czwartek, 05 stycznia 2017

(Bacalaureat, 2016)

Reżyseria: Cristian Mungiu

Scenariusz: Cristian Mungiu

Grają (ci istotni): Adrian Titieni, Vlad Ivanov

8/10

Doskonały film, który z tegorocznego festiwalu w Cannes wyjechał z nagrodą za reżyserię, mogłby z powodzeniem zostać nakręcony 40 lat temu w Polsce przez jakiegoś Kieślowskiego, Zanussiego, czy inną Holland. Mógłby zresztą opowiadać też o współczesnej Polsce, a przynajmniej tych jej fragmentach, które przebijają spod tego, czym je przyprószono przez ostatnie dwadzieścia kilka lat (choć klimat, tak od półtora roku, się ociepla). Córka Romeo, głównego bohatera, poważanego lekarza, właśnie zdaje maturę. To formalność, by za kilka miesięcy świetna uczennica zaczęła studia w Cambridge, gdzie egzaminy już dawno ma za sobą. Ale po wypadku, ta formalność staje się problemem. Tata więc postanawia pomóc losowi i wikła się w system przysług, w których lekarz pomaga urzędnikowi, ten z kolei policjantowi, a policjant nauczycielowi, itd. Pieniędzy tu właściwie nie ma, jest system „przysługa za przysługę”. Nie ma też, co mniej oczywiste, a Mungiu to świetnie uchwycił, zamkniętego kręgu znajomych, „kliki”, „układu”, czy jakbyśmy to chcieli nazwać. „Pomagają” sobie ludzie, którzy się nawet nie znają, ale „pan dziś mnie, a kiedyś może i ja będę w kłopocie”. A widz ogląda to z nieprzyjemnym uczuciem, czy jego kraj jest bardziej, czy może jednak mniej podobny, do prowincjonalnego rumuńskiego Kluża.

„Egzamin” jest pod pewnymi względami nawet bardziej poruszający, niż klasyka polskiego kina moralnego niepokoju. Tam np. zawsze był jaki wyjątkowo czarny charakter, taki skurwysyn, którego widz mógł wziąć za uosobienie najgorszych cech systemu. Czasem, jak w „Wodzireju”, był nim nawet główny bohater. W rumuńskim filmie... nikogo takiego nie ma. To wszystko są spokojni, zwykli, uprzejmi ludzie. Każdy ma swoje mniejsze lub większe kłopoty, urzędnik boi się operacji, szef policji jest po długotrwałym załamaniu związanym z rozwodem. Nikt nikomu nic złego nie zrobił, bo też Mungiu – zapewne z rozmysłem – nie pokazuje tych, którzy nie zdadzą egzaminu, bo nie ściągali, którzy nie zdążą na przeszczep wątroby, bo nie byli przesuwani na liście, albo stracili pracę w urzędzie, bo nie mieli znajomego, który by ich z powrotem zatrudnił. Idę o zakład, że niejeden widz po wyjściu z kina pomyśli, że „...właściwie o co chodzi, w czym problem?”. A to sprawia, że film jest o wiele bardziej niepokojący. Jeśli więc sądzicie, że o kinie moralnego niepokoju wiecie wszystko i nic więcej na ten temat wymyślić nie można, to jesteście w błędzie. Można. Idźcie do kina.

Scena warta uwagi

Niejedna. Ostatnia zdaje się sugerować, że reżyser jest optymistą. Że o ile pokolenie Romeo jest stracone, to to jego córki jeszcze nie. Znad Wisły można tylko kibicować i zazdrościć. Bardziej optymizmu, niż pokolenia...

22:54, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 stycznia 2017

(Paterson, 2016)

Reżyseria: Jim Jarmush

Scenariusz: Jim Jarmush

Grają (ci istotni): Adam Driver, Golshifteh Farahani

8/10

Filmotatnik ma znajomego, który prawdopodobnie kilkanaście razy, jeśli nie więcej, oglądał „Ghost Doga”, czyli ten film o płatnym zabójcy, w którym główny bohater chyba najmniej pasuje do roli płatnego zabójcy. To u Jima Jarmusha zresztą dość powszechne i przyciągające, że niezaleznie od tego, czy robi film o rzeczy tak efektownej jak mafijny zabójca, czy wampiry, albo o tak przyziemnej jak kawa i papierosy, to i tak akcja jest na tyle leniwa, że pozwala dostrzec piękno i poezję w drobiazgach, na które w życiu nie zwrócilibyście uwagi. „Paterson” to przeuroczy film, w którym Jarmush wspina się na wyżyny tego stylu. Teoretycznie wszystko jest tu na opak. Miasto, według statystyk jedno z najniebezpieczniejszych w USA, to oaza spokoju, gdzie z gangsterami można pogawędzić o psach, a rapującego Method Mana można spotkać w pralni. W filmie Jarmusha to miasto poetów i poezji, której źródła można znaleźć w najdrobniejszym, i co nie mniej istotne – najzwyklejszym – szczególe, takim jak zapałki na stole, czy przechodniu na ulicy. Sam główny bohater jest uosobieniem tej poetyckiej zwyczajności miasta, zresztą i on, i miasto nazywają się tak samo.

Jest w filmie przepiękna scena, w której nie pada ani jedno słowo. Paterson siedzi w barze, do którego wpada wieczorami na piwo, wyprowadzając psa. Rozgląda się po różnych szczegółach miejsca w którym się znalazł, a kamera wodzi za jego wzrokiem. A to ściana za barem ze zdjęciami i wycinkami z gazet o sławnych mieszkańcach miasta, a to barman opowiadający dowcip jakiejś klientce, a to dwóch braci bliźniaków pogrążonych w rozmowie, z której słychać tylko szept. Każdy z tych obrazków, z powodzeniem mógłby być osobnym tematem filmu, albo początkiem opowiadania jakiegoś amerykańskiego pisarza z połowy ubiegłego stulecia. „Paterson”, choć opowiada historię najzwyklejszą ze zwykłych, jest nasycony „literackością” (z braku lepszego słowa...). Warto.

Scena warta uwagi:

Ponieważ została opisana wyżej, to zwróciłbym waszą uwagę, na wszystkie sceny z udziałem psa Marvina, który jest głównym czarnym charakterem tej opowieści. Otóż grająca Marvina suczka Nellie została podczas ostatniego festiwalu w Cannes uhonorowana Palm Dog Award, czyli przyznawaną od 15 lat przez międzynarodowe jury krytyków filmowych, nagrodą dla najlepszego psa-aktora (lub stada psów). Nellie jest pierwszym psem nagrodzonym pośmiertnie. Zmarła kilka miesięcy temu.

18:20, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 grudnia 2016

(Passengers, 2016)

Reżyseria: Morten Tyldum

Scenariusz: Jon Spaihts

Grają (ci istotni): Jennifer Lawrence, Chris Pratt, Michael Sheen, Laurence Fishburne

5/10

Kosmos, statek, on, ona, statek się psuje, muszą ratować ludzkość, heroicznie ratują, wszystko kończy się dobrze. Opowiedziałem wam film, który jest podobny do tuzinów innych filmów dziejących się w kosmosie. Właściwie to jest nieco gorzej, bo o ile wśród tych tuzinów można znaleźć ileś tam filmów, które jednak czymś się wyróżniają, to „Pasażerowie” właściwie nie wyróżniają się niczym. To nie jest zły film. Jest ładny, miejscami efektowny, dobrze wyczuwa się atmosferę samotności na gigantycznym statku. Ale to wszystko poprawność i absolutna przeciętność.

Trochę szkoda, bo na planie zebrano nie tylko bardzo dobrą obsadę (poza wymienionymi wyżej jest jeszcze Andy Garcia, który nie mówi ani słowa), ale świetną ekipę. Reżyser dwa lata temu był nominowany do Oscara za „Grę tajemnic” (inna sprawa czy słusznie, ale był), operator Rodrigo Prieto, to jeden z najlepszych w tym fachu na świecie (z Alejandro Gonzalezem Inarritu filmował „Amores Perros”, „21 gramów” i „Babel”, z Benem Affleckiem „Operację Argo”, z Martinem Scorsese „Wilka z Wall Street”, za zdjęcia do „Tajemnicy Brokeback Mountain” Anga Lee był nominowany do Oscara), scenografię wymyślił i zbudował Guy Hendrix Dyas (autor scenografii m.in. do „Incepcji”), a muzykę napisał Thomas Newman (regularny oscarowy nominant).

Scena warta uwagi:

Jak wiadomo na nowoczesny statek kosmiczny mówi do pasażerów. Nie inaczej jest w filmie. Jeśli zdarza się wam jeździć metrem po Londynie, to możecie poczuć się w kinie znajomo. Głos pod statek, podłożyła brytyjska lektorka Emma Clarke, której głosem wypowiadane są wiadomości na londyńskich liniach metra Bakerloo, Central i District.

piątek, 23 grudnia 2016

(Lion, 2016)

Reżyseria: Garth Davis

Scenariusz: Luke Davies na podstawie „A Long Way Home” Saroo Brielaya i Larry'ego Buttrose'a

Grają (ci istotni): Dev Patel, Nicole Kidman, Rooney Mara

6/10

Wzruszająca i pięknie sfilmowana prawdziwa historia o indyjskim chłopcu ze slumsów, który ni stąd ni zowąd znalazł się w Kalkucie, tysiąc mil od domu, do którego wrócił po ćwierć wieku. Czeka właśnie na rozdanie Złotych Globów z czterema nominacjami (w tym za najlepszy film dramatyczny), ileś nagród już zebrał, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że nieco na wyrost. Owszem, rzucają się w oczy zdjęcia, pozostaje w uszach świetna ilustracja muzyczna, ale sama historia nieco traci na tempie w drugiej części filmu. Główny bohater trochę szuka domu, trochę nie szuka, a motyw wokół którego osnute są jego wątpliwości – czy odnalezienie biologicznej rodziny zmieni jego stosunki z tymi, którzy go wychowali – wypada raczej blado. Szanse na aktorskie złote Globy ma Nicole Kidman i Dev Patel. Tylko ona na nominację zasłużyła.

„Lion...” nie ucieknie od porównania ze „Slumdogiem...”, który swego czasu zgarnął Oscara za najlepszy film (i siedem w innych kategoriach), zresztą polski dystrybutor sam porównuje oba filmy na plakatach („Slumdog był wymyślony, a Lion to prawdziwa historia, kupujcie bilety, ble ble...”). Ale o ile dzieło Danny'ego Boyle'a to był film pełną gębą, pełna rozmachu opowieść, która miała ambicję opisać Indie - zresztą całkiem nieźle jej to wyszło – to „Lion...” jest co najwyżej w porządku. Nie wyjdziecie z kina z poczuciem zmarnowanego czasu, ale też nie będzie to film, który zapamiętacie na długo.

Scena warta uwagi

Mały Saroo trafia do ośrodka dla bezdomnych dzieci gdzieś pod Kalkutą. Pierwsza rozmowa z chłopcem z którym wspólnie je obiad, rozmowa dwóch kilkulatków, jest żywcem wzięta z amerykańskich więziennych filmów. Robi wrażenie.

P.S. To kolejny film, w którym polski dystrybutor bezmyślnie przetłumaczył tytuł. Polski tytuł powinien brzmieć „Lwiątko” (w filmie nie ma żadnego lwa, ale dość szybko można się domyślić jak się znalazł w tytule, wyjaśnienie w napisach końcowych), ewentualnie po prostu „Droga do domu”, co byłoby banalne, bo pewnie sto siedemnaście różnych filmów zatytułowano tak, albo podobnie, ale jednak sensowniejsze.

środa, 21 grudnia 2016

(Hacksaw Ridge, 2016)

Reżyseria: Mel Gibson

Scenariusz: Andrew Knight, Robert Schenkkan

Grają (ci istotni): Andrew Garfield, Sam Worthington, Hugo Weaving, Teresa Palmer, Vince Vaughn

2/10

Niedawno znajomy pokazał mi „najgorszy film wojenny ever” („7 Man Army”, produkcja hongkońska z 1976 r., fragment można zobaczyć tutaj). Film Mela Gibsona swoją wojenną poetyką niespecjalnie się od niego różni. Flaki latają na wszystkie strony, żołnierze wylatują w powietrze tuzinami, trafienia w głowę widz ogląda w każdym możliwym wariancie i z każdej strony. To nie jest film wojenny. To klasyczny slasher. Gibson nie tylko płynnie przeskakuje estetykę Wojciecha Smarzowskiego – mniej w „Przełęczy ocalonych” odciętych głów niż np. w „Wołyniu”, ale np. dużo więcej płonących ludzi – ale zawstydza nawet Quentina Tarantino. Jeżeli przyszło wam teraz do głowy, że na potrzeby nadania notce dramatyzmu nieco przesadzam, to nie. Nie przesadzam.

Mówimy o filmie, który przed momentem otrzymał trzy kluczowe nominacje do Złotych Globów (najlepszy film dramatyczny, najlepszy aktor i najlepszy reżyser) i jest wielce prawdopodobne, że dostanie też nominację oscarową. W tymże filmie nie liczcie na żadne cieniowanie, czy rozterki moralne. Potworni Japończycy wyskakują z każdej dziury w ziemi, żeby – nie bacząc na własne życie – zarżnąć jak najwięcej Amerykanów, szczerząc się przy tym i krzycząc nie wiadomo co. Dzielni Amerykanie bohatersko bronią swojego kraju, wolności i demokratycznych swobód przed wspomnianymi krwiożerczymi Japończykami (nikt nie pyta np. dlaczego robią to na Okinawie), a główny bohater jest najprawdopodobniej aniołem w ludzkim ciele. Nie dotyka broni, czyta Biblię, którą na pożegnanie dostał od świeżo poślubionej żony, pięknej pielęgniarki, a mimo to wyciąga z pola walki (z którego wycofali się jego kumple, a pałętają się tam Japończycy, jest pod ciągłym ostrzałem) i spuszcza na linie wzdłuż ponad 100-metrowego zbocza 75 rannych towarzyszy (w tej liczbie scenarzysta i reżyser dodają jeszcze kilku żołnierzy wroga). Tu akurat film jest najprawdziwszy, bo ta historia rzeczywiście się zdarzyła. Gibson każe widzowi widzieć w tym oczywisty cud i palec Boży (broń Boże statystyka! skąd pomysł, że jakiś taki wariat, spośród wszystkich którzy zginęli, po prostu miał szczęście i przeżył?). W ostatniej scenie główny bohater, ranny, zdaje się unosić na noszach w kierunku nieba (naprawdę, nie zmyślam). W tym momencie Gibson wspina się na Himalaje wazeliniarstwa i patosu. Dawno nie widziałem takiego bezczelnego filmu.

Scena warta uwagi:

Wspomniane „wniebowstąpienie” to koniec dłuższej sceny, w której Japończycy z białą flagą poddają się. Ale to podstępne bestie. Jeden z nich rzuca dwa granaty w kierunku dowódcy. Główny bohater, w zwolnionym tempie jeden odrzuca w powietrzu ręką (machnięciem godnym Djokovicia), a drugi kopniakiem (nie powstydziłby się go Lewandowski) i ratuje mu życie, sam odnosząc poważne rany. Ale to nie koniec! Z noszy pyta towarzysza broni „Gdzie moja Biblia?” (zgubił ją chwilę wcześniej), a ten wraca w sam środek walki, znajduje ją i zwraca naszemu aniołowi.

20:45, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 grudnia 2016

(Sully, 2016)

Reżyseria: Clint Eastwood

Scenariusz: Todd Komarnicki

Grają (ci istotni): Tom Hanks, Aaron Eckhart, Laura Linney

7/10

Clint Eastwood wziął się za sfilmowanie historii, której koniec wszyscy znają, w dodatku wszyscy wiedzą, że zakończyła się dobrze, a bohater jest wzorem cnót. To oznacza, że choć to historia w której na wstępie psuje się wszystko co może się zepsuć, a potem nikt nie ginie, wcale nie jest takim dobrym materiałem na film. Biorąc to pod uwagę efekt jaki osiągnął jest mistrzostwem świata. Największy zarzut do filmu, polega na tym, że brakuje w nim napięcia. Ale mając w pamięci powyższe inaczej być nie może. Eastwood i scenarzysta Todd Komarnicki postanowili dodać nieco dramatyzmu od siebie i kazali pilotom zmagać się z zarzutami komisji ds. badania wypadków lotniczych, która ma na oczach widzów sprawdzić, czy obaj to bohaterowie, czy może szaleni ryzykanci, którzy narazili na śmierć 155 pasażerów samolotu. Finału można się domyślić, tym bardziej, że – jak kilkakrotnie jest podkreślane na ekranie – pilot Chesley Sullenberger lata samolotami od 42 lat, więc ster był w najbezpieczniejszych rękach, jakie można sobie wyobrazić.

Recenzent brytyjskiego „The Telegraph” nie wahał się zauważyć, że Eastwood reżyseruje od 45 lat (to jego 35 film). I wcale nie znaczy to, że te ręce są równie bezpieczne jak ręce Sully'ego. Choć ma na koncie dzieła genialne, to i pewne, właściwe konserwatystom, zamiłowanie do machania gwiaździstym sztandarem w co drugiej scenie, co w przypadku „Snajpera”, jego poprzedniego filmu (kandydata do Oscara sprzed dwóch lat), bywało momentami niestrawne. Tym razem nie tylko udało mu się nakręcić pozytywną historię bez rażącego patosu, ale w dodatku stworzyć film, który się świetnie ogląda. „Sully”, poza wszystkim, jest niezwykle efektowny. Oglądane dwukrotnie lądowanie na rzece Hudson, różniące się detalami, na które reżyser zwraca uwagę widza, to doskonale nakręcone sceny. Nie jest to może film, który zmieściłby się w trójce najlepszych Eastwooda, ale nie dajcie się zniechęcić. To porządne kino.

Scena warta uwagi:

Jest gdzieś na początku scena w której Sully i Jeff, drugi pilot, wieczorem, przed czekającym ich przesłuchaniem przed komisją, wychodzą się przespacerować po Nowym Jorku. Rozmowa jaką prowadzą niestety każe przypuszczać, że cały film będzie pełen patetycznych przemów o bohaterstwie i tym co mężczyzna powinien zrobić. Trochę się wtedy przestraszyłem. Ale spokojnie, reżyser nie poszedł tą drogą.

niedziela, 04 grudnia 2016

(Nocturnal Animals, 2016)

Reżyseria: Tom Ford

Scenariusz: Tom Ford

Grają (ci istotni): Amy Adams, Jake Gyllenhaal, Michael Shannon, Armie Hammer, Laura Linney, Andrea Riseborough, Michael Sheen, Jena Malone

7/10

Bardzo porządny, nieoczywisty, thriller o interesującej konstrukcji, który nieco przypomina estetyką "Neon Demon", ale o ile w filmie Refna efekty wizualne są głównym tematem, o tyle w filmie Forda ostro umalowana i oszczędna w słowach główna bohaterka to tylko przykuwająca uwagę otoczka głównej historii. Oglądamy wiec film o kobiecie, która czyta książkę, a dwie przeplatające się opowieści w niezwykły sposób na siebie wpływają. Od samego początku widz wie, że rzeczywistość i powieść wzajemnie się ze sobą wiążą, ale w trakcie filmu musi wykombinować na czym ten związek polega. Nie jest on może aż tak pokręcony, jak w błyskotliwym "Przypadku Harolda Cricka", ale i tak ciekawy.

Tom Ford, światowej sławy projektant i dyktator mody, filmy robi z zamiłowania i wychodzi mu to doskonale. "Zwierzęta nocy" to drugi, który napisał i wyreżyserował. Siedem lat temu "Samotny mężczyzna" tez debiutował w Wenecji, a grający tam główna rolę Colin Firth dostał na festiwalu nagrodę aktorską, a potem zgarnął jeszcze nagrodę BAFTA, Złoty Glob i oscarową nominację. Ten film z kolei w tym roku wyjechał z Wenecji z Grand Prix Jury i gdzieniegdzie przebąkuje się, że może pomoc Amy Adams w zgarnięciu Oscara, choć na dobra sprawę, co najmniej dwie inne role przykuwają uwagę (Gyllenhaal, Shannon), a i cała zgraja fajnych aktorów w epizodach bardzo filmowi pomagają.

Scena warta uwagi:

Śmieszne są obie sceny w muzeum, które chyba przekonują główna bohaterkę, że jej wybór nie był właściwy. Słusznie?

czwartek, 17 listopada 2016

(Arrival, 2016)

Reżyseria: Denis Villeneuve

Scenariusz: Eric Heisserer na podstawie opowiadania „Story of Your Life” Teda Chianga

Grają (ci istotni): Amy Adams, Jeremy Renner, Forest Whitaker

9/10

Świetny film, w którym akurat najmniej istotni są kosmici. Denis Villeneuve już kilkakrotnie udowodnił, że potrafi stworzyć hipnotyzujący klimat i nakręcić film ilustrowany pięknymi zdjęciami i pozostającą w głowie na długo muzyką, którą już po raz trzeci nagrał dla niego Johann Johannsson. Tym razem pracował jednak na doskonałym scenariuszu. W efekcie mamy zaskakującą, wzorowo przemyślaną i poprowadzoną historię. Elementy, które stopniowo wydają się ważne, ale widz nie ma do nich klucza, z biegiem czasu układają się w błyskotliwą opowieść. Nie nagle, ale stopniowo, kawałek po kawałku. Można odkrywać tajemnicę filmu razem z główną bohaterką. A gdy się już ją odkryje, widz pozostaje z ostatnim pytaniem, którego kompletnie się nie spodziewał. Dawno nie byłem na filmie, którego oglądanie sprawiłoby mi taką frajdę. O ile „Sicario”, przy wszystkich powyższych zaletach, kończy się dość banalnie, to „Nowy początek” imponuje zakończeniem, a właściwie całą konstrukcją opowieści.

To tak fajnie przemyślany film, że nawet nie przeszkadzają nieliczne mielizny, gdy Amerykanie zachowują się bezsensownie (może to nie mielizny?). Mamy więc lingwistkę, która zostaje poproszona przez wojsko o nawiązanie kontaktu z kosmitami, których 12 statków wylądowało w 12 miejscach na świecie, w tym na jednej z równin Montany. Zamiast nawalanki rodem z „Dnia niepodległości”, kanadyjski reżyser opowiada pasjonująco o próbie nawiązania rozmowy z kimś, kto nie tyle mówi innym językiem, ale początkowo nawet nie wiadomo, czy można o nim powiedzieć „ktoś”. Tylko pozornie już takie historie opowiedziano w „Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia” czy w „Kontakcie”, bo z „Nowego początku” dużo więcej można się dowiedzieć o ludziach niż o kosmitach. W dodatku twórcy każą widzom w niecodzienny sposób spojrzeć na język i jego rolę, która wykracza daleko poza proste narzędzie do przekazywania informacji. Z filmu dowiecie się np. dlaczego nie należy uczyć kosmitów grać w szachy. Warto obejrzeć. Bardzo.

Scena warta uwagi:

Jest ich wiele, niestety nie mogę zdradzić które. Po obejrzeniu jednak na pewno będziecie to wiedzieć.

wtorek, 01 listopada 2016

(Prosta historia o morderstwie, 2016)

Reżyseria: Arkadiusz Jakubik

Scenariusz: Arkadiusz Jakubik, Igor Brejdygant, Grzegorz Stefański

Grają (ci istotni): Filip Pławiak, Kinga Preis, Andrzej Chyra, Ireneusz Czop

5/10

Trzeba na reżysera Arkadiusza Jakubika chuchać i dmuchać, bo choć "Prosta historia o morderstwie" jest filmem pełnym mielizn i nieco irytującym, to łatwo dostrzec, że Jakubik lubi dobre amerykańskie kino i chce się na nim wzorować, choć tym razem mu nie wyszło. Wyszedł mu film bardziej efekciarski niż efektowny. Np. bardzo podoba mi się główny motyw muzyczny, tyle że jest go za dużo i w złych miejscach. Skakanie miedzy przeszłością a teraźniejszością robi historii źle, bo łatwo można się w tym pogubić, tym bardziej, że grający głównego bohatera Filip Pławiak ma tę samą minę przez półtorej godziny. Trudno się wiec czasem zorientować, czy to już po tytułowym morderstwie, czy jeszcze przed. Watek brata-gangstera jest bezsensowny, bo dla fabuły nie ma żadnego znaczenia i mogłoby go nie być. Z drugiej strony nietypowa scena rozmowy w języku migowym w łazience jest doskonała.

Tym co ciągnie film w dół jest niestety wspomniany Pławiak. Amerykanie od czasu do czasu robią thriller w którym głównemu bohaterowi świat się wali na głowę, musi ogarnąć siedemnaście rożnych rzeczy, zdobyć pieniądze, uratować kobietę i na końcu przeżywa, albo nie, ale tak czy siak wszystko kończy się dobrze. Takie filmy, jak "Życie Carlita", "Chłopcy z ferajny", czy, żeby nie szukać daleko, "Wilk z Wall Street", opierają się na postaci głównego bohatera. Tymczasem Jacek jest nijaki, bo Pławiak jest nijaki. Gdyby ta rola była choć w połowie tak brawurowa, jak Kingi Preis, film byłby lepszy.

Scena warta uwagi:

Pomysł, by najmłodszy brat Jacka był głuchoniemy, powstał chyba tylko po to, by nakręcić wspomniana scenę w łazience. Tym razem było warto.

17:10, kubadybalski , thriller
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 października 2016

(Girl on the Train, 2016)

Reżyseria: Tate Taylor

Scenariusz: Erin Cressida Wilson

Grają (ci istotni): Emily Blunt, Edgar Ramirez, Luke Evans

4/10

Ekranizacja zeszłorocznego bestsellera Pauli Hawkins może niestety wciągnąć tylko tych, którzy nie czytali książki. Obejrzą klasyczny, dość schematyczny thriller o miłosnym pięciokącie, w którym głównej bohaterce, która jest najbliżej wykombinowania kto zabił, nikt nie wierzy, bo niestety garuje bez specjalnego opamiętania. Niestety twórcy filmu postanowili zignorować wszelkie zabiegi, które sprawiają, że książkowy pierwowzór jest wciągającym kryminałem. Rozedrgana emocjonalnie Rachel, która sama sobie próbuje tłumaczyć picie, kłamanie i szereg bezsensownych działań, to największą zaleta książki. Opowiadanie z punktu widzenia pierwszej osoby (a właściwie trzech osób) daje czytelnikowi poczucie uczestniczenia w całej historii od środka, a jednocześnie powoli pokazuje mu cała intrygę. W filmie oglądamy jednak klasyczną opowieść, nieco się dłużącą, a Rachel w wykonaniu Emily Blunt głownie beczy i się snuje. Kto zabił można wykombinować w połowie filmu.

Drugą rzeczą jest rzekomy alkoholizm Rachel. "Rzekomy" na ekranie, bo w książce to bardzo sugestywnie pokazany, czwarty bohater. Twórcom filmu jednak wydawało się chyba, że wystarczy Blunt rozmazać makijaż i kazać od czasu do czasu się zataczać, żeby pokazać, że nie wylewa za kołnierz. Jedna z najmocniejszych scen w książce - skacowana Rachel budzi się z siniakami i zadrapaniami, nie pamięta poprzedniego wieczoru, wymiotuje współlokatorkę na wykładzinę, po czym idzie dalej spać - w filmie jest pokazana poprzez jeden siniak i skotłowaną pościel. Ech. Przydało by się do tego Hollywood wysłać Smarzowskiego, to by im pokazał jak się robi takie filmy.

Scena warta uwagi:

O ile w książce finałowa scena (mordowania mordercy) jest dobrym podsumowaniem, to w kinie wzbudziła lekki szmer śmiechu. Nic dziwnego bo w wersji ekranowej trochę nie ma sensu. Ale nad spartoleniem książki już się wyzłośliwiałem wyżej.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi