piątek, 24 lutego 2017

(Captain Fantastic, 2016)

Rezyseria: Matt Ross

Scenariusz: Matt Ross

Grają (ci istotni): Viggo Mortensen, Frank Langella, Steve Zahn

8/10

Film spinają klamrą dwie rodzinne sceny. Pierwsza to rodzinne polowanie na jelenia. Ostatnia, to rodzinne śniadanie, przed pójściem dzieci do szkoły. Spokojnie, ani jedna ani druga nie wygląda tak, jak moglibyście się tego spodziewać. Albo inaczej. Wygląda, ale cały ich kontekst nie odpowiada waszym wyobrażeniom. Wszystko co pomiędzy, co prowadzi od jednej sceny do drugiej, to fascynująca podróż między tym co generalnie uważa się za dobre życie, a tym, co w skrytości ducha każdy z (nas?) pracujących w korporacjach/firmach/urzędach/instytucjach rozumie przez stwierdzenie „rzucić w p...du i wyjechać w Bieszczady”. Główny bohater, za którego Viggo Mortensen dostał oscarową nominację, budzi sympatię, bo robi to, czego prawie każdy chciałby spróbować. Tylko on nie próbuje. Robi to na całego, w dodatku mu to wychodzi.

Nie dziwcie się pewnemu chaosowi w poprzednim akapicie, bo „Capitain Fantastic” to jeden z tych filmów – i to jego olbrzymia zaleta - którego na dobrą sprawę nie da się opowiedzieć, trzeba go zobaczyć. Nie da się, bo film wywraca do góry nogami stereotypy, a gdyby zacząć o nim opowiadać słuchacz, właśnie przez nie próbowałby sobie wyobrazić o co chodzi. I uznałby, że to jakaś bzdura. Tymczasem to wzorowo poprowadzona konfrontacja dwóch światów. Coś jak „Tańczący z wilkami”, albo serial „Szogun”, tyle że dzieje się w sercu dzisiejszej Ameryki. Dla Matta Rossa przyniosło to nagrodę za reżyserię w sekcji Un Certain Regard na zeszłorocznym festiwalu w Cannes, a powinno nominację (lub dwie) do złotego ludzika.

Scena warta uwagi:

Bardzo ich dużo. Ale najbardziej reprezentatywne dla całego filmu są te w domu wujostwa całej rodziny Cashów – i ta przy stole i ta związana z pytaniem o „Bill of Rights”.

P.S. W Polsce film ma wejść do kin 10 marca, czyli rok z kwartałem po premierze na festiwalu w Sundance. To skandal.

poniedziałek, 20 lutego 2017

(Moonlight, 2016)

Reżyseria: Barry Jenkins

Scenariusz: Barry Jenkins, Tyrell Alvin McCraney na podstawie sztuki „In Moonlight Black Boys Look Blue” McCraneya

Grają (ci istotni): Naomie Harris, Mahershala Ali, Janelle Monae, Andre Holland

7/10

Film, który przekonuje, że nawet handlarze narkotyków mogą być dobrymi ludźmi o głębokim wnętrzu. Tematy są dwa. Pierwszy to właśnie narkotyki i ten jest poruszający, w czym duża zasługa nominowanej do Oscara Naomie Harris. Filmotatnik nie spodziewał się, że Brytyjka jest w stanie wyjść poza role kapłanki z „Piratów z Karaibów” czy Moneypenny z najnowszych „Bondów”. A grając matkę głównego bohatera jest najjaśniejszym punktem filmu. Drugi temat, żeby nie zdradzać za dużo, określmy jako dorastanie. I ten choć niezły, czasami sprawia wrażenie nieco naciąganego.

Życie Chirona, nazywanego też „Małym”, albo „Czarnym” widz ogląda w trzech odsłonach, z których każda zatytułowana jest imieniem lub jednym z dwóch przezwisk małomównego chłopaka, głównego bohatera. Chiron w żadnej z trzech odsłon nie radzi sobie specjalnie dobrze, ale ma to szczęście, że trafia na dobrych ludzi, którym na nim zależy. Na dobrą sprawę w „Moonlight” nie ma sensacji czy skrajności. Chłopak ani nie stacza się na samo dno, choć ma ku temu wszelkie warunki, ani całość nie kończy się górą pieniędzy i życiem długo i szczęśliwie. Ot tak, gdy jest naprawdę źle zdarza się coś dobrego, a gdy wszystko wygląda dobrze, trafia się jakaś mała katastrofa. W sumie jak w życiu. Choć na dobrą sprawę przypadki Chirona starczyłyby na pokaźną książkę (albo film) efektem jest dość zwyczajna historia. I ten brak sensacji jest chyba największą zaletą ”Moonlight”. Trzyma widza przy ziemi.

Scena warta uwagi:

Ostatnia scena najlepszej z części filmu, czyli pierwszej. Wszystko prowadzi w jej kierunku i szczerze mówiac nie pamiętam filmowego handlarza narkotyków, który stanąłby przed takim dylematem.

P.S. Wszystkie filmy z nominacją obejrzane. Sprawa jasna. Według Filmotatnika Oscara powinien dostać „Nowy początek”, choć jeśli dostałby go „Manchester by the Sea” nie byłoby wstydu.

1. „Nowy początek” - 9/10

2. „Manchester by the Sea” - 8/10

3. „La La Land” - 8/10

4. „Aż do piekła” - 7/10

5. „Moonlight” - 7/10

6. „Ukryte działania” - 6/10

7. „Lion. Droga do domu” - 6/10

8. „Fences” - 6/10

9. „Przełęcz ocalonych” - 2/10

22:32, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 lutego 2017

(Fences, 2016)

Reżyseria: Denzel Washington

Scenariusz: August Wilson na podstawie własnej sztuki pod tym samym tytułem

Graja (ci istotni): Denzel Washington, Viola Davis

6/10

Denzel Washington wyreżyserował sam siebie w ekranizacji nagrodzonej, m.in. Pulitzerem, sztuki teatralnej pod tym samym tytułem. Przenoszenie sztuk teatralnych na ekran wiąże się z ryzykiem, że jeśli scenarzysta nie będzie chciał zbyt wiele zmieniać, efekt końcowy za bardzo będzie przypominał przedstawienie, a za mało film. A to jednak dwa zupełnie odmienne rodzaje sztuki, przeznaczone do opowiadania innych historii, oferujące inne narzędzia, a skoro tak, to i wymagające od twórców, by z nich korzystać. Jeśli jednak scenariusz pisze autor sztuki, to trudno się dziwić, że potem oglądamy na ekranie teatr telewizji. Prawie wszystko dzieje się w trzech miejscach - ogródku za domem głównego bohatera, w jego kuchni i dużym pokoju, a także na ganku. August Wilson się nie wysilił, a szkoda, skoro dostał zupełnie inne możliwości niż, te które daje scena. Oglądając to przez dwie godziny, ma się olbrzymie poczucie ograniczenia (tytuł, w tym względzie, pasuje) i bardzo to przeszkadza.

Historia nie jest skomplikowana. Główny bohater to głowa rodziny, żyjąca w uporządkowanym świecie, na który zresztą przez całe, niełatwe życie solidnie zapracował. Rzecz w tym, że ta rodzina zaczyna mu się rozłazić. A jak się potem okaże, również z jego winy. Jest to więc typowy amerykański film obyczajowy o konflikcie pokoleń w czasach zmian społecznych i kulturowych (rzecz dzieje się na przełomie lat 50-tych i 60-tych). Tyle tylko, że nie jest to biała, bogata nowojorska rodzina, ale Afroamerykanie z przedmieść Pittsburga. Ani to dobre, ani złe. Z oscarową nominacją nieco na wyrost, choć film ratują dwie główne role. Ale, jak już wspomniano na początku. Washington i Davis zasłużyli bardziej na nagrody teatralne niż filmowe.

Scena warta uwagi:

Właściwie wszystkie z Denzelem Washingtonem. Nie ma tam niczego, czego nie pokazałby w innych filmach, ale i tak jest fajne.

P.S. "Fences" zbytnio nie zmieniły klasyfikacji oscarowej

1. „Nowy początek” - 9/10

2. „Manchester by the Sea” - 8/10

3. „La La Land” - 8/10

4. „Aż do piekła” - 7/10

5. „Ukryte działania” - 6/10

6. „Lion. Droga do domu” - 6/10

7. „Fences” - 6/10

8. „Przełęcz ocalonych” - 2/10

Do obejrzenia: „Moonlight”.

sobota, 11 lutego 2017

(Hidden Figures, 2016)

Reżyseria: Theodore Melfi

Scenariusz: Throdore Melfi, Allison Schroeder na podstawie „Hidden Figures” Margot Lee Shetterly

Grają (ci istotni): Taraji P. Henson, Octavia Spencer, Janelle Monae, Kevin Costner, Kirsten Dunst, Jim Parsons

6/10

Nominowany do Oscara, bardzo sympatyczny film edukacyjny o tym, że segregacja rasowa w USA była, nawet nie tyle zła, co absurdalna. Bohaterkami są trzy matematyczki pracujące w siedzibie NASA w Langley w Wirginii (tam to było, zanim się przeniosło do Houston) nad amerykańskim programem kosmicznym Mercury, czyli tym poprzednikiem Apollo, który miał doprowadzić do wysłania Amerykanina w kosmos. Mają podwójnie przerąbane, bo nie tylko są kobietami, ale w dodatku są czarnoskóre, więc w Wirginii – jednym ze stanów południowych – muszą nie tylko jeździć z tyłu autobusu, ale też np. korzystać z łazienek „dla kolorowych”. Historia jest oparta na trzech prawdziwych pracowniczkach NASA, choć na potrzeby filmu została mocno udramatyzowana i pozmieniana. Tak, żeby można było pokazać, że siłą woli, ciężką pracą i z pomocą dobrych ludzi, można sięgnąć gwiazd, dosłownie i w przenośni. I żeby amerykańskie rodziny mogły obejrzeć film przy niedzielnym obiedzie.

Nie liczcie na sceny i emocje takie jak w świetnej „Selmie”, która o statuetkę walczyła przed rokiem, a też mierzyła się z problemem segregacji rasowej, który USA trawiły przed pół wiekiem. „Ukrytym działaniom” bliżej do filmu familijnego niż dramatu. Nie ma tu rasistów, nie ma brutalności. Wirginijczycy raczej w segregacji rasowej widzą coś oczywistego, skoro ktoś jest biały, a ktoś czarny, a nie sadystyczny sposób na gnębienie drugiego człowieka („Ja naprawdę nic do ciebie nie mam”, „Wierzę. Wierzę, że pani wierzy w to co powiedziała”). Twórcy filmu taką postawę wyśmiewają, a gdy trzeba interweniują bohaterowie ultrapozytywni (szef programu kosmicznego Al Harrison czy astronauta John Glenn), którym w głowie się nie mieści coś takiego jak dzielenie ludzi z powodu koloru skóry. Ogląda się dobrze, ale trochę to cukierkowe.

Scena warta uwagi:

Rzecz jasna najważniejsze zdanie filmu – biorąc pod uwagę, że nakręcono go tak, by prowadzać nań szkolne wycieczki – pada z ust Harrisona, który demolując znak „toaleta dla kolorowych” mówi: „W NASA wszyscy sikami w tym samym kolorze”.

P.S. „Ukryte działania” nie zrobiły wielkiego zamieszania w filmotatnikowej klasyfikacji oscarowej.

1. „Nowy początek” - 9/10

2. „Manchester by the Sea” - 8/10

3. „La La Land” - 8/10

4. „Aż do piekła” - 7/10

5. „Ukryte działania” - 6/10

6. „Lion. Droga do domu” - 6/10

7. „Przełęcz ocalonych” - 2/10

Do obejrzenia: „Fences”, „Moonlight”.

piątek, 10 lutego 2017

(Jackie, 2016)

Reżyseria: Pablo Larrain

Scenariusz: Noah Oppenheim

Grają (ci istotni): Natalie Portman, Peter Sarsgaard, John Hurt, Billy Crudup

4/10

Prawdopodobnie Natalie Portman wymyśliła sobie, że jeśli pójdzie w ślady Leonardo DiCaprio i uzewnętrzni się na ekranie do granic absurdu, to Oscara ma gwarantowanego. W efekcie oglądamy film o płaczącej przez dwie godziny żonie zamordowanego prezydenta, która mówi z irytującą manierą przeciągania samogłosek. Szkoda, bo tak naprawdę każdy film o zabójstwie Kennedy'ego ma potencjał, podobnie jak pomysł, by pokazać, że trzpiotka która zajmowała się głównie meblowaniem Białego Domu i graniem idiotki, która nie wie o licznych romansach męża, w ciągu kilku dni po zabójstwie w Dallas stała się ulubienicą współczującej Ameryki z bardzo wyostrzonym i twardym zmysłem politycznym. To mogło się udać, ale się nie udało. Film składa się z losowo porozrzucanych scen z pogrzebu i retrospekcji z dnia zamachu, a także niezwiązanych specjalnie ze sobą rozmów Jacqueline z dziennikarzem, bratem prezydenta Robertem, a także jakimś księdzem.

Ale nie to jest najsłabsze. Reżyser Pablo Larrain, który w Chile kręci filmy historyczno-polityczne (zwykle z Gaelem Garcią Bernalem), które są etatowymi chilijskimi kandydatami do Oscara, postanowił zrobić film z przesłaniem. Niestety. Choć generalnie całkiem nieźle udaje mu się unikać patosu, to w tych kilku momentach gdy mu się nie udaje, od poważnych słów boli głowa. Ewidentnie Larrain chciałby, żeby „Jackie” była filmem na miarę „JFK” Olivera Stone'a. A że Stone swoje poglądy polityczne ma, i że przy jednym stole z Clintem Eastwoodem czy Melem Gibsonem nie siada, to wszyscy wiedzą i nikogo jego filmy nie dziwią. Gdy jednak Bobby'emu Kennedy'emu w „Jackie” bierze się na przemowę, albo sama wdowa rzuca w dziennikarza aforyzmami ze sztambucha, widz ziewa i przysypia.

Scena warta uwagi:

Najbardziej absurdalna, gdy Bobby rozmawia z Jackie w pokoju sypialnym, omawiając pogrzeb i nagle, ni stąd ni zowąd, zaczyna mówić, że jego bratu zabrakło czasu by zmienić Amerykę, że to misja, którą należy kontynuować, ble, ble, ble, chrrrr...



sobota, 04 lutego 2017

(La La Land, 2016)

Reżyseria: Damien Chazelle

Scenariusz: Damien Chazelle

Grają (ci istotni): Emma Stone, Ryan Gosling, John Legend

8/10

Bardzo efektowny film, który garściami czerpie z olbrzymiej tradycji amerykańskich musicali, i to mniej nawet z tych w okolicach „Moulin Rouge”, a bardziej z tych zbliżonych do „Deszczowej piosenki”. „La La Land” już od początku równa poziomem rozśpiewania i roztańczenia z finałowymi scenami z Bollywood, operator kamery dokonuje przez dwie godziny cudów ekwilibrystyki, a przez samą historię płynie się swobodnie. Reżyser po mistrzowsku kieruje uwagą widza. Jeśli spodziewacie się czegoś na zasadzie „pięć minut gadania, pięć minut piosenki” to dostaniecie coś zupełnie przeciwnego. Chazelle nadał filmowi własną konstrukcję. Im relacje Mii i Sebastania robią się poważniejsze, tym mniej serwuje wesołego muzykowania, aż do finału, który w takich filmach musi być tąpnięciem. I jest. Filmotatnik nie byłby zawiedziony, gdyby dostał Oscara za reżyserię. Bo za najlepszy film, to chyba jednak nie.

Rzecz w tym że jeśli ktoś idzie do kina po rozrywkę (w jak najbardziej pozytywnym i poważnym znaczeniu tego słowa), po to, żeby się zachwycić tym o na ekranie, to „La La Landem” się istotnie zachwyci. Jeśli jednak chodzi do kina by posłuchać i obejrzeć historię, opowieść, to w gronie nominowanych są po prostu filmy lepsze. Filmotatnik chodzi do kina i po to pierwsze, i po to drugie, ale jednak bardziej po to drugie. Nie znaczy to, że film Chazelle'a jest głupi i banalny. Niby młody reżyser zrobił film kompletnie inny od kameralnego przecież „Whiplash”, ale tak naprawdę znów opowiada o tym że młodzież nie potrafi odpuścić, tam gdzie powinna to zrobić. Tyle, że nie jest pod tym względem zaskakujący. Ona i on się zakochują, chcą gonić marzenia, chcą być perfekcyjni, życie weryfikuje ich plany. Nawet wspomniany w poprzednim akapicie efektowny koniec filmu, też już amerykańskie kino wypróbowało (tytułu nie podam, żeby nie zdradzać co się stało). Jeśli więc zastanawiacie się czy iść – tak, zdecydowanie. To świetny film. Jeśli zastanawiacie się, czy powinien dostać Oscara – nie.

Scena warta uwagi:

Rzecz jasna ta z piosenką. Najlepsza to chyba ta, gdy Mia i Sebastian śpiewają razem przy fortepianie.

P.S. Amerykańscy bukmacherzy zwykle się nie mylą, ale „Zjawa” też miała zgarnąć nagrodę, a przegrała z prostym filmem o dziennikarzach, no to może teraz też się pomylą. Klasyfikacja oscarowa Filmotatnika wygląda więc tak (tytuły to linki kierujące do notek):

1. „Nowy początek” - 9/10

2. „Manchester by the Sea” - 8/10

3. "La La Land" - 8/10

4. „Aż do piekła” - 7/10

5. „Lion. Droga do domu” - 6/10

6. „Przełęcz ocalonych” - 2/10

Do obejrzenia: „Fences”, „Ukryte działania”, „Moonlight”.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

(Manchester by the Sea, 2016)

Reżyseria: Kenneth Lonergan

Scenariusz: Kenneth Lonergan

Grają (ci istotni): Casey Affleck, Lucas Hedges, Kyle Chandler, Michelle Williams, Gretchen Mol

8/10

„Najtrudniej sfilmować pustkę” - napisał w swojej recenzji dziennikarz filmowy „Guardiana” Mark Kermode. Lonerganowi i młodemu Affleckowi udało się to wybitnie. Grany przez Caseya Afflecka Lee Chandler to postać, która na każdym kroku wygląda jakby chciała wywrzeszczeć tragedię, która jej się zdarzyła, a o której widz dowiaduje się dopiero z biegiem filmu. Chandler jest na pozór spokojny, wręcz wygląda na lesera, ale pod skórą aż buzuje, by w nielicznych momentach wybuchnąć. Choć cały czas w sposób kontrolowany, bo tylko Lee wie, a widz dowiaduje się stopniowo, że żaden wybuch nie byłby wystarczająco potężny, by go choć trochę uspokoić. Casey Affleck, którego umiejętności aktorskie Filmotatnik do tej pory sytuował gdzieś między Dolphem Lundgrenem, a Benem Affleckiem, otrzymał rolę wręcz stworzoną dla siebie i zagrał ją koncertowo. Przechodzą dreszcze.

Ale nie tylko na odtwórcy głównej roli „wisi” ten film. Co warte podkreślenia – bardzo męski film. Lonergan napisał pasjonującą historię o radzeniu sobie z tragedią. Mężczyźni nie rwą sobie włosów z głowy, nie wpadają w czarną rozpacz, ani nie szukają pomocy „trenerów mentalnych”, tylko muszą rzecz jakoś w środku przetrawić i ją sobie ułożyć. W „Manchester...” robią to, każdy na swój sposób, Lee i jego siostrzeniec Patrick. Lonergan wymyślił niby dość banalny punkt wyjścia wokół którego snuje całą historię, ale robi to z taką uwagą i dbałością o szczegóły, że film ogląda się z zapartym tchem. Stopniowo zagłębia się w głowę Lee, aż do wstrząsającej sceny z dwiema małymi córkami głównego bohatera. Mało któremu reżyserowi to się udaje. A jeśli do tego wszystkiego dodać gdzieś w tle przepiękne zdjęcia z wybrzeża gdzieś na dalekich przedmieściach Bostonu, wychodzi świetny film.

Scena warta uwagi:

Trzy razy, co najmniej, w tym filmie Affleck pokazał, że Złoty Glob nie był, a Oscar nie będzie wobec niego żadnym nadużyciem. W scenie na posterunku, oraz w dwóch scenach rozmowy z byłą żoną – przez telefon i na ulicy.

P.S. Nominacje do Oscarów już są znane. Filmotatnik obejrzał póki co pięć z dziewięciu nominowanych i na ten moment statuetkę dałby „Nowemu początkowi”.

1. „Nowy początek” - 9/10

2. „Manchester by the Sea” - 8/10

3. „Aż do piekła” - 7/10

4. „Lion. Droga do domu” - 6/10

5. „Przełęcz ocalonych” - 2/10

Do obejrzenia: „Fences”, „Ukryte działania”, „La La Land”, „Moonlight”.

19:20, kubadybalski , dramat
Link Komentarze (1) »
sobota, 28 stycznia 2017

(Toni Erdmann, 2016)

Reżyseria: Maren Ade

Scenariusz: Maren Ade

Grają (ci istotni): Peter Simonischek, Sandra Huller, Vlad Ivanov

7/10

Nikt, w żadnym oglądanym do tej pory przez Filmotatnik filmie, tak radykalnie nie obnażył absurdu pracy w korporacji. Ines Conradi, jedna z bohaterek filmu, robi karierę w managemencie średniego szczebla za granicą i jest konsultantem w outsourcingu, a jej praca polega na tworzeniu raportów, przygotowywaniu prezentacji i networkingu na rautach. Tyle że „za granicą” oznacza „w Bukareszcie”, a jej praca, która nie ma sensu i na dobrą sprawę nie jest nikomu potrzebna, nie jest specjalnie ceniona przez nikogo, ani nie sprawia jej przyjemności, a jej życie towarzyskie to wydmuszka. Choć oczywiście Ines opowiada, że to co robi jest bardzo ważne i nawet udaje rozmowy biznesowe przez telefon, a jej szef oficjalnie mówi jej, że jest świetna, tak samo jak ona oficjalnie mówi swojej asystentce, że jest świetna. Reżyserka i scenarzystka nawet nie musiała specjalnie wymyślać. Film jest pod tym względem uderzający, bo każdy, kto się o ten temat otarł nie raz i nie dwa przeżyje deja vu.

„Toni Erdmann”, nie ukrywajmy, to film dość bolesny i trudny nie tylko dlatego, że każdy zastanawia się ile w nim jest Ines. Winfried to nie jest klasyczny bohater, którego można jeść łyżkami, a tylko głupia i zaślepiona karierą córka nie dostrzega jaki on fajny. Winfried jest irytujący, ale rodziny się nie wybiera. Próbuje pokazać Ines jak bardzo jest nadęta tak jak umie i stąpa (a wraz z nim film) po cieniutkiej granicy, po przekroczeniu której Ines wybuchnie, a widz razem z nią stwierdzi, że to wcale nie jest śmieszne. Ale warto czekać na scenę urodzin Ines, która jest żywcem wyjęta z Monthy Pythona, tyle że na poważnie.

Scena warta uwagi:

Wspomniana wyżej. Kwintesencja całego filmu. Coś pięknego.

15:43, kubadybalski , komedia
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 stycznia 2017

We wtorek dowiemy się jakie filmy i jacy twórcy będą w tym roku nominowani do Oscarów. Filmotatnik postanowił z grubsza wyjaśnić jak film dostaje nominację i dlaczego filmy mające niezbyt liczną, ale zmotywowaną widownię mogą zostać w ten sposób wyróżnione.

Jaki film może dostać Oscara

Kandydatem do Oscara może być każdy film, wyświetlany między 1 stycznia a 31 grudnia, przez siedem kolejnych dni (trzy projekcje dziennie, przynajmniej jedna między 18. a 22.), w przynajmniej jednym kinie w okręgu Los Angeles. W roku 2016 takich filmów było 336.

Kandydatów do Oscara w kategorii „najlepszy film” jest od pięciu do dziesięciu. Wybierają ich na przełomie grudnia i stycznia, głosując internetowo (najczęściej) lub listownie, członkowie amerykańskiej Akademii Filmowej (Academy of Motion Pictures Arts and Sciences). Kategoria jest specyficzna nie tylko dlatego, że nominacji jest więcej niż w innych kategoriach (przeważnie pięć). W tym wypadku głosować mogą wszyscy członkowie akademii. W innych kategoriach jest tak, że scenarzyści wybierają nominowanych (a potem zwycięzców) w kategoriach scenariuszowych, aktorzy – aktorskich, a charakteryzatorzy – najlepsze charakteryzacje. Wyjątki, w których obowiązują nieco inne zasady, dotyczą kategorii „najlepszy film nieanglojęzyczny”, dokumentów i animacji.

Ale wróćmy do najlepszych filmów. Wybór nominowanych jest skomplikowany i bynajmniej nie polega na tym, że każdy członek Akademii pisze na karteczce swój ulubiony tytuł. Prawo do głosowania ma ok. 6,5 tys. osób. (Akademia, co ciekawe, nie publikuje liczby swoich członków, ale od kilku lat, co roku, publikuje listę osób zapraszanych do członkostwa – w 2016 było ich ponad sześćset). Nie wszyscy, ale zdecydowana większość głosuje. Wybierając nominowanych każdy z głosujących wskazuje proponowany przez siebie film, ale też w kolejności następne, które również mu się podobają. Maksymalnie dziesięć. De facto sporządza więc ponumerowaną listę, choć, jeśli chce, może też wskazać tylko jeden tytuł.

Jak się liczy głosy

Pierwszą rzeczą, którą robią segregujący głosy (od lat jest to firma Pricewaterhuose Coopers), to wskazanie dwóch liczb.

Pierwsza, nazwijmy ją „pierwszym progiem”, to liczba głosujących podzielona przez liczbę maksymalnych możliwych nominacji plus 1. Czyli w tym wypadku będzie to większość z 6,5 tys. członków akademii podzielona przez 11. Zwykle wychodzi nieco powyżej 500. Druga liczba, nazwijmy ją „progiem 5 procent”, to 5 proc. głosujących, czyli coś ok. 300.

I teraz zaczyna się poważne liczenie. Rachmistrze liczą filmy wskazane przez głosujących na pierwszym miejcu. Te filmy, które przekraczają „pierwszy próg”, zyskują nominację. Zwykle jest ich kilka.

Następnie rachmistrze odrzucają te filmy, które zebrały mniej niż 1 proc. pierwszych wskazań. Te głosy są rozdzielane na pozostałe filmy, według drugich wskazań (a jeśli głosujący na drugim miejscu wskazał film, którego już nie ma w stawce, albo zdobył nominację, liczy się trzeci głos, itd.).

Równocześnie tym filmom, które przekroczyły „pierwszy próg” o co najmniej 10 proc. liczy się te nadprogramowe głosy i rozdziela proporcjonalnie między filmy które głosujący wskazali na drugim miejscu.

Po tych machinacjach sprawdza się, które filmy przekroczyły „próg 5 procent”. One uzupełniają stawkę nominowanych. Gdyby jakimś cudem zdarzyło się, że wciąż nie będzie pięciu filmów (tyle co najmniej musi być nominowanych), odrzuca się kolejne filmy z najsłabszymi wynikami, a ich głosy przekazuje się na wskazane na drugim miejscu.

Przykład

Załóżmy roboczo, że zagłosowało 6 tys. członków Akademii. „Pierwszy próg” to w tym przypadku, po zaokrągleniu w górę, 546, „próg 5 procent” to 300. Głosujący jako ich zdaniem najlepsze wymienili 20 filmów: A – 1200, B – 800, C – 700, D – 590, E – 400, F – 400, G – 400, H - 200, I - 200, J – 200, K - 200, L - 200, Ł - 200, M - 100, N - 70, O - 70, P - 50, R - 20, S - 5, T -5

A, B, C i D dostają nominację. Teraz trzeba rozdać drugie głosy tych, którzy zagłosowali na P, R, S i T (mniej niż 1 proc. pierwszych głosów), a także rozdzielić na pozostałe w stawce filmy 654 głosy oddane na A, 254 głosy oddane na B i 154 głosy oddane na C – otrzymają je proporcjonalnie ci, którzy zostali wskazani na drugich miejscach przez głosujących na te trzy filmy. Tu uwaga. D też przekroczył „pierwszy próg” ale nie o 10 proc., więc te głosy nie są rozdzielane po raz drugi.

Teraz sprawdzamy które filmy przekroczyły „drugi próg”. E, F i G, to jasne, ale też np. I oraz N. W sumie mamy dziewięć nominowanych filmów.

Ten skomplikowany system, jeśli was to interesuje, nazywany jest „pojedynczym głosem przenoszonym” (single transferable vote, STV) i jest powszechnie stosowany w wyborach m.in. w Australii i w Irlandii. W głosowaniu akademików, wykorzystywany jest pewien jego wariant.

Co z tego wynika

W praktyce efektów takiego sposobu głosowania jest kilka. Po pierwsze dość łatwo zdobyć wyróżnienie, bo wystarczy ok. 300 członków akademii, którzy wskażą twój film na pierwszym miejscu i masz nominację. To preferuje filmy gatunkowe, które nie muszą się podobać wszystkim, nawet niektórym się wyjątkowo nie podobają, ale mają mocną grupę admiratorów. Dobrym przykładem sprzed roku był „Mad Max: Na drodze gniewu”, czy „Brooklyn”. Z drugiej strony system blokuje drogę do Oscara blockbusterom. Filmy które wszyscy znają, lubią, ale niekoniecznie uznają je za warte wskazania w pierwszej trójce, na nominację nie mają szans.

Z pewnymi zmianami ten system dotyczy też pozostałych kategorii. Przy czym tu trzeba mieć w pamięci, że tam wybierających jest znacznie mniej (specjalistów od montażu dźwięku, czy scenografów jest w Akademii pewnie nie więcej niż 30), a np. nominując aktora za rolę, jego koledzy nie wskazują kategorii (główna, czy drugoplanowa), ale to temat na inną notkę...

Więcej na ten temat można przeczytać na stronie akademii, oraz w artykule magazynu "Vox".

14:37, kubadybalski , pitu pitu
Link Komentarze (2) »
środa, 18 stycznia 2017

(Konwój, 2016)

Reżyseria: Maciej Żak

Scenariusz: Maciej Żak

Grają (ci istotni): Janusz Gajos, Robert Więckiewicz, Łukasz Simlat, Ireneusz Czop, Przemysław Bluszcz

6/10

Po seansie ma się nadzieję, że jednak polskie służby mundurowe mają nieco mocniejszy kręgosłup moralny, bo jeśli jest tak, jak w filmie Żaka, to trochę strach. „Konwój” to krwiste kino gatunkowe, za oceanem zresztą kręcone dość regularnie, w którym grupa bandziorów podejmuje jakieś wspólne przedsięwzięcie. A ponieważ są ludźmi uwikłanymi w rozmaite ciemne sprawki, a wśród nich też zawsze zaplącze się jeden uczciwy, w pewnym momencie zaczynają się tłuc między sobą. W tym wypadku mamy przypadek więźnia, który ma zostać przewieziony przez pół Polski, ale różnym osobom zależy, żeby do miejsca przeznaczenia nie dojechał.

Wielkiej filozofii czy artyzmu w „Konwoju” nie ma. Nie dostał żadnej nagrody i nie był na żadnym festiwalu. Są klasyczne klisze filmowych thrillerów. Jest też jednak bardzo porządny warsztat, który sprawia, że film ogląda się spokojnie i z zadowoleniem. Historia rozwija się tak jak trzeba, tajemnice zasygnalizowane na początku, odsłaniają się powoli z biegiem filmu, a na końcu jest kilka niespodziewanych rozstrzygnięć. Postacie są wyraziste. Więckiewicz rolę nawalonego, przetrąconego przez życie frustrata przećwiczył już w „Pod Mocnym Aniołem”, a Gajos w rolę cynicznego człowieka u władzy wdrażał się w „Układzie zamkniętym”, czy dużo wcześniej w „Psach”. Zdjęcia są dynamiczne gdy takie mają być, a muzyka dudniąca, gdy trzeba dudnić. Wielkie kino to nie jest, ale bardzo solidne.

Scena warta uwagi:

Jest scena – oszczędzę szczegółów – gdy się wzdrygnąłem. To scena podobna do sytuacji w czasie meczu piłkarskiego, gdy piłkarz dozna krótkotrwałej, ale bardzo bolesnej i nieszczęśliwej kontuzji. Jakby co, to ostrzegałem.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi