niedziela, 03 grudnia 2017

(Mother!, 2017)

Reżyseria: Darren Aronofsky

Scenariusz: Darren Aronofsky

Grają (ci istotni): Jennifer Lawrence, Javier Bardem, Ed Harris, Michelle Pfeiffer, Domhnall Gleeson

8/10

Efektowny traktat filozoficzny od Darrena Aronofsky’ego, który zadaje pytania fundamentalne (kim jesteśmy? dokąd zmierzamy?) i na nie odpowiada (jesteśmy chuliganami, zmierzamy do katastrofy). Mamy więc piękny, stary, drewniany dom pośrodku rajskiej sielanki, a w nim małżeństwo. Ona opiekuje się domem, On tworzy. Szybko jednak w domu pojawiają się goście, w których ona – słusznie – widzi zagrożenie, ale On, co wiadomo od tysięcy lat i pod każdą szerokością geograficzną, nie może bez nich żyć. Wszystkie najważniejsze wydarzenia reżyser błyskotliwie zamyka w przestrzeni domu i okolic. To oczywiście film, w którym dużo symboliki, niezbyt trudnej do rozpoznania, za to bardzo miłej do odgadywania. Widz będzie się dobrze bawił, nie tylko oglądając, ale też rozkminiając, o co chodzi. Taka kinowa szarada.

Można „Mother!” oglądać jako film ekologiczny i nie byłaby to interpretacja naciągana, jak w przypadku poprzedniego filmu Aronofsky’ego. Greenpeace mógłby spokojnie dołożyć się do produkcji. Można go oglądać jak horror, choć szybko widz zda sobie sprawę, że to nie jest zwykły horror, ale gdzieś pod spodem ma drugie znaczenie. Można też podziwiać aktorskie duety, bo Amerykaninowi udało się zgromadzić na planie aktorów, którzy mają na koncie albo Oscara, albo po wiadrze nominacji, albo – jak młody Gleeson – przynoszą oscarowe szczęście filmom, w których grają. To co Filmotatnik cieszy najbardziej, to fakt, że Aronofsky - reżyser, który po filmach które nakręcił („Pi”, „Czarny łabędź”), mógłby już w życiu nic nie robić, a i tak byłby jednym z najfajniejszych w historii – wciąż ma pomysły, wciąż próbuje i nawet jeśli nie zawsze wychodzi mu najlepiej, to się nie zraża. Tym razem mu wyszło.

Scena warta uwagi

Nie jedna, ale cała sekwencja od momentu uroczystej kolacji, gdy Matka jest w ciąży, do narodzin dziecka. Coś hipnotyzującego. I tylko można się zastanowić, w którym miejscu jesteśmy. Zdaniem Filmotatnika właśnie wyrwaliśmy telefon.

niedziela, 26 listopada 2017

(Cicha noc, 2017)

Reżyseria: Piotr Domalewski

Scenariusz: Piotr Domalewski

Grają (ci istotni): Dawid Ogrodnik, Arkadiusz Jakubik, Agnieszka Suchora, Tomasz Ziętek

8/10

Nie da się nie porównywać tego filmu do twórczości Wojciecha Smarzowskiego, bo w cichej nocy jest coś i z „Wesela”, i z „Domu złego”. Zresztą reżyser Piotr Domalewski nie oburza się na takie porównania, a nawet jak sam mówi, bardzo mu schlebiają. „Cicha noc” to jednak film nieco inny. Historia Adama, kilkuletniego już emigranta na saksach w Holandii, który wraca na święta w rodzinne strony głównie po to, by z rodzicami i rodzeństwem załatwić sprawę sprzedaży domu po dziadku i za te pieniądze urządzić się na stałe za granicą, jest jednak dużo bardziej wyważona i intymna. Tam, gdzie u Smarzowskiego alkohol lał by się wartkim strumieniem i w ruch poszłyby siekiery, u Domalewskiego jest jednak rodzina. Nie zawsze fajna, nie jak z obrazka, pełna zawiści, pretensji, wyrzutów i robienia dobrej miny do złej gry, ale jednak rodzina, w której każdy znajdzie mniej lub więcej tego, co zna z własnych Wigilii. Być może Polacy są szaleni, bo są tym jedynym na świecie narodem, którego przedstawiciele co roku spędzają wieczór z ludźmi których nie lubią w sposób, na który nie mają ochoty, ale Domalewski próbuje pokazać dlaczego. I choć ze wszystkich sił stara się zasugerować widzowi sympatię do głównego bohatera, który próbuje się z tego schematu wyrwać, na końcu ten bohater przegrywa. Może inaczej się nie da.

„Cicha noc” zgarnęła niedawno w Gdyni główną nagrodę i choć może nie jest to najlepszy polski film tego roku, to jeden z najlepszych. Niezły główny wątek filmu ma za tło rodzinę, która od lat zmaga się z kłopotem emigracji i na dobrą sprawę, nie ma znaczenia, że główny bohater wyjechał do Holandii, bo mógłby wyjechać choćby do Warszawy. Rzecz w tym, że go nie ma, tak jak nie było jego ojca, a życie w dwóch miejscach naraz jest niewykonalne, co daje tej historii większą uniwersalność, niż się wydaje. Aktorów się chłonie z ekranu. W Gdyni nagrodę, poza tą dla filmu, odebrał też Dawid Ogrodnik, choć może bardziej należałoby wyróżnić Jakubika, a przede wszystkim Domalewskiego za reżyserię. Twórca filmu zwodzi widza. Każe lubić granego przez Jakubika ojca, choć tylko z opowieści dowiadujemy się jakim przez poprzednie lata był nieobecnym pijakiem. Każe widzieć kogoś na kształt krętacza w Adamie, choć może on jako jedyny ma ambicję, pomysł i odwagę, żeby się wyrwać się z mazurskiego grajdołu. Każda z postaci objawia się w trzech wersjach – w opowieściach rodziny, „oficjalnie” przy stole na obraz ogólny i wreszcie prywatnie, gdy coś trzeba załatwić, komuś się zwierzyć, albo po prostu wypłakać. Historii w jednej rodzinie jest multum. Domalewski wybrał tylko kilka.

Scena warta uwagi

Chwytająca za serce jest rozmowa ojca z Adamem w starym domu dziadka.



czwartek, 16 listopada 2017

(Borg/McEnroe, 2017)

Reżyseria: Janus Metz Pedersen

Scenariusz: Ronnie Sandahl

Grają (ci istotni): Sverrir Gudnason, Shia LaBeouf, Stellan Skarsgard

7/10

Przydługi, bezsensownie rozdęty polski tytuł, skrywa jeden z bardziej wciągających filmów sportowych, jakie nakręcono w ostatnich latach. Rywalizacja Bjoerna Borga i Johna McEnroe to jedna z bardziej wciągających sportowych historii, ale jeśli spodziewacie się opowieści o tym co się działo pomiędzy tymi dwoma, to nie o tym jest ten film. Zresztą obaj główni bohaterowie przez cały film spotykają się tylko trzykrotnie. To zdecydowanie bardziej dwie osobne biografie, dwóch wybitnych tenisistów, które akurat w pewnym momencie się przecięły, więc widz może sobie obu porównać. A jest co porównywać, bo obaj to nienajlepiej przystosowani, marzący o triumfach chłopcy, którzy zwycięstw chcieli tak bardzo, że aż ich rozsadzało. Tyle, że żeby dość do perfekcji wybrali dwie drogi. Amerykanin potrafił wściekłość na całe otoczenie, które nie było wstanie zrozumieć co się dzieje w głowie najlepszego tenisisty na świecie i jaki stres przeżywa, przekuć w furię podczas meczu i to go nakręcało. Borg przeciwnie, wszystko tłumił w sobie, a całą generowaną energię wkładał w najbliższą wymianę. Marcin Piątek w „Polityce” bardzo trafnie porównał jego umowę zawartą w młodości z trenerem Bergelinem („doprowadzę się do mistrzostwa, jeśli już nigdy nie wybuchniesz na korcie”), do paktu Fausta z Diabłem. Obaj zresztą - i Bergelin, i Borg – dotrzymali umowy.

Siłą filmu są obie główne kreacje, choć trudniejszą rolę miał Gudnason, bo musiał pokazać to, czego kibice tenisa, pamiętający grę Szweda, widzieć nie mogli. I może dlatego to on w pewnym sensie kradnie film, bo ze swojej roli wywiązał się perfekcyjnie. Po jego Borgu oglądanym w samotności – w pokoju hotelowym, w szatni, na ulicy – widać w jak potwornym żył stresie i jak z biegiem czasu coraz więcej siły, właściwie do nieludzkich granic, kosztowało go pilnowanie własnych emocji. Strach przed porażką, nieodłączny towarzysz każdego sportowca, w przypadku Borga wydaje się nie do zniesienia, choć zdawać by się mogło, że czterokrotny zwycięzca Wimbledonu już nic nie musi. „Ale jeśli przegram wszyscy zapamiętają mnie jako tego któremu się nie udało wygrać po raz piąty, a nie jako czterokrotnego zwycięzcę” - mówi w pewnym momencie .

Scena warta uwagi

Hipnotyzująca jest jedna z pierwszych w filmie, gdy Borg przechyla się przez krawędź balkonu w swoim mieszkaniu w Monako. W tej jednej chwili widz w mig łapie całą złożoność postaci i co chwilę zmienia zdanie, zastanawiając się czy Szwed jest gotowy skoczyć, czy może właśnie tak doskonale się kontroluje, że może tak ryzykować bez stresu. Scena pozostawia widza bez odpowiedzi, a potem właściwie cały film jej nie daje.

P.S. Co ciekawe w Szwecji ten film nosi tytuł „Borg”.

wtorek, 07 listopada 2017

(Pewnego razu w listopadzie..., 2017)

Reżyseria: Andrzej Jakimowski

Scenariusz: Andrzej Jakimowski

Grają (ci istotni): Agata Kulesza, Grzegorz Palkowski, Jacek Borusiński

9/10

Najlepszemu polskiemu filmowi tego roku Filmotatnik poświecił już akapit podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego, ale ponieważ właśnie wszedł do kin, zasługuje na osobną notkę. Wprost - Jakimowski nakręcił film ważny i poruszający, a Kulesza zagrała zjawiskowo. Reżyser wziął się za tłumaczenie widzom w jakim kraju żyjemy, a ponieważ mówi o tym co tu i teraz, nigdy nie jest to łatwe. I nic dziwnego, że już dostaje mu się z obu stron. Z jednej, że jest bezczelnym lewakiem, z drugiej, że to wcale nie tak i zamiast pokazać prawdę, zrobił jakąś hollywoodzkopodobną bajkę. Obie opinie są bzdurne. To film mocny, bo prawdziwy. Po seansie na festiwalu widzowie dziękowali reżyserowi za ten film i to nie tak kurtuazyjnie, jak to często bywa, gdy publiczność dorwie się do mikrofonu, ale szczerze.

Historia emerytowanej nauczycielki i jej syna studenta, którzy, "wyczyszczeni" z mieszkania w śródmiejskiej kamienicy szukają dachu nad głowa, to właściwe zestaw scen, z których każda jest treściwa. Z jednej strony bije miedzy oczy tym, co przez ostatnie ćwierć wieku z hakiem poszło w tym kraju źle. Co nie zadziało się samo, ale za co był i jest odpowiedzialny każdy dorosły godząc się na wszechobecny kult pieniądza, i własności. Każdy kto podczas dowolnych świat czy imienin u cioci zachwycał się kuzynem, który sprowadził trzy samochody z Niemiec, a tego, który skończył filologię ale pracuje na kasie w Biedronce, w skrytości ducha uznał za frajera. Ten film jest oskarżycielski jak żaden inny w ostatnich latach.

Z drugiej strony to jednak dająca nadzieję opowieść o tym, że w tym całym nieludzkim chaosie ludzie są z gruntu dobrzy, że tam gdzie jest kłopot znajda się tacy, którzy pomogą, a wreszcie, że warto być po ludzku przyzwoitym. Jakimowski zagląda pod koc, którego przeciętny zjadacz chleba i słuchacz newsów raczej nie odkrywa. Tłumaczy, że żeby stracić dom nie trzeba być menelem, że bieda i kłopoty nie trafiają na tych "którzy sobie zasłużyli" (co niby prawie każdy wie, ale i tak prawie każdy posługuje się stereotypem, dlatego to tak istotne). Przygląda się i pokazuje też przedstawiciela tej zamaskowane zgrai, która podczas listopadowych zadym chce traktować "czerwoną hołotę" akcesoriami robotniczo-rolniczymi. To film z zacięciem edukacyjnym, społecznym, reporterskim i politycznym. Aż dziw, że tak dużo udało się w nim zmieścić. Koniecznie do obejrzenia.

Scena warta uwagi

Jakimowski nagrywał wydarzenia 11 listopada 2013 r. z zamiarem zmontowania dokumentu. Dopiero potem przyszedł pomysł na film fabularny. W efekcie prawdziwe sceny z ulicy są wprzęgnięte w zdjęcia z aktorami. Zrobiono to tak dobrze, że ostatnie pół godziny filmu ogląda się w dużych emocjach. Tu naprawdę czuć narastającą atmosferę zadymy i tylko można się pytać w myślach jak to możliwe, że bydło demolujące miasto i rzucające w ludzi kamieniami może to bezkarnie robić w Warszawie XXI w.

20:12, kubadybalski , obyczajowy
Link Komentarze (1) »
czwartek, 02 listopada 2017

(Człowiek z magicznym pudełkiem, 2017)

Reżyseria: Bodo Kox

Scenariusz: Bodo Kox

Grają (ci istotni): Olga Bołądź, Piotr Polak, Arkadiusz Jakubik, Helena Norowicz, Sebastian Stankiewicz

8/10

Po raz ostatni polskie kino miało odwagę robić filmy z fantazją gdzieś tak w latach 80-tych. Chciano wtedy kręcić filmy tak jak w Hollywood i nie zrażano się tym, że się nie da. W efekcie jeśli trafiło na dobrego reżysera, scenarzystę i aktorów, dało się rzecz wynieść na bardzo przyzwoity poziom („Seksmisja”), lub przynajmniej zrobić kultową („Zabij mnie glino!”), a jeśli nie, to się nie dało („Klątwa Doliny Węży”). Bodo Kox, to ukochane dziecko kina offowego, czyli takiego, które się raczej omija, ale na pewno nie można mu zarzucić braku fantazji. Tak się jednak złożyło, że wyszedł mu film porządny. Pomysłowy, wciągający, a przez wspomniany zasób fantazji, świeży i wyróżniający się na tle całej reszty tego, co się dziś kręci w polskim kinie. To po prostu film, jakiego nie było od trzydziestu lat, co wystarczy, żeby ocenę podciągnąć choćby o stopień.

Adam to człowiek bez przeszłości (przynajmniej tak się początkowo wydaje) w niestety nie najlepiej wyglądającej Warszawie niedalekiej przyszłości. Goria to jego miłość, która z racji szeregu czynników (kasa, pozycja społeczna, otoczenie, ble ble...) nie ma prawa się zdarzyć, ale się zdarza. Okazuje się, że historia Adama jest dużo bardziej skomplikowana i sięga lat stalinowskich. Kox czerpie garściami i z właściwą tylko niczego nie bojącym się filmowcom radosną bezczelnością, nie tylko ze wspomnianej „Seksmisji”, ale też – nie bójmy się tych porównań – z „Łowcy Androidów”, „12 małp”, „Brazil” czy „Podziemnego kręgu”. W dodatku wszystko to dzieje się w Warszawie, która jest jednocześnie cyberpunkowo futurystyczna, jak i w sposób oczywisty znajoma. Mrugnięć do widza jest mnóstwo. Fajne jest zarówno śledzenie wymyślnej historii, jak i obserwowanie drobiazgów, jak selekcjonowanie przez żołnierzy pasażerów metra, czy podział miasta na część rządowo-korporacyjną, czy bardziej rebeliancką, prawobrzeżną (po nielegal trzeba się przeprawić na Gocław, korzystając z azjatyckiego przewoźnika na łódce). To wszystko to klasyczny materiał na wtopę, ale zaskakująco ten film ma ręce i nogi, a w dodatku w tle gra muzyka Maanamu. To kozacki film.

Scena warta uwagi:

Podobały mi się pejzaże. Warszawa ze zniszczonymi mostami, wysadzonymi wieżowcami. Tak naprawdę niewiele trzeba było, żeby to miasto przekształcić w metropolię jak z Fallouta.

niedziela, 22 października 2017

„Zabić arbuza”

(„To Kill a Watermelon”, reż. Zehao Gao, Chiny 2017)

Plus dla filmu, który docenili główną nagrodą jurorzy tegorocznego Warszawskiego Festiwalu Filmowego, a stołeczna impreza staje się powoli festiwalem, który docenia filmy zaangażowane politycznie. Zehao Gao zrobił bowiem film wprost wywrotowy. Skromny hodowca arbuzów na początku zastanawia się dlaczego tak wiele owoców pęka. Z biegiem filmu i rozmaitych zdarzeń, które mu się przytrafiają, dowiaduje się, że te owoce nad którymi pracuje się za mocno, nawozi, podlewa i nie daje im odetchnąć, tego nie wytrzymują. Traktowanie wszystkich tak samo nie ma sensu, bo każdy jest inny, rosną na nieco innej ziemi, w nieco innym nasłonecznieniu. Dzikie arbuzy, małe, raczej nie słodkie, nigdy nie pękają. Nie są idealne, ale nigdy nie są wadliwe.

Nie jest to może metafora tak wysublimowana jak w kinie moralnego niepokoju, ale dajmy Chińczykom robić filmy po ichniemu. Arcyciekawe było zresztą spotkanie reżysera z publicznością po filmie. Uznał co prawda, że film nie jest chyba tak wywrotowy jak się wszystkim wydaje, ale przyznał, że chcąc pokazać go u siebie, będzie musiał dokonać pewnych korekt. Zresztą pytany o to jak pozwolono mu wyjechać z tym filmem na festiwal tłumaczył się tak, że wynika z tego, że zgoda cenzury była taka... hmm, powiedzmy... dorozumiana.

- Ten film oglądało kilku cenzorów w wersji, którą wy też widzieliście i nie mieli dużych uwag – wyjaśniał chiński reżyser. - Po pierwsze jednym cenzorom przeszkadza coś, a innym coś innego, a po drugie ci bardziej znani, którzy do kin przyciągną miliony widzów, są jednak bardziej pilnowani – dodał z uśmiechem. Na zadane po chińsku pytanie, pewnej pani w marynarce siedzącej z boku, czy sądzi że jego film wygrał, bo się podobał, czy może dlatego, że w Europie generalnie jak wygrywa jakiś film, to musi źle mówić o chińskim rządzie i władzy (poważnie, takie pytanie padło), odpowiedział, że nie wie. Że trzeba zapytać jurorów i publiczność.

„Zabić arbuza” to film zdecydowanie lepszy niż zeszłoroczny zwycięzca festiwalu z Iranu, choć można żałować, że jurorzy w żaden sposób nie docenili doskonałego „Pewnego razu w listopadzie...” Andrzeja Jakimowskiego. Tym bardziej, że nagroda za reżyserię powędrowała do Joan Chemli za chaotyczny film o trudnej miłości Gaela Garcii Bernala i Marine Vacth. Chińczyk przyjechał z filmem prostym, pełnym pięknych zdjęć. Niewątpliwie wpływ na nagrodę miał kraj z którego przyjechał, a konkretniej powiązanie tematu filmu z tymże krajem, ale to też zwyczajnie ciekawe dzieło. Trzeba mu życzyć, żeby nagroda w Warszawie była dla niego impulsem do dalszej kariery i żeby te życzenia nie miały wyłącznie wymiaru kurtuazyjnego.

20:52, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »

„Dziennik gangstera”

(„Maste Gitt”, reż. Ivica Zubak, Szwecja 2017)

Plus, za wciągającą historię Metina ze sztokholmskiej dzielnicy Josbro, który jest lokalnym bandziorem, a jednocześnie utalentowanym pisarzem. Co prawda jak człowiek naoglądał się filmów o gangsterach w USA, Rosji, Algierczykach z Marsylii, czy choćby o bandziorach z Polski, to szwedzki gang to jednak trochę dziecinada, ale nie odbiera to filmowi fajnego realizmu i licznych zabawnych sytuacji wynikających ze skonfrontowania Metina ze szwedzką klasą wyższą. To jednak film na poważnie, o dorastaniu. Drugim plusem jest to, że Zubak zrobił film za małe pieniądze (szwedzki instytut filmowy nie dał na niego ani korony, bo uznał go za niepoprawny politycznie), naturszczyków przemieszał z profesjonalnymi aktorami, a na ekranie w ogóle nie widać fuszerki. Warto.

„Balkan Noir”

(„Balkan Noir”, reż. Drażen Kuljanin, Szwecja 2017)

Wielki minus. Reżyser wymyślił sobie film, w którym bohaterowie wypalają dwadzieścia papierosów, czyli tyle ile jest w paczce, w dwadzieścia scen. Wychodzi z tego zwykłe efekciarstwo, które jest obudowane banalną i nieciekawą historią małżeństwa, które na wakacjach w Czarnogórze straciło córkę, a teraz matka wraca na Bałkany, bo pojawił się nowy ślad. Efekciarstwa w tym filmie jest zresztą więcej, np. obraz mruga, gdy ktoś próbuje zapalniczką zapalić papierosa, a sceny są przerywane starymi amerykańskimi reklamami lucky strike'ów, cameli i malboro. Nie ma to żadnego głębszego sensu poza tym, że reżyserowi wydało się fajne. Mnóstwo w tym filmie nielogiczności, jeszcze więcej zbędnych scen. Największe rozczarowanie festiwalu.



11:39, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 października 2017

„Harpun”

(„Arpon”, reż. Tom Espinoza, Wenezuela/Argentyna 2017)

Minus, za argentyński film o dyrektorze szkoły z kłopotami i buntującej się uczennicy. Na dobrą sprawę nie wiadomo o co głównym bohaterom chodzi, zakończenie niczego nie wyjaśnia. Niby reżyser chciał pokazać dwoje ludzi na krawędzi, ale dyrektor w szkole stosuje takie metody wychowawcze, że nie tyle ryzykuje wyrzuceniem (jak w filmie), ale już dawno nie powinien tam pracować, a pewnie siedzieć w więzieniu. Niewiele się w „Harpunie” trzyma kupy, właściwie nie ma historii. Szkoda czasu.

„Syndrom pustego siodła”

(„Tureckoje siedlo”, reż. Yusup Razykow, Rosja 2017)

Plus za film, którego reżyser dość zawile tłumaczył tytuł (to schorzenie przysadki mózgowej, które może powodować zmiany w zachowaniu), ale w sumie jest to historia byłego kagiebisty, który na emeryturze niespecjalnie umie zerwać z przeszłością i dawnymi nawykami. Mógłby to być film o starości, ale jedna nasz bohater jest niezwyczajnym emerytem, wciąż ma pewne umiejętności i wciąż może liczyć na opiekę dawnych kolegów. Tłem jest bardzo ciekawa historia związana z młodą sąsiadką i zaskakujące zakończenie. Tak się powinno opowiadać historie filmowe.

„Bantyta, który pachniał whiskey”

(„A Viszkis”, Nimrod Antal, Węgry 2017)

Plus, za węgierską wersję „Życia Carlita”, albo „Człowieka z blizną”. Nimrod Antal nakręcił film na podstawie prawdziwej historii największego tamtejszego bandyty, który w latach 90-tych napadł na prawie trzydzieści banków, a gdy go złapano, uciekł z więzienia i jeszcze przez jakiś czas się ukrywał. Choć sama historia momentami jest rysowana dość grubą kreską, a próba przypisania głównemu bohaterowi jakiś innych motywów niż po prostu kasa, raczej się nie udała, to Antal zadbał by był to film ładny wizualnie, a przede wszystkim ze świetną, dudniącą muzyką. No i jedna z pierwszych kwestii w filmie „Dzień dobry państwu, to jest napad”, jest ewidentnym nawiązaniem do „Pulp Fiction”, a to fajne.

„Schronienie”

(„Shelter”, reż. Eran Riklis, Izrael 2017)

Minusik raczej, bo choć ten izraelski thriller szpiegowski został nakręcony ze wszelkimi dobrymi praktykami dla sensownych filmów tego rodzaju (tzn. więcej tu groźby strzelania niż samego strzelania), to jednak John Le Carre nawet by na to coś nie spojrzał. Za dużo tu mielizn fabularnych, za dużo nielogiczności w poczynaniach głównej bohaterki, za bardzo to wszystko naciągane. W dodatku aktorki są nierówne Neta Riskin jako agentka Mossadu bardzo mi się podobała. Znana skądinąd Golshifteh Fahrani, jako ochraniana przez nią libanka, wypada zdecydowanie blado.

„Zabicie świętego jelenia”

(„Killing of a Sacred Deer”, reż. Yorgos Lanthimos)

Duży plus, bo to chyba najlepszy film Lanthimosa, jaki Filmotatnik widział. Grek zastanawia się co to jest sprawiedliwość i co się stanie jeśli do współczesnej, europejskiej społeczności, przyzwyczajonej do tego, że sprawiedliwe jest ukaranie sprawcy, dopasujemy prawa rządzące w społeczności innej pewnie bardziej pierwotnej, gdzie sprawiedliwe jest wyrównanie krzywdy, w dodatku rozumiane dosłownie. Dodatkowo „Jeleń” pokazuje jak cienka jest granica między człowiekiem nowoczesnym, a kimś kto niebezpiecznie zbliża się do zwierzęcia, w czym przypomina trochę „The Square” Rubena Ostlunda. Tyle tylko że film Lanthimosa trzyma w napięciu zdecydowanie bardziej.

12:06, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 października 2017

„Kłamstewko”

(„La Mentirita Blanca”, reż. Tomas Alzamora, Chile)

Duży minus. Nieśmieszna komedia o dziennikarzu upadającej gazety w upadającym miasteczku, który, żeby periodyk sprzedawał się lepiej, zaczyna wymyślać newsy. Morał z tej historii jest taki, żeby tego nie robić, bo to nieładnie. Film jest nieciekawy, działania głównych bohaterów bezsensowne, miałem wrażenie, że oglądam historię wymyśloną przez gimnazjalistę. Na jego korzyść działa tylko to, że przy ograniczonym budżecie, tego ograniczenia nie widać. Operator nie macha kamerą, a aktorzy nie udają, że grają, ale to oczywiste minimum. Reżyser przed seansem powiedział, że film zaczął się jako projekty studencki. Poza ten poziom nie wyszedł. Trzy na szynach, przy dobrym humorze profesora.



00:09, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 października 2017

„Gdybyś mu zajrzał w serce”

(„Si tu voyais son coeur”, reż Joan Chemla, Francja)

Minusik, bo reżyserka Joan Chemla dość poważnie odjechała ekranizując nagradzaną powieść kubańskiego pisarza Guillermo Rosalesa „The Halfway House”. Historia drobnego cygańskiego złodzieja, który nie może dojść do siebie po śmierci najlepszego przyjaciela, zaczyna się jak słaby kryminał, ale z biegiem czasu coraz bardziej pogrąża się w metaforycznym romansie, który toczy się w murach przedziwnego hotelu. Niby z takim klimatem to opowieść (wspomniany pisarz cierpiał na schizofrenię, w 1993 r. popełnił samobójstwo a większość swojej pracy spalił, przetrwały tylko dwie powieści), ale miałem wrażenie, że za dużo tu niedopowiedzeń, za dużo emocji, a za mało treści. Kwestia gustu, mi do niego nie przypadł.



00:23, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi