poniedziałek, 25 września 2017

(Ptaki śpiewają w Kigali, 2017)

Reżyseria: Joanna Kos-Krauze, Krzysztof Krauze

Scenariusz: Joanna Kos-Krauze, Krzysztof Krauze

Grają (ci istotni): Jowita Budnik, Eliane Umuhire, Witold Wieliński

7/10

Jeśli wśród filmów o ludobójstwie na jednym końcu skali umieścimy "Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego, to "Ptaki śpiewają w Kigali" są na tym drugim końcu. To film bardzo cichy. Mówi się w nim mało, ale cisza, która ilustruje kolejne sceny, szumi w uszach. Wiele z nich zresztą zaczyna się na głucho. Tak jakby Krauzowie chcieli pozwolić widzom wczuć się w kogoś, kto przeżył traumę tak mocną, że zmusza się by wrócić do rzeczywistości. Przeżywanie traumy to zresztą główny temat filmu i choćby z tego powodu powinno się na niego obowiązkowo prowadzać pseudopatriotów, chcących "pomagać na miejscu". Co więcej nie, ludzie, którzy uciekają przed wojną nie będą zaraz po przekroczeniu granicy uśmiechać się, deklarować chęci nauki polskiego i wychwalać pod niebiosa smaku pierogów (a chyba niektórzy politycy tylko pod takim warunkiem łaskawie zechcieli by ich wpuścić). Mogą być rozgoryczeni, nieufni, czy apatyczni. I maja prawo tak się czuć, skoro ktoś im, być może, przed chwilą wymordował rodzinę.

Czy jest sens robić w Polsce film o zbrodni w Rwandzie? Krauzowie pokazali, że warto. Umiejętnie pokazali, że ludobójstwo ma też charakter osobisty, intymny, a na tym poziomie nie ma znaczenia kolor skory, czy narodowość. Zresztą to właśnie zejście na poziom indywidualny nadaje tym wydarzeniom uniwersalny charakter. Problem w tym, że trauma jest jednak wybitnie niefilmowa. Film nie jest nudny, ale... nie jest wciągający. Jakoś tam ciekawi pewna tajemnica, która rozwiązuje się na końcu, ale to trochę mało. Krauzowie zrobili tak uwewnętrzniony film, że momentami mu to szkodzi. Ale warto.

Scena warta uwagi

Gdy pewien urzędnik w ministerstwie mówi, że "nikt nie morduje miliona ludzi bez powodu", to zapewne wszyscy symetryści biją mu po cichu brawo. Ciarki przechodzą. Takich, rzuconych półgębkiem, komentarzy do współczesności jest w filmie więcej.

17:25, kubadybalski , dramat
Link Komentarze (1) »
sobota, 16 września 2017

(The Square, 2017)

Reżyseria: Ruben Ostlund

Scenariusz: Ruben Ostlund

Grają (ci istotni): Claes Bang, Elizabeth Moss, Dominic West

6/10

Film o tym, że mimo tysięcy lat rozwoju kultury niezmienie wszystko sprowadza się do tego kto komu może przywalić i kto kogo zaciągnie za włosy do łóżka. Także o sytuacjach, w których ta, szeroko rozumiana, kultura, jest nieprzydatna / szkodliwa / bezduszna / nieetyczna / groźna dla jednostki / groźna dla społeczności / niesprawiedliwa (konkretne określenie można sobie dopasować do każdej sceny z filmu). Początkowo zapowiada się na zwykłą satyrę na sztukę nowoczesną, zresztą na żartach z niej głównie śmieje się widownia. To byłoby ciekawe, gdyby reżyser zamiast robić bekę z tego, że jest niezrozumiała (co powszechnie wiadomo), zauważył, że czasem jest niezwykle sensowna (co wiadomo dużo mniej powszechnie), ale to w filmie ginie. Potem śledzimy losy dyrektora muzeum sztuki współczesnej, któy najogólniej rzecz biorąc wpada w kłopoty, bo w głębi serca jest nieśmiałym tchórzem, choć świetnie poruszającym się na salonach i wśród socjety. Film zdobył Złotą Palmę w Cannes na wyrost, bo wyważa otwarte drzwi. Zadaje pytania i podnosi problemy, podnoszone w kinie już dziesiątki razy. Część poruszanych tam tematów w zeszłym roku, świetnie, skonsumował „Toni Erdmann”. W scenie wywiadu, jednej z pierwszych w filmie, ani dziennikarka ani sam dyrektor nie rozumieją bełkotu na temat wystawy ze strony internetowej muzeum. Ale już Ryszard Ochódzki w „Misiu” tłumaczył, że nie ma co się bać, że ktoś zapyta po co ten miś. Nikt tego nie wie, więc nikt nie zapyta.

Na filmie Ostlunda nie będziecie się dobrze bawić, bo ogląda się go źle. Nie tylko dlatego, że taki był zamysł reżysera, żeby widz się przeglądał w filmie jak w lustrze, a to przeważnie nie jest ładny i przyjemny widok. To byłoby do przełknięcia. Gorzej, że film jest chaotyczny. Reżyser mruga do widza, ale te mrugnięcia nie zawsze są zrozumiałe i są nierównej jakości. Pomysły świetne, jak uroczysta kolacja w muzeum z człowiekiem-małpą (trafiła na plakat), czy obie pokazane w filmie konferencje prasowe, przeplatane są łopatologicznym tłumaczeniem paradoksów, jakie istnieją w sytym i bogatym społeczeństwie. To, że Szwed (zresztą nie tylko Szwed) chętniej pomoże finansowo biednym dzieciom w Afryce, niż przechodniowi, który poprosi go o pomoc na ulicy, nie jest wybitnym odkryciem. Choć może dla jury w Cannes jest.

Scena warta uwagi:

Wstrząsająca jest, wspomniana wyżej i opisywana zresztą już wielokrotnie, scena bankietu w muzeum. Widz z jednej strony dziwi się „jak łatwo...”, a z drugiej czuje, że nie ma tam ani krzty fałszu, czy przesady.



20:52, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 września 2017

(Beguiled, 2017)

Reżyseria: Sofia Coppola

Scenariusz: Sofia Coppola na podstawie „A Panted Devil” Thomasa P. Cullinana

Grają (ci istotni): Nicole Kidman, Kirsten Dunst, Elle Fanning, Colin Farrell

7/10

Emocjonujący film, który mieści się gdzieś pomiędzy thrillerem, horrorem, czarną komedią, a filmem historycznym, o żołnierzu Północy, który w czasie wojny secesyjnej, ranny, trafia przypadkiem do położonej gdzieś w Wirginii szkoły dla dziewcząt. A że dyrektorka, nauczycielka, oraz dziewczęta mężczyzny na dobre nie widziały od dłuższego czasu, zaczynają się podchody z różnych stron. Sztywna hierarchia w miejscu, które sprawia wrażenie na odcięte od świata (niby trwa wojna, ale w tym miejscu obecna jest głównie w postaci odległych, choć codziennych wybuchów i pustki, którą zaburzają tylko przechodzące od czasu do czasu drogą oddziały żołnierzy) zostaje zaburzona. Dziewczęta nieco się rozzuchwalają. Przybysz nie ma zamiaru po wyleczeniu ran podziękować i ruszyć w swoją drogę. Ale od samego początku można podejrzewać, że dyrektorka w niejednym piecu pichciła pieczywo i nie z takimi sytuacja mi sobie radziła.

Film trzyma w napięciu, bo Coppola tak opowiada całą historię, że więcej każe się domyślać, niż mówi wprost. O przeszłości głównych bohaterów widz dowiaduje się niewiele, trochę przypadkiem i nie dowie się co się będzie działo dalej. Początek i koniec filmu są do siebie bardzo podobne, tak, jakby to co pomiędzy, właściwie się nie zdarzyło. A skoro tak, to można się tylko domyślać jak wiele przeszły główne bohaterki przed i po. „Na pokuszenie” to ekranizacja powieści sprzed pół wieku, którą zresztą już raz sfilmowano w latach 70-tych z Clintem Eastwoodem w roli głównej. Tamten film był brutalny i opowiedziany z męskiego punktu widzenia. Wersja Coppoli różni się i chyba wyszło jej to na dobre (zarówno filmowi, jak i samej Coppoli, która dostałą w Cannes nagrodę za reżyserię). Na ten film warto też iść dla Nicole Kidman, która im starsza, tym lepsza.

Scena warta uwagi:

Podobała się recenzentowi „Guardiana” i miał rację. Kolacja, gdy miss Martha w kilku zdaniach sprowadza na ziemię rozentuzjazmowaną Edwinę. Mistrzostwo.

P.S. Plakat jest świetny.



sobota, 26 sierpnia 2017

(Слава, 2016)

Reżyseria: Kristina Grozewa, Petar Wałchanow

Scenariusz: Kristina Grozewa, Petar Wałchanow

Grają (ci istotni): Stefan Denoliubow, Margita Goszewa

7/10

Kino moralnego niepokoju nie zginęło wraz z przemianami ustrojowymi w Polsce. Po prostu postanowiło szukać szczęścia za granicą. Dziś takie filmy robi się w Rumunii, Bułgarii i w Rosji, co jest paradoksalną korzyścią, być może jedyną sensowną, z życia po sąsiedzku z korupcją, brakiem zaufania i ogólnym tumiwisizmem. Na takim właśnie podłożu powstają najlepsze filmy, bo co może być ciekawszego dla kina niż człowiek który czasem jest świnią, a czasem bohaterem i czasem winę za to ponoszą okoliczności, a czasem on sam, a najczęściej granica między tymi wszystkimi sytuacjami jest nieuchwytna. Grozewa opowiada historię pracownika kolei, który znalazł na torach wory z pieniędzmi i postanowił oddać je policji. Nic w tym zaskakującego, znając mechanizm tego rodzaju filmów, że była to dla niego decyzja najgorsza z możliwych i gdyby wziął je do kieszeni i resztę życia spędził pod palmami na Fidżi wszyscy (ale to absolutnie wszyscy w tej historii) byliby zadowoleni. Bułgarska reżyserka, równie efektownie jak w nakręconej przed trzema laty „Lekcji”, pokazuje jednak jak piekielnie niewygodne jest życie w rzeczywistości, w której nawet nie chodzi o to, że wszyscy są nieuczciwi (bo nie wszyscy), ale jeśli nie są, to są samolubni, a jeśli nie nieuczciwi ani samolubni, to im zwyczajnie nie zależy.

Polski widz może się w tym filmie przejrzeć jak w krzywym zwierciadle i zastanowić, czy przez ostatnie lata przypadkiem zwierciadło, które ma w rękach, nieco się nie wygładza. Poboczne wątki składają się na bardzo niefajną rzeczywistość kraju, który bardzo chciałby być europejski, ale na każdym kroku widać słomę (znów: skąd my to znamy?), a unijne pieniądze służą głównie do budowania kafkowskiej biurokracji. Rzeczniczka ministra transportu, która czas dzieli miedzy pracę, a wizyty w klinice ginekologicznej gdzie chce zamrozić zarodki na przyszłość. Bo dziecko jest ważne, ale jeszcze nie teraz. Główna postać filmu, którą na każdym kroku wszyscy nazywają bohaterem, bo tak im wygodnie, ale nikt go, choćby w elementarny sposób, nie szanuje. Doskonała, metaforyczna, jest scena, w której wspomniana rzeczniczka musi zrobić sobie szybko zastrzyk, o którym wcześniej zapomniała, więc robi go w holu ministerstwa, zakrywając się tym co jest pod ręką, czyli stojącą tam unijną flagą. Warto się wybrać.

Scena warta uwagi:

Poza wspomnianą wcześniej, pięknym przykładem kosmicznej cepelii jest uroczystość w ministerstwie. Jest tam nawet dziecko recytujące wierszyk.

15:44, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 sierpnia 2017

(Valerian and the City of a Thousand Planets, 2017)

Reżyseria: Luc Besson

Scenariusz: Luc Besson na podstawie komiksów „Valerian i Laureline” Pierre'a Christina i Jean-Claude'a Meziersa

Grają (ci istotni): Cara Delevingne, Dane DeHaan, Clive Owen, Rihanna, Ethan Hawke, Herbie Hancock, John Goodman, Mathieu Kassovitz, Rutger Hauer, Elizabeth Debicki

3/10

Jeśli wydawało wam się, że po "Avatarze" nie można już zrobić nic lepszego, a świat wygenerowany komputerowo nie może wyglądać bardziej naturalnie, to myliliście się. Francuski film to jeden wielki efekt specjalny, który widowiskowością nie tyle równa się do amerykańskich superprodukcji, co je zwyczajnie przerasta. Żywych aktorów co prawda z filmu wywalić się nie da, ale już dziś można nakręcić film, z wykorzystaniem aktorów i studia komputerowego, przy oglądaniu którego widz nie pomyśli nawet, że był robiony komputerowo. To znaczy oczywiście nie zakładam, że widzowie pomyślą, że operator biegał z kamerą między wymiarami, a zdjęcia nakręcono na Hawajach, ale po prostu nie będzie sobie zaprzątał tym głowy i nie będzie mu to przeszkadzało. Mając takie narzędzie nie pozostaje nic innego, tylko wykorzystać je do opowiadania wciągających historii. No właśnie...

„Valerian...” jest zwyczajnie nudny i nie ma w nim nic, co by tę nudę mogło przełamać. Historia to zestaw efektownych pościgów i strzelanek. Nie czytałem komiksowego pierwowzoru, więc nie wiem jak wierna to ekranizacja, ale w filmie to nie działa. Połowa scen nie ma specjalnego sensu i można by się było bez nich obejść. Trudno oprzeć się wrażeniu, że powstały tylko po to żeby pokazać jakiś wybuch, albo Rihannę. Wątek romansowy między parą głównych bohaterów koncertowo kładzie Cara Delevingne, którą prywatnie uwielbiam, ale prezentuje aktorstwo z subtelnością drewna wysokiej twardości. Choć trzeba dodać, że twórca dialogów żadnemu z aktorów nie ułatwił zadania. Nie można zarzucić Lucowi Bessonowi, że się nie stara. Próbuje mrugnięć do widza i pomysłów, które podobały się w „Piątym Elemencie”. Tylko że tam jakoś śmieszyły i zapadały w pamięć (a przecież para od głównych ról też nie była, powiedzmy sobie szczerze, wirtuozami aktorskiego rzemiosła), a tu nie śmieszą. W ogóle mam wrażenie, że Francuzowi wyszła blada wersja tamtego hitu sprzed dwudziestu lat. A „Valerian...” jest kolejnym dowodem, że Besson na „Piątym Elemencie” się skończył.

Scena warta uwagi:

Bardzo podobała mi się pierwsza, wprowadzająca do całej historii. Chyba najbardziej pomysłowa w całym filmie.



czwartek, 27 lipca 2017

(Dunkirk, 2017)

Reżyseria: Christopher Nolan

Scenariusz: Christopher Nolan

Grają (ci istotni): Mark Rylance, Tom Hardy, Cillian Murphy, Kenneth Branagh, Fionn Whitehead

8/10

Głęboko antywojenny film, w którym zmieszczono i takie sceny, w których mężczyźni kończą długie wzajemne spojrzenie w oczy lekkim skinieniem głowy (jest takich kilka), ale też takie, w których głównym bohaterem jest wszechogarniający, zwierzęcy strach. Tych drugich jest więcej i to one nadają ton „Dunkierce”. W tym filmie wszyscy się mniej lub bardziej boją. Tych, którzy zostali na plaży strach sprowadza do postaci kierujących się przede wszystkim instynktem przeżycia, co brzmi tyleż rozsądnie, zważywszy na okoliczności, co i niepokojąco, gdy zdamy sobie sprawę, że oznacza odłożenie tymczasowo na półkę takich wynalazków jak etyka, czy moralność. W najlepszej scenie filmu, rozgrywającej się we wnętrzu kutra, widać wyraźnie jak kruchy jest świat, w którym wszelkie zasady są sprowadzone tylko do tego, by przetrwać. Choć reżyser nie omieszkał zapytać, czy samo przetrwanie nie wystarczy do osiągnięcia tego, co stanowi o byciu człowiekiem.

Film Nolana nie rozczarowuje, jest świetny, wstrząsający, choć jednak nie przełomowy. Nie zmieści się ani w trójce (ani pewnie w piątce) najlepszych filmów wojennych, ani w trójce (i w piątce też chyba nie) najlepszych filmó samego Nolana. Ale przykuwa uwagę elementami technicznymi. Na osobny akapit zasługuje wspaniale skomponowana, dudniąca muzyka Hansa Zimmera, która „maluje” sceny chyba nawet mocniej niż doskonałe zdjęcia świetnego operatora Hoyte van Hoytemy (z którym Nolan zrobił wcześniej „Interstellar”). Nie można oprzeć się wrażeniu, że choć Zimmerowi najlepiej wychodzi plagiatowanie samego siebie, to gdy przychodzi do niego Nolan i mówi „Hans, jest taki a taki film, trzeba do niego zrobić taką a taką muzykę, tylko wiesz Hans... bez lipy”, to Zimmer raz na parę lat jest w stanie wydusić z siebie coś zachaczającego o geniusz. Tak zrobił przy okazji „Incepcji” i tak zrobił teraz.

Scena warta uwagi:

Chyba nie przypadkiem jacht, którym pan Dawson płynie do Dunkierki, ma taką nazwę jaką ma (można to dojrzeć w jednej z ostatnich scen). To chyba dla podkreślenia jak trudnej, porównywalnej z podróżą na Księżyc, misji pojęli się Brytyjczycy.

czwartek, 13 lipca 2017

(Baby Driver, 2017)

Reżyseria: Edgar Wright

Scenariusz: Edgar Wright

Grają (ci istotni): Ansel Elgort, Kevin Spacey, Jamie Foxx, Jon Hamm

2/10

Przeraźliwie kiczowate popłuczyny po "Drivie", tylko takie bardziej dla nastolatków. Dwudziestolatek, który, nie wiedzieć jakim cudem, prowadzi samochód jak połączenie Kubicy i Luke'a Skywalkera, pracuje dla nieco sztywnego i czerstwego mafiosa, wożąc gangsterów podczas skoków na banki (kto dziś włamuje się do banku i to w środku miasta?). Spłaca u niego dług, w końcu mu się to udaje. I w całym kinie tylko on jest niezwykle zaskoczony, gdy mafioso po tym fakcie szantażem zmusza go by jeździł dalej. Absurdalnych i nielogicznych zwrotów akcji jest w tym filmie tyle, że nie starczyłoby miejsca w internecie, by je wyliczyć. Co ciekawe z biegiem filmu poziom absurdu rośnie, by zenitu sięgnąć w zakończeniu. Dialogi generalnie składają się z mądrości w stylu „pamiętaj, kiedyś w końcu będziesz musiał się ubrudzić” (to w scenach gangsterskich) oraz „tylko my dwoje, muzyka i droga” (to w scenach romantycznych). Pod koniec filmu, w klasycznej sytuacji, że prawdopodobnie będą żyli długo i szczęśliwie, na niebie pojawia się w tle tęcza. Naprawdę.

Z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu film bardzo podoba się recenzentom, zarówno za granicą, jak i w Polsce, gdzie u niektórych opisujących można przeczytać o odkrywaniu na nowo kina samochodowego i gangsterskiego. Nie wierzcie. Ten film składa się z, do bólu zgranych, klisz, które w kinie widzieliście już wielokrotnie. Podobać się mogą co najwyżej pościgi, a właściwie ten na początku filmu, kilka całkiem śmiesznych dowcipów, a także pomysł, by akcję oprzeć na tekstach piosenek, których słucha główny bohater. To fajny pomysł i tym bardziej boli, że został wykorzystany jako kręgosłup tak mizernego filmidła.

Scena warta uwagi

Niech będzie jakaś fajna. Scena rozpoznania na poczcie jest pomysłowa. Przyznaję. Niestety ginie w zalewie tandety.

czwartek, 15 czerwca 2017

(King Arthur: Legend of the Sword)

Reżyseria: Guy Ritchie

Scenariusz: Guy Ritchie, Joby Harold, Lionel Wigram

Grają (ci istotni): Charlie Hunnam, Jude Law, Eric Bana, Aidan Gillen

5/10

Jeśli Guy Ritchie bierze się za legendę Króla Artura i Excalibura, można się spodziewać, że legendarni rycerze będą drobnymi opryszkami, którzy poza tym, że będą machać mieczami, będą też biegać po Londinium, załatwiać drobne brudne interesy i będą gadać cockneyem. Wszystko to w tym filmie jest. Zresztą nie tylko. Jest kilku lubianych przez Ritchiego aktorów (niestety bez Vinniego Jonesa, ale na otarcie łez pojawia się... David Beckham – co ciekawe kinowa sala nie zareagowała, młodzież już chyba nie pamięta Beckhama), są efektowne ujęcia w zwolnionym tempie, szybkim montażem, ze stopklatkami, jest wreszcie fajna muzyka. Problem w tym, że tego wszystkiego jest za mało.

Niestety Guy Ritchie dostał prawdopodobnie od producentów zadanie zrobienia klasycznej bajkowej superprodukcji, w której bohater na początku spada na samo dno, a potem pokonuje główny czarny charakter i wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Powiedzieli mu oczywiście, że może ją zrobić po swojemu, ale „po swojemu” zrozumieli zapewne bardziej jako „jak Sherlocka Holmesa”, a nie jako „jak Przekręt”. No i taki zrobił. Oczywiście drobiazgi bardzo cieszą. Fajnie, że np. bohaterowie opowiadają co zrobili, żeby za chwilę widz zobaczył, że to właśnie robią. Cieszy charakterystyczny szybki montaż. Ale to wszystko nieco z czasem rozpływa się w przesyconej komputerową grafiką i efektami historii, która kompletnie niczym nie różni się od produkowanych taśmowo „Bogów Egiptu”, „Warhammera”, „Starcia tytanów” i „Gniewu tytanów”, „Bogów i herosów”, etc. Czyli bierzemy jakąś legendę, albo mit, dorzucamy znanych aktorów i robimy historię od zera do bohatera, ze szczęśliwym zakończeniem. Ponieważ to akurat ten reżyser, jest nieco nostalgicznie, ale lepiej obejrzeć po raz n-ty „Przekręt” albo „Porachunki” (albo choćby bardzo niedoceniane „Rocknrolla”), niż to.

Scena warta uwagi:

Jedna z pierwszych, która pokazuje dorastanie młodego Artura. Bardzo ritchie'owska.

21:35, kubadybalski , fantasy
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 maja 2017

(All Governments Lie, 2016)

Reżyseria: Fred Peabody

Bez oceny

Takie rzeczy zdarzają się bardzo rzadko. Zazwyczaj „fake news” jest konsumowany w samotności, częściej występuje na facebookowym feedzie, rzadziej w telewizji, tak czy inaczej nie mamy możliwości oglądania na żywo reakcji publiczności, patrzącej na nieprawdę stylizowaną na prawdę.

Ja tę reakcję widziałem, widziałem nawet kilka osób oklaskujących film „All Governments Lie”, podczas niedawnego warszawskiego festiwalu Docs Against Gravity.

Pierwsza lampka ostrzegawcza powinna była zapalić się po kilku sekundach projekcji, gdy okazało się, że producentem filmu jest Oliver Stone, który właśnie pojechał do Cannes w roli pożytecznego idioty Władimira Putina, druga, gdy na ekran wszedł Michael Moore, posługujący się fake newsami, na długo, zanim ktokolwiek pomyślał, by je tak nazywać. Nawiasem mówiąc, „Fahrenheit 9/11” występuje w filmie jako wiarygodne źródło.

***

Reżyser Fred Peabody zaprosił Moore’a, Carla Bernsteina, Noama Chomsky’ego i innych, by pobiadolili nad stanem dziennikarstwa. Wszyscy startują od niezbyt kontrowersyjnej tezy, że systemy demokratyczne potrzebują dziś dziennikarstwa śledczego bardziej niż kiedykolwiek, a obowiązkiem mediów jest kontrolowanie władz. Peabody wraz ze swoimi gośćmi idzie jednak dalej. Ich zdaniem mainstreamowe media służą za tuby władz, dodatkowo są zniewolone przez globalne korporacje, płacące im za reklamy, a w ogóle to wolą koncentrować się na losach Kim Kardashian i Justina Biebera. Prawdziwe dziennikarstwo jest natomiast uprawiane poza największymi koncernami medialnymi.

Zatrzymajmy się na chwilę nad zależnościami między koncernami medialnymi i korporacjami, gdyż sposób ich pokazania w filmie doskonale oddaje metodę Peabody’ego. Otóż zdaniem reżysera, CNN, NBC, „New York Times”, „Washington Post” i reszta mainstreamu nie opowiedzą się przeciwko kolejnej amerykańskiej wojnie, gdyż straciliby reklamy od szeroko pojętego przemysłu zbrojeniowego. Nie rzucą też na sztandar walki z globalnym ociepleniem, gdyż przestaną się u nich ogłaszać kopalnie, elektrownie i inne firmy niszczące klimat. Ile czasu antenowego CNN poświęca na walkę z globalnym ociepleniem? Jaki procent budżetu stacji stanowią wpływy od firm, które przyczyniają się globalnego ocieplenia? Tego reżyser nam nie mówi. Tak jest i już.

Ja oczywiście nie wykluczam, że los CNN zależy od reklam granatników, strzelb, czołgów itd., biorę nawet pod uwagę, że granatniki są na tej antenie reklamowane bez przerwy. Ale od reżysera stawiającego tak mocną tezę, wymagam twardych danych. Albo reklamy producentów granatników stanowią 1, 10, albo 90 procent budżetu CNN. I albo globalne ocieplenie zajmuje 1, 10 albo 90 procent czasu antenowego CNN.

***

Reżyser pokazuje nam też ostatnich sprawiedliwych. Dziennikarzy, którzy poza mediami głównego nurtu odwalają fantastyczną robotę. W przeciwieństwie do pustych sprzedawczyków z telewizji są to wyłącznie ludzie bez skazy, traktujący swój zawód jak misję.

Za autorytet robi zatem Matt Taibbi z „Roling Stone”, który kilka lat temu bronił się przed krytyką swojego tekstu, mówiąc, że wysmażył go w narkotycznym widzie. Po publikacji „The 52 Funniest Things About the Upcoming Death of the Pope" redaktor „New York Press” został wylany na zbity pysk. O tym epizodzie oczywiście w filmie nie ma ani słowa.

Zobaczycie natomiast na ekranie Amy Goodman z „Democracy Now!”, która w obozie dla uchodźców w Calais diagnozuje, że większość krajów, z których pochodzą przebywający tam ludzie, była kiedyś bombardowana przez Stany Zjednoczone, a potem wprost pyta mieszkańców, czy za to, że się tutaj znaleźli, odpowiada mocarstwo zza oceanu. Tak, „Democracy Now!” na bardzo trudne i skomplikowane pytania udziela bardzo prostych odpowiedzi.

Gwiazdą filmu jest też Cenk Uygur, który przez 25 lat zaprzeczał, jakoby doszło do ludobójstwa Ormian, w 2015 r. przeprosił za „wcześniejsze komentarze na ten temat” i ogłosił, że nie będzie się w tej sprawie wypowiadał, bo „nie ma wystarczającej wiedzy”. Niedługą przeszedł zatem drogę - od człowieka, który wierzył w sztuczną mgłę, trotyl i bombę termobaryczną, do uważającego, że wszystko należy jeszcze raz dokładnie sprawdzić, bo tak naprawdę, nie wiadomo, jak było. O tym również z filmu się nie dowiecie, podobnie jak o tym, że w ubiegłym roku Uygur służył za wodzireja podczas wieców Berniego Sandersa. Gdyby ten kandydat pokonał Hillary Clinton, a później Donalda Trumpa, Uygur zapewne deptałby mu dziś po piętach, krytycznie analizował każde wystąpienie, w każdej decyzji doszukiwałby się wpływu lobbystów.

Być może właśnie Uygur najlepiej oddaje to, jak Peabody pojmuje dziennikarstwo. Jemu nie chodzi o wartości, demokrację, misję mediów. Jeśli w Białym Domu mieszka akurat jakiś Bush, trzeba być czujnym, węszyć tak mocno jak się da, a jeśli się nie da, to zarzuty wymyślić. Ale jeśli do władzy prze ktoś, kto nie tylko serce i wątrobę, ale także plecy ma po lewej stronie, można zrezygnować z kontroli i zająć się klaskaniem.

Żeby była jasność: Bush junior był jednym z gorszych lokatorów w historii Białego Domu, Sanders - lepszym kandydatem na prezydenta niż Trump i Clinton. Ale dziennikarz fetujący go na wiecach, przestaje być dziennikarzem.

***

Najwięcej o tym filmie mówią dwie sceny, które dzieli może 20 minut. W pierwszej widać Donalda Trumpa przemawiającego w czasie kampanii: „Meksykanie wysyłają do Ameryki przestępców, dealerów narkotyków i gwałcicieli. Choć zapewne są wśród nich także porządni ludzie”. Po kilkunastu minutach na ekran wchodzi Moore: „Wszystkie rządy kłamały i kłamią. Choć niewykluczone, że niektóre mówią prawdę”.

Tak, metoda jest ta sama, na ekranie obserwujemy po prostu inną twarz populizmu, który wyniósł do władzy byłego gospodarza reality show.

Edward Murowski

21:56, kubadybalski , dokumentalny
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 kwietnia 2017

(Ghost in the Shell, 2017)

Reżyseria: Rupert Sanders

Scenariusz: Jamie Moss, William Wheeler, Ehren Kruger na podstawie mangi Masamune Shirowa pod tym samym tytułem

Grają (ci istotni): Scarlett Johansson, Pilou Asbaek, Michael Pitt, Juliette Binoche, Takeshi Kitano

3/10

Dobry film science fiction wyróżnia to, że co chwila widzowie rozdziawiają japę, widząc jak fajne i przydatne są technologiczne rozwiązania w przyszłości. Zachwycają się tym, na co sami by nie wpadli, a w filmie to działa. Oglądający jest urzeczony logiką świata, którego nie zna. Zły film science fiction próbuje widza omamić błyskotkami. Twórcy co chwila rzucają mu w oczy różne niezwykle efektowne rzeczy, dbając o to, żeby migały, latały i strzelały laserami, niespecjalnie zastanawiając się po co. W „Ghost in the Shell”, które właśnie jest w kinach, jest scena, w której widzimy ulicę z góry, a na niej strzałki, takie jak zwykle informują o kierunku jazdy, tyle że te są hologramami, ruszają się i migają. Bardzo to efektowne, ale siedziałem w kinie i zastanawiałem się właściwie po jaką cholerę, ktoś kilka (kilkadziesiąt) lat przed wydarzeniami w filmie postanowił w tym mieście „dobra, to teraz nie malujemy białą farbą, tylko robimy te hologramy”. To efektowne, ale nie znajdzie się w tym sensu. Niestety cały ten film taki jest.

Oryginalny, animowany „Ghost in the Shell” sprzed 22 lat jest filmem, który się nie zestarzał. Jest aktualny do dziś. Aktorski „Ghost in the Shell” już dziś jest przestarzały, a aktualny mógł być gdzieś między „Robocopem” a pierwszym „Matrixem”. Niestety nie liczcie na to, że reżyser Rupert Sanders wziął tamten scenariusz i nakręcił remake. To nie byłoby takie złe, bo wyszedłby dobry film. Niestety chyba uznano, że amerykański widz nie zrozumie o co chodzi i postanowiono fabułę uprościć. A w każdym miejscu które zmieniano i upraszczano, psuto historię niemiłosiernie. W efekcie, mimo że nieliczne sceny są nakręcone w stylu 1:1 w porównaniu z oryginałem, pozostałe składają się w nielogiczny ciąg zdarzeń, w którym miłość zwycięża wszystkie przeciwności (!), wszyscy żyję długo i szczęśliwie (!!) i będzie można nakręcić sequel ze Scarlett Johansson (!!!). Jedyne co ten film wyciąga za uszy na ocenę wyżej, niż zasługuje, to muzyka, której autor Clint Mansell korzystał z oryginalnego soundtracka Kenjiego Kawaiego. To za mało, żeby tracić czas na ten film.

Scena warta uwagi

Jest w filmie scena w której Major (bo w tym filmie główna postać nazywa się „Major”, z niezrozumiałego powodu twórcy postanowili właściwie nie skorzystać z imienia i nazwiska „Motoko Kusanagi”) stoi przed lustrem, które symetrycznie odbija jej obraz nie względem płąszczyzny, ale osi. Jeden z niewielu ciekawych pomysłów w filmie.



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi