi teherańczycy tego wieczoru kiedy jeden z nich rozstał się z dziewczyną? Idą na lody. Naprawdę. Ewentualnie piją sorbet lub mrożoną herbatę. Ciężka sprawa...

P.S. Notka bez plakatu, bo chyba takiego nie ma.

Filmotatnik jest też na Twitterze i Facebooku



13:27, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 października 2014

(Filth, 2013)

Reżyseria: Jon S. Baird

Scenariusz: Jon S. Baird

Grają (ci istotni): James McAvoy, Jamie Bell

7/10

Wart obejrzenia podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego, a jeśli podobało wam się „Trainspotting”, to już w ogóle. James McAvoy przyszedł kiedyś do Jona S. Bairda z pomysłem sfilmowania kolejnej książki Irwine'a Welsha, w której rzecz jasna chciałby zagrać główną rolę. Baird początkowo uznał, że McAvoy jest do roli za młody, ale w końcu razem stworzyli scenariusz. Po głównym aktorze tylko czasem widać, że rzeczywiście nie jest jeszcze tak zmęczony życiem jak główny bohater, ale poza tym rolę zdecydowanie dźwiga. Jak wspomniał reżyser przy okazji warszawskiej projekcji, McAvoy przygotowywał się do kręcenia filmu chlejąc po pół butelki whiskey „dzień, w dzień”. Każdy z tych dni widać na jego twarzy.

Sam film jest z gatunku takich, które bardzo lubię. Główny bohater, detektyw Bruce Robertson to książkowy przykład zwyrodnialca. Kłamie, oszukuje, bije ludzi, nie szanuje nikogo, a przede wszystkim siebie. Nie ma w nim nic, co można byłoby polubić. Na początku jest jeszcze śmiesznie i można film uznać za czarną komedię. Potem robi się strasznie i dramat, a widz powoli ogląda pogrążającego się bohatera. Reżyser nie oszczędza ani jego, ani widzów ze szczegółami pokazując przemoc, seks, no i pewną, chyba popularną w Szkocji, grę biurową. „Zachęcam do obejrzenia filmu w który bardzo wierzę, a po seansie, dla odreagowanie, może warto będzie sobie walnąć ze dwie lufy” - powiedział widzom przed seansem Baird. Pewnie niejeden skorzystał.

Scena warta uwagi:

Ostatnia jest fajna.

P.S. Baird po filmie wspomniał, że następny film, który zrobi, to będzie coś zahaczającego o kino familijne. Też chyba musi odreagować.



sobota, 11 października 2014

(For Those Who Can Tell No Tales, 2013)

Reżyseria: Jasmila Żbanić

Scenariusz: Zoran Solomun, Kym Vercoe, Jasmila Żbanić

Grają (ci istotni): Kym Vercoe, Simon McBurney, Leon Locev

5/10

Wciąż do obejrzenia na Warszawskim Festiwalu Filmowym, choć nie wiem czy warto się bić o bilet. Reżyserka “Grbavicy” znów opowiada tę samą historię. Tym razem z punktu widzenia Australijki, która nie wiedzieć czemu postanowiła przyjechać na wakacje do Sarajewa. A jak już tam była, to wymyśliła, że obejrzy sobie średniowieczny most w Wyszegradzie, o którym przeczytała w książce. Rzecz w tym, że poniewczasie odkrywa, że hotel w którym mieszkała w tym mieście (Wyszegrad leży w serbskiej części Bośni), w czasie wojny był budynkiem w którym gwałcono i mordowano Bośniaczki, w tym dziewczynki. Tak nią to porusza, że do końca filmu nie może dojść do siebie.

Film jest równie wstrząsający jak “Grbavica”, tylko że brakuje mu tamtej wciągającej historii. To nie jest opowieść, która stopniowo odsłania głęboko tkwiące w ludziach okropności wojny, trochę tylko przykryte przez krótki czas pokoju. Tutaj turystka z cywilizowanego świata kangurów odkrywa, że wojna na Bałkanach była pełna bestialstwa i zdaje się dziwić, że ludzie, którzy tam wciąż mieszkają, a swoich sąsiadów wypędzali, mordowali, gwałcili, a nawet tylko się przyglądali, albo nawet wyjechali, a potem jakby nigdy nic wrócili, nie marzą o tym, by ich przypominać. Jeśli Zbanić brakowało filmu o tym w światowej kinematografii, to najwyraźniej nie widziała “Pokłosia”. A tu bardziej chciała chyba szokować, niż pomyśleć nad dobrym scenariuszem.

Scena warta uwagi:

W którymś momencie, do Kym, jedzącej śniadanie, dosiada się jeden z mieszkańców Wyszegradu (to aktor Leon Lucev, który jest Chorwatem, w “Grbavicy” grał Bośniaka, a tu gra bośniackiego Serba), który dość łopatologicznie wyjaśnia jej, dlaczego czuje się u siebie. Dość łatwo można się domyślić, dlaczego reprezentacji Bośni i Hercegowiny podczas niedawnego mundialu kibicował nawet Novak Djoković, ale nie serbska część kraju.

P.S. Taka przykra obserwacja z WFF. Czy nikt szanownym widzom festiwalu nie wyjaśnił, że gdy lecą napisy i światło jeszcze się nie zaświeciło, to film się jeszcze nie skończył. Tymczasem w dość ciasnej sali 1 Kinoteki, zanim napisy doleciały do końca, w większości sala opustoszała. “Kinomani” wychodzili nierzadko depcząc tych w rzędzie, którym aż tak bardzo się nie śpieszyło. Co to za zwyczaje?

P.P.S. Jeszcze jedno. Trzyminutowe spóźnienie na film, to cały czas spóźnienie. Koniec tematu. Najlepiej się nie spóźniać.


01:43, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 października 2014

(United Passions, 2014)

Reżyseria: Frederic Auburtin

Scenariusz: Frederic Auburtin

Grają (ci istotni): Gerard Depardieu, Sam Neil, Tim Roth, Thomas Kretschmann

2/10

Film o „integrity of the game” i o „Family”, czyli o FIFA, a właściwie o prezesach FIFA, a jeszcze właściwiej - o prezesach FIFA gadających o pieniądzach. Dobrze, że niektórzy artyści nie boją się oddać hołdu, tym, których niełatwe przecież życie nie zawsze jest doceniane przez gawiedź, a czasem upływa nawet w cieniu podejrzeń o zachłanność, pychę, albo – o zgrozo – korupcję. Jules Rimet wypada w filmie jako nieco naiwny, choć pozytywny wizjoner, Joao Havelange jest pragmatykiem, być może nie do końca ostrożnym w kontrolowaniu „Rodziny” i nieco zbyt zakochanym w luksusie. Dopiero Joseph Sepp Blatter okazuje się człowiekiem o ogromnym talencie do zjednywania sobie ludzi (sponsorów), który potrafił wyprowadzić FIFA z niejednej trudnej sytuacji, przejąć się więźniami politycznymi w Argentynie, doglądać programów dla młodzieży w Afryce, jako pierwszy głośno promować futbol kobiet, a wreszcie wypowiedzieć w filmie słowa, że „każde nawet najdrobniejsze naruszenie zasad etycznych będzie surowo ukarane”. A bez cienia ironii warto wspomnieć, że Tim Roth gra Blattera świetnie, co zawyża ocenę, ale upodabnia go (Rotha) do błyskotliwego adwokata, który z gracją broni w sądzie mordercy-gwałciciela.

Ci, którzy mają ciepłe uczucia do bieganiny za futbolówką, a w dodatku nieco orientują się w tym co to za organizacja, ta FIFA, znajdą w filmie perwersyjną przyjemność w wynajdywaniu smaczków. Przynajmniej tam, gdzie nie ma czystej bezczelności. Naprawdę trudno stwierdzić, czy są przypadkowe, czy może twórcy oraz sam Blatter (ponoć osobiście zatwierdził scenariusz, czego nawet bym się spodziewał, skoro z 25 mln dol., które kosztował film, FIFA wyłożyła 20 mln) puszczają do widza oko. „Czy FIFA dostanie procent od każdego sprzedanego biletu?” - pyta Jules Rimet Urugwajczyka Enrique Bueno, który zgadza się sfinansować pierwszy mundial (rok 1924). W następnej scenie (rok 1928) Rimet tłumaczy delegatom kongresu, że pierwszy mundial odbędzie się w 1930 r. „w miejscu, które zostanie ustalone”. A w następnej (rok 1929) wyciąga z koperty karteczkę z napisem – niespodzianka - „Urugwaj”. Ci, którzy w meandrach futbolowej polityki się nie orientują, obejrzą półtorej godziny rozczulającej propagandy ilustrowanej muzyką pasującą do kina familijnego, o tym, jak FIFA naprawiała świat przez ponad stulecie swego istnienia. Uwaga będę spojlował. Zaczyna się od sceny, w której na jakiejś biednej plaży w Brazylii dzieciaki graja w piłkę, dziewczynka stoi na bramce i puszcza gola za golem. Kończy się gdy umówili się na „złotego gola”, dziewczynka drybluje przez całe boisko i go strzela.

To nawet - momentami - nie jest zły film. To jest film niemoralny.

Scena warta uwagi:

Jeszcze jedna bardzo mi się podobała. Z Havelangem i Blatterem na statku. „No dobra, ilu członków komitetu jesteś pewny?” „Mogę liczyć na ośmiu”. „Czyli potrzeba ci pięciu niezdecydowanych...”. „Ale skąd mam wiedzieć, którzy są niezdecydowani?”. „A to ja ci już powiem, którzy...”

P.S. W USA gospodarz programu "Last Week Tonight" w HBO John Oliver, podsumował film twierdząc, że „ Jest tak okropny, jak sama FIFA. Kto robi film sportowy, w którym bohaterami są działacze?”

P.P.S. Filmotatnik jest też na Facebooku i na Twitterze

sobota, 04 października 2014

(My Sweet Pepper Land, 2013)

Reżyseria: Huner Saleem

Scenariusz: Antoine Lacomblez, Huner Saleem

Grają (ci istotni): Golshifteh Farahani

6/10

Kurdyjski (tak naprawdę niemiecko-francuski) western (eastern?) o trudnej i powoli się rozwijającej miłości pomiędzy „siłaczką”, która chce nieść kaganek oświaty w jakiejś zapadłej górskiej dziurze przy granicy iracko-tureckiej, a policjantem, byłym żołnierzem, który uciekając przed światem (i matką, szukającą mu żony) dobrowolnie przyjmuje posadę komendanta posterunku tam gdzie diabeł mówi „dobranoc”. Baran to mężczyzna z zasadami, więc w górskiej mieścinie do której trafia, gdzie można tylko dojść na piechotę, lub dojechać konno (Turcy zniszczyli most), zmaga się z lokalnym mafiosem i jego zabijakami. Govend (grana przez irańską aktorkę Golshifteh Farahani, co ciekawe połowa filmów, w których grała jest w Iranie zakazana), ma około ośmiu braci, z których tylko jeden wygląda na liberała (za to z wyglądu to nawet nie hipster z Placu Zbawiciela, ale jakiś student-goszysta z Paryża 68'), więc rodzina niezbyt pochwala jej pozytywistyczne zapędy. Na dokładkę jest jeszcze kobiecy odział partyzancki, który naparza się z tureckimi żołnierzami po drugiej stronie granicy i w całej historii odegra niepoślednią rolę.

Poza kilkoma dziwnymi pomysłami scenarzysty (nie czekajcie na klasyczną ostateczną rozrywkę pomiędzy samotnym dobrym mścicielem i złą bandą), film jest interesujący, bo na każdym kroku można chłonąć rzeczywistość kompletnie nieznaną. Kurdystan jest po wojnie, generalnie szczęśliwy, bo państwo jest słabe, więc żadni Irakijczycy nie wpychają tam nosa, a Kurdowie organizują się po swojemu. Niby to Irak, ale słowa „Irak” z ekranu nie usłyszycie, bo Kurdowie są u siebie. Niby to rodzaj pastiszowego westernu, ale co chwilę spod niego wygląda prawdziwe życie. Tamtejsze kresowe miasteczko to niesamowicie malowniczy misz-masz ludzi na koniach z kałachami na plecach, przypominających bułgarskich gangsterów, klockowatych domów lila-róż, jakby żywcem wyjętych z polskiej prowincji i tureckich F-16 latających od czasu do czasu po niebie. Choćby dla tych obrazów warto ten film obejrzeć.

Scena warta uwagi:

Będą trzy, wszystkie z różnych powodów urzekające. Od pierwszej, bardzo mocnej sceny nie do końca udanej egzekucji film się zaczyna. Trochę groteskowa, a trochę jednak mrożąca krew w żyłach sytuacja w której skazańca trzeba powiesić, bo nie zbudowano jeszcze więzienia. Piękna, choć groźna (nawiasem mówiąc nie do nakręcenia w Hollywood, bo obrońcy praw zwierząt puścili by producentów z torbami) jest scena w dwoma walczącymi końmi. Na dobrą sprawę niczego takiego jeszcze ani w kinie, ani na żywo nie widziałem. No i wreszcie grająca na dziwnym instrumencie Govend. Muzyka jest rewelacyjna.



20:49, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi