sobota, 31 października 2015

(Crimson Peak, 2015)

Reżyseria: Guillermo del Toro

Scenariusz: Guillermo del Toro, Matthew Robbins

Grają (ci istotni): Jessica Chastain, Mia Wasikowska, Tom Hiddleston

5/10

Guillermo del Toro lubi komiksowe filmy. Takie w których wstęp do sceny zaczyna się ujęciem, które mogłoby być obrazem. Dlatego ogromną wagę przywiązuje do scenografii. Równie mocno lubi pokręcone osobowości i zabawy okrucieństwem, dlatego niezależnie czy film reżyseruje, czy tylko go pisze (a jest równie płodnym scenarzystą co reżyserem, przyłożył m.in. rękę do wszystkich części ekranizacji "Hobbita") można mieć pewność, że ani jednego ani drugiego nie zabraknie. Tym razem zrobił horror z dużą ilością duchów, w stylu wiktoriańskim, w którym kolory odgrywają olbrzymia rolę. „Crimson Peak” jest najprzyjemniejsze dla oczu. Sam pomysł na osadzenie historii sprawia, że film jest do gruntu krwawy i należy to stwierdzenie traktować dosłownie.

Tyle tylko, że za orgią dla oczu nie nadąża fabuła, która wielokrotnie wyraźnie kuleje. Jeśli wybierzecie się na ten film do kina, to raczej będziecie się bać niespodziewanych krzyków zza pleców niż samej wciągającej historii. Choć w powietrzu latają noże, tasaki i zjawy, to wątek często się plącze i w ostatnich scenach bezsens goni bezsens. Meksykaninowi zdecydowanie zdarzało się robić ciekawsze filmy. Plus za Jessikę Chastain. W „Marsjaninie” trochę jej talent się marnował. Tu przynajmniej ma ciekawą rolę.

Scena warta uwagi:

No właśnie prawie każda z Chastain, w której jej bohaterka traci nerwy. Na dobrą sprawę w ciągu kilku ostatnich lat wyrosła w Hollywood aktorka, którą niedługo będzie można równać do najlepszych w historii kina. Takie mam przeczucie.

czwartek, 29 października 2015

(Ostatni kurs, 1963)

Reżyseria: Jan Batory

Scenariusz: Joe Alex na podstawie własnego kryminału „Śmierć i Kowalski” podpisanego jako Kazimierz Kwaśniewski, przy czym to wszystko pseudonimy Macieja Słomczyńskiego

Grają (ci istotni): Stanisław Mikulski, Barbara Brylska, Emil Karewicz, Ryszard Pietruski

7/10

Wybitny film edukacyjny o tym, dlaczego nie należy emigrować do Szwecji, dlaczego nie należy zawierać znajomości w barach na wybrzeżu, dlaczego nie należy ufać piosenkarkom i jak niebezpieczne bywa Orłowo w deszczu. Poza tym mamy tu wszystko, za co kocha się historie milicyjne (Milicja Obywatelska była profesjonalnym konsultantem merytorycznym filmu, co widać np. w scenie oględzin miejsca zbrodni – wszyscy w rękawiczkach), czyli jest: prawy obywatel-amant, ale wierny, inteligentny komisarz milicji starszej daty, zawsze w mundurze, który suflując dobre rady posuwa śledztwo do przodu, oficer śledczy o ciętym dowcipie (nigdy w mundurze), na pewno z przeszłością, ale o tym cicho sza, oraz rzecz jasna femme fatale w najlepszym gatunku jaki tylko Polska gomułkowska mogła wydać. No i jest banda opryszków. Bez bandy opryszków film jest nieważny.

Jan Batory (który nawiasem mówiąc w historii polskiej kinematografii wsławił się odkryciem dwóch istotnych talentów, bo w swoim poprzednim, zrealizowanym rok wcześniej, filmie – do którego też napisał scenariusz – zatrudnił w głównych rolach pewnych bliźniaków; co prawda nie okazali się talentami aktorskimi, ale potem jeden został prezydentem, a drugi Naczelnikiem Państwa) chciał zrobić film sensacyjny w stylu angielskim, nieco groźny, nieco z przymrużeniem oka. Efekt jest udany. Choć to nie jest kino, które przetrwało upływ czasu (chociaż remake chętnie bym obejrzał), to historia jest wciągająca i wartka. Duża w tym zasługa scenarzysty, bo Batory nie zmienił wiele z książkowego pierwowzoru, choć nie mogę mu darować zmiany imienia narzeczonej głównego bohatera, którą w filmie jest Marysia, a w książce – Marlena. Nie wiem dlaczego, ale mam słabość do imienia Marlena. W każdym razie polecam, jeśli macie ochotę na kryminał sprzed pół wieku. W niczym nie ustępuje amerykańskim.

Scena warta uwagi:

- Pan to chyba nie jest z milicji... - Dlaczego? - Bo oni chyba są grzeczniejsi. - Bo ja jestem nietypowy...



23:19, kubadybalski , sensacyjny
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 października 2015

(Demon, 2015)

Reżyseria: Marcin Wrona

Scenariusz: Paweł Maślona, Marcin Wrona na motywach dramatu Piotra Rowickiego „Przylgnięcie”.

Grają (ci istotni): Itay Tiran, Agnieszka Żulewska, Andrzej Grabowski, Adam Woronowicz

8/10

Temat, który od jakiegoś czasu filmowcy nad Wisłą podejmują chętnie, czyli utracony kilkadziesiąt lat temu żydowski fragment tożsamości tego kraju, Marcin Wrona wrzucił w klimaty znane z "Wesela" Smarzowskiego i zrobił z tego thrillero-horror. Efekt, wbrew temu pozornemu miszmaszowi, jest znakomity. To dobry film. Rasowy thriller, zrobiony prostymi środkami, który wciąga. Hollywood historie w takim klimacie kręci często, choć zwykle nie są to jakieś kasowe superprodukcje, ale od czasu do czasu któryś z nich stanie się znany. „Demon” pokazuje, że można taki film zrobić też nad Wisłą, bo są tu specjaliści od tego, a co ważniejsze, są tu historie które się do tego nadają.

Bo najważniejsza w tym filmie jest historia. Wrona przygotował ją z olbrzymią uwagą. Opowiada ją bez dłużyzn. Siedząc w kinie przez „Demona” się płynie. Każda kolejna scena sprawia wrażenie jakby była przygotowana z myślą o tym, by widza trzymać w niepewności, czy to co ogląda za chwilę stanie się horrorem, może gorzką komedią na wzór filmu Smarzowskiego, a może czymś w rodzaju „Pokłosia”. Świetnie wypada Itay Tiran, który jest przede wszystkim aktorem teatralnym (i to widać), gra po angielsku i łamaną polszczyzną, ale sobie z tym radzi. Dorównują mu Agnieszka Żuławska i zawsze świetny Adam Woronowicz. Choć recenzje są różne, pozytywne, ale np. Tadeusz Sobolewski trochę na ten film marudził, to ja go z czystym sercem polecam.

Scena warta uwagi:

Wiele dobrych, ale chyba koniec filmu jest najmocniejszy.

17:57, kubadybalski , horror
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 października 2015

(The Martian, 2015)

Reżyseria: Ridley Scott

Scenariusz: Drew Goddard

Grają (ci istotni): Matt Damon, Jessica Chastain, Chiwetel Ejiofor, Jeff Daniels, Sean Bean, Kristen Wiig, Michael Pena, Kate Mara

5/10

Niezły film, w końcu Ridley Scott raczej nie robi złych filmów. Ale nie ma tu naprawdę nic, co wyróżniałoby „Marsjanina” spośród wielu innych, w których amerykańscy astronauci ratują świat, lub samych siebie. Nawet ta historia została opowiedziana już dawno temu. Gdyby wziąć ten film, wymienić Marsa na okolice Księżyca, a Matta Damona na Toma Hanksa, otrzymalibyśmy „Apollo 13”.

Chyba najbardziej zmarnowanym motywem, na który słusznie zwrócił uwagę jeden z czytelników Filmotatnika, jest absolutnie pobieżne potraktowanie tego co siedzi w głowie inżyniera Marka Watneya. Siedzi na Marsie, wszyscy go zostawili, pomoc, jeśli w ogóle przybędzie, to za wiele miesięcy, a on sobie śpiewa i tańczy. Być może pod względem technicznym film jest bardzo wiarygodny, ale jeśli główny bohater niespecjalnie się w tej sytuacji załamuje (ot, czasem sobie pisemnie przeklnie, tylko przekleństwa wykropkuje, bo film w USA musi być odpowiedni dla widowni 15 minus), to ta wiarygodność kuleje. Załoga też jakoś się prześlizgnęła nad tym, że zostawiła kolegę. To druga w krótkim czasie rola Mata Damona jako kosmicznego rozbitka. Tu się nie łamie przez dwie godziny filmu. W „Interstellar” miał zaledwie epizod, a zdążył powariować. Tamta rola była ciekawsza. Tam jest to, czego tu brakuje.

Scena warta uwagi:

Śmieszna jest ta, gdy Damon zaczyna rozmawiać z Ziemią. Ale miałem problem z wyborem.

P.S. Ważna obserwacja. Wychudzony i brodaty Matt Damon jest właściwie identyczny z przypakowanym i również brodatym Leonardo DiCaprio. Niby wiadomo to od prawie dwudziestu lat, ale ten fakt jest zawsze ciekawy, gdy objawia się na ekranie...

niedziela, 18 października 2015

Obejrzane filmy: "Schneider kontra Bax", "Przebaczenie"

Ocena dni: 7/10

Ostatni weekend festiwalu okazał się całkiem przyjemny, choć dwa filmy mocno się od siebie różniły. Holenderski "Schneider kontra Bax" to czarna komedia o płatnym zabójcy, którego zadanie niespodziewanie się komplikuje. Czarnych komedii na wysokim poziomie ostatnio jak na lekarstwo, a w tym przypadku wielokrotnie będziecie śmiać się jednocześnie załamując ręce i mrucząc "nie do wiary...". Film na spokojnie zasłużył sobie na ocenę "dobry".

Tak samo Filmotatnik ocenił fińskie "Przebaczenie". Reżyser Petri Kotwica po filmie dziękował publiczności, że trzecia projekcja na festiwalu a tu pełna sala i że u niego małej Finlandii to by się nie zdarzyło. Co dziwne, jeśli więcej osób tam na północy robi tak dobre filmy. "Przebaczenie" jest osnute na dość wyeksploatowanym pomyśle wypadku samochodowego i pozostawienia ofiary na drodze, ale Kotwica bardzo solidnie popracował nad scenariuszem. Bohaterowie są fajnie pomyślani, ich zachowanie jest ciekawe, a zakończenie filmu mimo wszystko zaskakujące. W dodatku film już po zakończeniu pozwala widzom w różny sposób ocenić ich zachowanie. "Dobry" film.

17:59, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 października 2015

Obejrzane filmy: "Front w Dolinie Wakhan", "Bestia"

Ocena dnia: 6/10

Na początek oceniony na "dobry" francuski film "Front w Dolinie Wakhan". Historia żołnierzy z bazy na jakiejś zapadłej prowincji, którzy w pewnym momencie zaczynają... znikać. Jakkolwiek dziwnie brzmiał ten opis, film okazał się niezwykle poetycką, wieloznaczną historią o grupie ludzi, którzy znaleźli się w nieznanym sobie miejscu. Przekonuje, że Europejczyk czasem jest bezradny wobec rzeczywistości, której nie rozumie. Piękne góry to zawsze dodatkowy atut filmu. I tylko szkoda, ze polski tytuł jest prostym tłumaczeniem tytułu angielskiego, a nie bierze się z oryginalnego tytułu "Ni le ciel, nie la terre", który dużo bardziej pasuje do filmu.

A potem "Bestia" czyli australijsko-filipiński dramat o bokserze uczestniczącym w półlegalnych walkach w Manili, którego największym atutem jest główny aktor, który jest naturszczykiem, prawdziwym bokserem z Manili. Wypada świetnie. Poza tym jednak film jest męczący, bo przegadany (mógłby być spokojnie o 1/3 krótszy) i w sumie też niezbyt ciekawy. Najlepsza jest pierwsza scena, potem autorom trochę nie starczyło pomysłu. W efekcie ocena "taki sobie".

00:41, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 października 2015

Obejrzane filmy: "Zbawienie"

Ocena dnia: 4/10

Dziś tylko jeden film, bo kiedyś trzeba spać. Rosyjskie "Zbawienie" Iwana Wyrypajewa to historia warszawskiej zakonnicy, która, nie wiedzieć czemu, wyjeżdża w Himalaje. Tam przeprowadza dwie rozmowy - z Karoliną Gruszką oraz fałszywym gitarzystą U2 - które, w połączeniu z trekkingiem, skłaniają ją do konstatacji, że "Bóg istnieje". Sam pomysł na film nie jest jeszcze taki zły, nawet można by go było sensownie podać. Zdjęcia gór zapierają dech w piersiach. Rzecz w tym, że wspomniane rozmowy (zwłaszcza ta z Gruszką), wydałyby się infantylne nawet studentom pierwszego roku kulturoznawstwa na imprezie. Jest też w tym filmie jedno, żeby za dużo nie spojlować, kosmiczne nieporozumienie. I to wszystko do kupy złożyło się na ocenę "słaby".

P.S. Zdałem sobie sprawę, że przecież niektórzy mogą nie wiedzieć o co chodzi z tymi ocenami. Śpieszę z wyjaśnieniem. Przy wejściu na projekcję każdy dostaje kartkę, na której może napisać swoje dane, maila, żeby dostawać informacje o wydarzeniach, ble ble. Na dole kartki można zaznaczyć (choćby przerywając ją w odpowiednim miejscu) swoją ocenę filmu. Skala jest pięciostopniowa: "zły", "słaby", "taki sobie", "dobry", "bardzo dobry". Kartki są zbierane przy wyjściu i z nich weźmie się potem nagroda publiczności.

21:59, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »

Obejrzane filmy: "Tikkun", "Parabellum", "Idol"

Ocena dnia: 4/10

Nie jest łatwo. Izraelski "Tikkun" to film tak pokręcony, a przy tym niestety nudny (dlaczego kino artystyczne ubzdurało sobie, że im mniej w filmie rozmów, a im więcej ciszy, tym lepiej?). Syn pobożnego Żyda, z zapędami na uczonego chasyda, w wyniku wypadku prawie umiera. Zostaje odratowany, ale po wyzdrowieniu, zaczyna się - nie wiedzieć czemu - interesować życiem poza jesziwą i własnym domem, czym doprowadza ojca do rozpaczy. Cała historia kończy się źle, a po seansie zakończyła się oceną "słaby".

Potem było gorzej, bo austriacko-argentyńsko-urugwajski debiut pt. "Parabellum" zasłużył na ocenę "zły". Grupa osób wyjeżdża do dżungli na wakacje w formie szkolenia jak przeżyć, gdy nadejdzie apokalipsa. Uwaga będzie spojler - nadchodzi apokalipsa. A bohaterów, z biegiem czasu, coraz mniej łączy ze społeczeństwem. Widz to śledzi, jeśli ma siłę, by w trakcie nie zasnąć. Mówi się w tym filmie jeszcze mniej niż w poprzednim.

Dzień ratował nieco "Idol" dwukrotnie nominowanego do Oscara Hany Abu-Assada. Film jest oparty na historii Palestyńczyka z Gazy Mohammeda Assafa, który trzy lata temu wygrał Arabskiego Idola. Jak się domyślacie, nie było to łatwe (zresztą, żeby nie szukać daleko, na projekcji miał być goście operator tego filmu, ale go nie było, bo nie dostał wizy). Film sam w sobie jest dość naiwny i ckliwy, ale warto go zobaczyć choćby dla dziewczynki, która grał siostrę głównego bohatera, albo dla kilku scen. Absolutnie poruszająca jest ta, gdy Assaf demoluje gitarę elektryczną (coś co na scenie robiono wielokrotnie, zwykle dla taniego poklasku, tu ma kompletnie inne znaczenie). Niezwykle poetycka jest z kolei ta z parkourem w Gazie (faktycznie tam kręcona!). Chyba największym plusem tego filmu jest pokazanie absurdów codziennego życia w miejscu, które jest być może największym więzieniem na świecie. Ocena "dobry".

00:05, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 października 2015

Obejrzane filmy: "Strach", "Hel"

Ocena dnia 3/10

Słaby dzień. Zaczęło się od francuskiego antywojennego "Strachu", ekranizacji powieści z międzywojnia pod tym samym tytułem. Bardzo przejmujący, ale niestety ciężkostrawny, bo to stuminutowe wspomnienia beznadziei chłopca, który szedł na wojnę jako 19-latek, wrócił jako 23-latek, dziewczyna już na niego nie czekała. Widz przeżywa razem z tym niebieskookim wrażliwcem, choć oglądał takie cierpienia w kinie już wielokrotnie. Karta z oceną została przerwana w połowie, na "taki sobie".

Potem przyszła pora na chwalony polski "Hel", który miał premierę dzień wcześniej. Po filmie na pytania widzów odpowiadali twórcy, absolwenci łódzkiej "filmówki". Okazali się bardzo sympatyczni, niestety film zrobili słaby. Przede wszystkim nieciekawy, przewidywalny, z niezwykłym zamiłowaniem do zbliżeń na twarz postaci i ilustracji muzycznej w formie niepokojącej wiolonczeli. Historia amerykańskiego scenarzysty, który w poszukiwaniu weny przyjeżdża nad Bałtyk, a tu akurat dochodzi do niekontrolowanej fali zbrodni, powstała - jak sami mówili - na fali fascynacji amerykańskimi thrillerami z lat 80-tych i 90-tych, w tym "Autostopowiczem". Rozumiem, sam je lubię (kto nie lubi?), tyle że powstał odgrzewany kotlet, miałki nawet jako imitacja. Mieli pomysł, tyle że im nie wyszedł. Kilka inteligentnych żartów słownych i mapa Helu za plecami policjanta na posterunku to za mało, żeby dostać ocenę wyższą niż "zły".

00:50, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 października 2015

Obejrzane filmy: "Powrót", "Klezmer"

Ocena dnia 8/10

Świetny dzień. Dwa doskonałe filmy o tym jak pojawienie się w ułożonej społeczności kogoś z zewnątrz może tę społeczność kompletnie przewrócić. To jedyne co te filmy, oba ocenione w skali WFF na "bardzo dobry", łączy.

"Powrót" (tytuł źle przetłumaczony, sensownie, ale zupełnie wbrew zamysłowi reżysera, który dał mu tytuł "Daughter"). To australijska ekranizacja "Dzikiej kaczki" Henryka Ibsena. W gwiazdorskiej obsadzie (Geoffrey Rush, Sam Neil) i świetnie zagrana. Niestety z przykrością przyznaję, że dramatu Norwega nie czytałem, reżyser Simon Stone rzecz uwspółcześnił sporo ponoć pozmieniał, wyszedł film pod każdym względem dobry.

A potem "Klezmer" Piotra Chrzana, który tak naprawdę podejmuje temat do tej pory przez polskie kino chyba nie ruszany, czyli Holokaust, ale nie w gettcie, czy generalnie w mieście, ale na polskiej prowincji. Z punktu widzenia tych przodków tego niezwykle szlacheckiego narodu, którzy często nie umieli czytać, których od Baczyńskiego i Gajcego rzucających się na czołgi za ojczyznę różniło bardzo, bardzo wiele, ale których sposób myślenia przetrwał dziesięciolecia i ma się wciąż bardzo dobrze. Chrzan nie tylko zrobił film ważny, kontrowersyjny (będzie z niego awantura) ale i dobry. Ze świetnie wymyśloną siatką relacji i stosunków między bohaterami. Bez pomocy w pokazaniu go na festiwalu w Wenecji (szkoda), bez dofinansowania z PISF (błąd) i bez kwalifikacji na niedawny festiwal w Gdyni (skandal).

23:00, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi