poniedziałek, 16 października 2017

„Urodziny”

(„Aniversarea”, reż. Dan Chisu, Rumunia)

Plusik, bo to jednak ciekawe. Nietypowa rodzina zbiera się na uroczystości 94. urodzin dziadka. I jak to w rodzinie, podczas spotkania wychodzą na jaw rozmaite tajemnice, pretensje i cele. Wszelkie podobieństwa z „Sieranevada” są... przypadkowe, choć nawet reżyser przyznawał po seansie, że jak się dowiedział, że Puiu robi film z takim samym pomysłem, to obaj byli zaskoczeni. Film Chisu jest jednak nieco bardziej toporny niż film jego kolegi. A przede wszystkim w połowie kręcenia umarł główny aktor, więc efekt na ekranie znacząco się różni od tego co było w scenariuszu. Gdy Chisu opowiadał, jak film miał się skończyć, brzmiało to jak całkiem dobry film. Bo ten, który ostatecznie zmontowano, sprawia wrażenie, jakby urwał się w połowie.

„Górnik”

(„Rudar”, reż. Hanna Slak, Słowenia/Chorwacja)

Plus, choć mógłby być większy. Ale to bardzo ciekawa historia dotykająca mrocznej przeszłości Słowenii, która dla nas może być krainą słoneczną, górzystą, nowoczesną, w której wojny prawie nie było, ale, jak wynika z filmu, jest narodem podzielonym, jak, nie przymierzając Hutu i Tutsi, czy Hiszpanie po wojnie domowej i rządach Franco. Górnik odkrywa w szybie kopalni tajemnicę sięgającą jeszcze czasów II Wojny Światowej. Wszyscy dookoła boją się kopać, ale on ma motywację, bo sam jest Bośniakiem ze Srebrenicy. Słoweński kandydat do Oscara, oparty na prawdziwej historii, jest filmem bardziej filmem zrobionym dla Słoweńców, niż z uniwersalnym przesłaniem. Ale obejrzeć warto.



23:45, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 października 2017

„Pewnego razu w listopadzie...”

(„Pewnego razu w listopadzie...”, reż. Andrzej Jakimowski, Polska)

Plus to za mało. Doskonałe, poruszające kino, które powinno być mocnym faworytem do głównej nagrody festiwalu. Jakimowski zrobił bardzo ważny film o współczesności i po seansie sam się dziwił, dlaczego polscy reżyserzy tak rzadko robią filmy o tym co dzieje się dookoła. Historia studenta Marka i jego mamy, z dziejącymi się w tle wydarzeniami z 11 listopada 2013 r., to z jednej strony wypunktowana z wyjątkowym wyczuciem lista tych rzeczy, które spieprzyli nasi rodzice, ale powoli my też przykładamy ręce i nogi do tej destrukcji, a z drugiej strony hipnotyzujące połączenie zdjęć dokumentalnych z fabułą, Której nie powstydziłoby się Hollywood. Na dokładkę wybitne role - Agaty Kuleszy (co jest standardem) i Grzegorza Palkowskiego (co cieszy). Film jednocześnie kameralny i fundamentalny, bo nikt jeszcze w polskim kinie nie próbował odpowiedzieć, dlaczego w centrum Warszawy faszyści demonstrują z "kotwicą"i krzyżem celtyckim na jednym rękawie. Do obejrzenia koniecznie!

„Pomiędzy słowami”

(„Pomiędzy słowami”, reż. Urszula Antoniak, Polska)

Plusik, bo mimo wszystko ciekawe spojrzenie na temat emigracji, przez przykład Polaka, który zrobił karierę w Niemczech (reżyserka tłumaczyła, że miała problemy ze znalezieniem finansowania po obu stronach Odry, bo i tu i tam nikt nie wierzył, że tacy Polacy w ogóle istnieją). Przez większość filmu syn i ojciec rozmawiają w Berlinie o życiu. Mogą to robić, bo syn jest dziany, zrobił karierę w kancelarii prawniczej, więc mają czas i pieniądze. A widz dowiaduje się, że emigrant zawsze pozostanie choć trochę obcy, choćby nie wiem jak się starał, niezależnie od umiejętności, ambicji i motywacji. Mało to odkrywcze, choć nie ogląda się źle. Film wyjechał przed miesiącem z Gdyni z nagrodą za dźwięk i za zdjęcia. Trochę na wyrost.



21:52, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »

„Spotkanie na Szczycie”

("La Cordillera", reż. Santiago Mitre, Argentyna)

Minus, bo ten argentyński, filmowy "House of Cards" miał gigantyczny potencjał, a ostatecznie sprowadza się do jednej decyzji, którą podejmuje główny bohater i ona decyduje, czy jest człowiekiem dobrym, czy złym. Końcówka kładzie cały film, nie pozostawia niczego domysłom i wszystko wykłada jak kawę na ławę. A szkoda, bo jest w "Spotkaniu na Szczycie" wiele ciekawych rzeczy - zdjęcia, muzyka Alberto Iglesiasa, temat, czyli wielka polityka od kuchni, a wreszcie aktorzy, jak Ricardo Darin, czyli najbardziej rozchwytywana z argentyńskich twarzy, a w epizodach Elena Anaya i Christian Slater.

„Czuwaj”

(„Czuwaj”, reż. Robert Gliński, Polska)

Minus dla reżysera, który po seansie przekonywał, że chciał zaprezentować obraz współczesnej polskiej młodzieży, ale wygląda na to, że ma o nim mgliste pojęcie i więcej mu się wydaje, niż rzeczywiście wie. Świetny pomysł na film został położony gdzieś na etapie pisania scenariusza. Mógłby to być bardzo dobry thriller o ginących uczestnikach obozu harcerskiego, ale na to za dużo w tym filmie fabularnych mielizn, nielogiczności i braku konsekwencji (ginie dziecko, ale rzecz udaje się utrzymać w tajemnicy przez kilka dni, aha...). Mógłby to być fascynujący film o uporządkowanej strukturze, która stopniowo się rozpada, a główny bohater traci nad nią kontrolę. Ale wspomniany główny bohater, druh obozowy, którego poznajemy jako odpowiedzialnego i rozsądnego, nagle zaczyna postępować jak rozemocjonowany przedszkolak, czyli zupełnie bez sensu. Rujnującym szczegółem jest zestaw „kurew” i „chujów”, których natężenia nie powstydziłby się Pasikowski, ale które padają najczęściej nie wtedy gdy trzeba i brzmią fałszywie. Mam wrażenie, że niewielu polskich twórców filmowych zdaje sobie sprawę, że sensowne wplecenie klnięcia w film to co najmniej umiejętność, a może i kawałek sztuki. Nie wystarczy wrzucić kilku wulgaryzmów do dialogów, to tu, to tam.

„Łagodna”

(„Krotkaya”, reż. Sergiej Łoźnica, Francja/Rosja)

Plus, i to bardzo duży, za wstrząsający film Łoźnicy, który postanowił pokazać przekrój rosyjskiego (właściwie radzieckiego, a można by i sięgnąć do czasów caratu) społeczeństwa i to nie jest przekrój, który wygląda dobrze. W najbardziej powierzchownym przesłaniu ten, pokazywany w Cannes film, to historia kobiety, która ściera się z rosyjską biurokracją, próbując się dowiedzieć co się dzieje z jej mężem, zamkniętym w więzieniu. Głębiej to już próba wytłumaczenia dlaczego w Rosji jest źle, a reżyser próbuje tłumaczyć, że to społeczeństwo już tak ma, samo jest sobie winne, a nawet jest skażone jakąś masochistyczną skłonnością do wpychania się pod but i pod bat. Jeszcze głębiej to zestaw odwołań, wprost, ale też alegorycznych, do literackich pierwowzorów. Sam film jest luźno oparty na twórczości Dostojewskiego.



01:39, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 października 2017

"Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach"

("How to Talk to Girls at Parties", reż. John Cameron Mitchell, Wielka Brytania/USA)

Plusik, bo to sympatyczny i miły w oglądaniu film, wbrew tytułowi, o kosmitach. Ekranizacja prozy Neila Gaimana, czyli dość odjechana historia o (bardzo) trudnej miłości dwojga nastolatków (chyba). Coś pomiędzy "Zmierzchem", "E.T.", a "Porachunkami". Jeżeli mimo tego co napisałem i tak nie możecie sobie wyobrazić co to za film (co wielce prawdopodobne), to dodam tylko, że warto go zobaczyć choćby dla Elle Fanning, a zwłaszcza dla Nicole Kidman, która żadnej roli się nie boi i bardzo jej to służy.

 

"Szachowa rozgrywka"

("La Defensa del Dragon", reż. Natalia Santa, Kolumbia)

Minus, bo choć debiut reżyserski kolumbijki Natalii Santy (podobnie jak film powyżej premierę miał w Cannes) spodoba się miłośnikom szachów, to jednak wlecze sie niemiłosiernie. Główny bohater szachami żyje. Trochę za bardzo bo sam wobec siebie zastosował tytułowy defensywny wariant gry. Rzecz kończy się optymistycznie, ale nie każdy dotrwa do tego końca. Spodobać się może, że pomysł na zdjęcia wziął się z fotografii Bogoty zrobionych przez męża reżyserski. Nie podoba mi się za to (choć to szczegół), że tłumaczący tytuł na język polski nie wysilili się specjalnie.



23:49, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 października 2017

(Blade Runner 2049, 2017)

Reżyseria: Denis Villeneuve

Scenariusz: Hampton Fancher, Michael Green

Grają (ci istotni): Ryan Gosling, Harrison Ford, Ana de Armas, Sylvia Hoeks, Robin Wright, Jared Leto, Carla Juri

8/10

35 lat temu Ridley Scott nakręcił film o człowieku, który w androidach znalazł tyle człowieczeństwa, że zaczął się zastanawiać, czy sam nim nie jest. Film... nie wzbudził wielkiego poklasku. Dopiero z biegiem lat (i po kilku przemontowaniach przez reżysera) okazało się, że Scott stworzył arcydzieło, które całej kinematografii, ale też innym rodzajom sztuki, wyznaczyło sposób myślenia o przyszłości i rozwoju technologii. Teraz Villeneuve – też reżyser z zadatkami na jednego z najlepszych w historii – nakręcił film o androidzie, do którego powoli dociera, że jest w nim coś więcej niż efekt pracy inżynieryjnej. Drugi „Blade Runner” był skazany na katastrofę. Zmierzyć się z legendą pierwszego filmu i udźwignąć ją wobec tych, którzy tamten film cenią, a z drugiej strony zrobić coś, co zaciekawi widzów, którzy tamtego filmu nie widzieli, wydawało się niemożliwe. A jednak się udało. Film Villeneuve'a, ale nad którym przecież Scott czuwał jako producent, nie tylko ładnie ciągnie wątki z pierwowzoru, ale też intryguje nowymi, z których część przez te trzy i pół dekady kino rozważało. Czy życie potrzebuje ciała („Ona” Spike'a Jonze'a)? Czy istota obdarzona świadomością to już człowiek? Czy etyka obowiązuje roboty („Ex Machina” Alexa Garlanda)? Czy dzieło jest własnością stwórcy? Czy technologia to kontynuacja ewolucji („Matrix” rodzeństwa Wachowskich)? Czy tylko człowiek może stracić zmysły?

„Blade Runner 2049” to nie tylko sensowna i wciagająca historia, co w filmach s-f nie jest częste, ale dzieło dopracowane w każdym szczególe. Trudno powiedzieć czy lepszą prace wykonał twórca zjawiskowych zdjęć Roger Deakins, garściami czerpiący z oryginalnego soundtracku Vangelisa Hans Zimmer i Benjamin Wallfish, czy może osoby odpowiedzialne za casting, bo odtwórcy głównych ról zostali dobrani wzorowo. Sylvia Hoeks jako Luv mrozi krew w żyłach (a przecież równie świetną, choć zupełnie inną rolę zagrała w „Koneserze” Giuseppe Tornatore), hipnotyzujące role zagrały też Ana de Armas (co za pomysł na postać!), a zwłaszcza Carla Juri. Twórcy utrzymali klimata pierwszego filmu, co chyba dla fanów pierwszego „Łowcy androidów” było najważniejsze. Nawet w tym jednym momencie, gdy już wydaje się, że film skręci w stronę kolejnej franczyzy obliczonej na pięć kolejnych „Blade Runnerów” na poziomie, mniej więcej „Igrzysk śmierci”, szybko okazuje się, że widza inteligentnie zwiedziono. To pewnie byłby jeden z najwybitniejszych filmów science-fiction, gdyby tylko... nie było tego pierwszego filmu sprzed 35 lat. A tak jest rewelacyjną kontynuacją tamtejszej historii.

Scena warta uwagi:

Jest wiele fajnych i nowych pomysłów. Ale być może najbardziej warto delektować się pejzażami świata za trzydzieści dwa lata. Hipnotyzujące choć też przerażające.

poniedziałek, 25 września 2017

(Ptaki śpiewają w Kigali, 2017)

Reżyseria: Joanna Kos-Krauze, Krzysztof Krauze

Scenariusz: Joanna Kos-Krauze, Krzysztof Krauze

Grają (ci istotni): Jowita Budnik, Eliane Umuhire, Witold Wieliński

7/10

Jeśli wśród filmów o ludobójstwie na jednym końcu skali umieścimy "Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego, to "Ptaki śpiewają w Kigali" są na tym drugim końcu. To film bardzo cichy. Mówi się w nim mało, ale cisza, która ilustruje kolejne sceny, szumi w uszach. Wiele z nich zresztą zaczyna się na głucho. Tak jakby Krauzowie chcieli pozwolić widzom wczuć się w kogoś, kto przeżył traumę tak mocną, że zmusza się by wrócić do rzeczywistości. Przeżywanie traumy to zresztą główny temat filmu i choćby z tego powodu powinno się na niego obowiązkowo prowadzać pseudopatriotów, chcących "pomagać na miejscu". Co więcej nie, ludzie, którzy uciekają przed wojną nie będą zaraz po przekroczeniu granicy uśmiechać się, deklarować chęci nauki polskiego i wychwalać pod niebiosa smaku pierogów (a chyba niektórzy politycy tylko pod takim warunkiem łaskawie zechcieli by ich wpuścić). Mogą być rozgoryczeni, nieufni, czy apatyczni. I maja prawo tak się czuć, skoro ktoś im, być może, przed chwilą wymordował rodzinę.

Czy jest sens robić w Polsce film o zbrodni w Rwandzie? Krauzowie pokazali, że warto. Umiejętnie pokazali, że ludobójstwo ma też charakter osobisty, intymny, a na tym poziomie nie ma znaczenia kolor skory, czy narodowość. Zresztą to właśnie zejście na poziom indywidualny nadaje tym wydarzeniom uniwersalny charakter. Problem w tym, że trauma jest jednak wybitnie niefilmowa. Film nie jest nudny, ale... nie jest wciągający. Jakoś tam ciekawi pewna tajemnica, która rozwiązuje się na końcu, ale to trochę mało. Krauzowie zrobili tak uwewnętrzniony film, że momentami mu to szkodzi. Ale warto.

Scena warta uwagi

Gdy pewien urzędnik w ministerstwie mówi, że "nikt nie morduje miliona ludzi bez powodu", to zapewne wszyscy symetryści biją mu po cichu brawo. Ciarki przechodzą. Takich, rzuconych półgębkiem, komentarzy do współczesności jest w filmie więcej.

17:25, kubadybalski , dramat
Link Komentarze (1) »
sobota, 16 września 2017

(The Square, 2017)

Reżyseria: Ruben Ostlund

Scenariusz: Ruben Ostlund

Grają (ci istotni): Claes Bang, Elizabeth Moss, Dominic West

6/10

Film o tym, że mimo tysięcy lat rozwoju kultury niezmienie wszystko sprowadza się do tego kto komu może przywalić i kto kogo zaciągnie za włosy do łóżka. Także o sytuacjach, w których ta, szeroko rozumiana, kultura, jest nieprzydatna / szkodliwa / bezduszna / nieetyczna / groźna dla jednostki / groźna dla społeczności / niesprawiedliwa (konkretne określenie można sobie dopasować do każdej sceny z filmu). Początkowo zapowiada się na zwykłą satyrę na sztukę nowoczesną, zresztą na żartach z niej głównie śmieje się widownia. To byłoby ciekawe, gdyby reżyser zamiast robić bekę z tego, że jest niezrozumiała (co powszechnie wiadomo), zauważył, że czasem jest niezwykle sensowna (co wiadomo dużo mniej powszechnie), ale to w filmie ginie. Potem śledzimy losy dyrektora muzeum sztuki współczesnej, któy najogólniej rzecz biorąc wpada w kłopoty, bo w głębi serca jest nieśmiałym tchórzem, choć świetnie poruszającym się na salonach i wśród socjety. Film zdobył Złotą Palmę w Cannes na wyrost, bo wyważa otwarte drzwi. Zadaje pytania i podnosi problemy, podnoszone w kinie już dziesiątki razy. Część poruszanych tam tematów w zeszłym roku, świetnie, skonsumował „Toni Erdmann”. W scenie wywiadu, jednej z pierwszych w filmie, ani dziennikarka ani sam dyrektor nie rozumieją bełkotu na temat wystawy ze strony internetowej muzeum. Ale już Ryszard Ochódzki w „Misiu” tłumaczył, że nie ma co się bać, że ktoś zapyta po co ten miś. Nikt tego nie wie, więc nikt nie zapyta.

Na filmie Ostlunda nie będziecie się dobrze bawić, bo ogląda się go źle. Nie tylko dlatego, że taki był zamysł reżysera, żeby widz się przeglądał w filmie jak w lustrze, a to przeważnie nie jest ładny i przyjemny widok. To byłoby do przełknięcia. Gorzej, że film jest chaotyczny. Reżyser mruga do widza, ale te mrugnięcia nie zawsze są zrozumiałe i są nierównej jakości. Pomysły świetne, jak uroczysta kolacja w muzeum z człowiekiem-małpą (trafiła na plakat), czy obie pokazane w filmie konferencje prasowe, przeplatane są łopatologicznym tłumaczeniem paradoksów, jakie istnieją w sytym i bogatym społeczeństwie. To, że Szwed (zresztą nie tylko Szwed) chętniej pomoże finansowo biednym dzieciom w Afryce, niż przechodniowi, który poprosi go o pomoc na ulicy, nie jest wybitnym odkryciem. Choć może dla jury w Cannes jest.

Scena warta uwagi:

Wstrząsająca jest, wspomniana wyżej i opisywana zresztą już wielokrotnie, scena bankietu w muzeum. Widz z jednej strony dziwi się „jak łatwo...”, a z drugiej czuje, że nie ma tam ani krzty fałszu, czy przesady.



20:52, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 września 2017

(Beguiled, 2017)

Reżyseria: Sofia Coppola

Scenariusz: Sofia Coppola na podstawie „A Panted Devil” Thomasa P. Cullinana

Grają (ci istotni): Nicole Kidman, Kirsten Dunst, Elle Fanning, Colin Farrell

7/10

Emocjonujący film, który mieści się gdzieś pomiędzy thrillerem, horrorem, czarną komedią, a filmem historycznym, o żołnierzu Północy, który w czasie wojny secesyjnej, ranny, trafia przypadkiem do położonej gdzieś w Wirginii szkoły dla dziewcząt. A że dyrektorka, nauczycielka, oraz dziewczęta mężczyzny na dobre nie widziały od dłuższego czasu, zaczynają się podchody z różnych stron. Sztywna hierarchia w miejscu, które sprawia wrażenie na odcięte od świata (niby trwa wojna, ale w tym miejscu obecna jest głównie w postaci odległych, choć codziennych wybuchów i pustki, którą zaburzają tylko przechodzące od czasu do czasu drogą oddziały żołnierzy) zostaje zaburzona. Dziewczęta nieco się rozzuchwalają. Przybysz nie ma zamiaru po wyleczeniu ran podziękować i ruszyć w swoją drogę. Ale od samego początku można podejrzewać, że dyrektorka w niejednym piecu pichciła pieczywo i nie z takimi sytuacja mi sobie radziła.

Film trzyma w napięciu, bo Coppola tak opowiada całą historię, że więcej każe się domyślać, niż mówi wprost. O przeszłości głównych bohaterów widz dowiaduje się niewiele, trochę przypadkiem i nie dowie się co się będzie działo dalej. Początek i koniec filmu są do siebie bardzo podobne, tak, jakby to co pomiędzy, właściwie się nie zdarzyło. A skoro tak, to można się tylko domyślać jak wiele przeszły główne bohaterki przed i po. „Na pokuszenie” to ekranizacja powieści sprzed pół wieku, którą zresztą już raz sfilmowano w latach 70-tych z Clintem Eastwoodem w roli głównej. Tamten film był brutalny i opowiedziany z męskiego punktu widzenia. Wersja Coppoli różni się i chyba wyszło jej to na dobre (zarówno filmowi, jak i samej Coppoli, która dostałą w Cannes nagrodę za reżyserię). Na ten film warto też iść dla Nicole Kidman, która im starsza, tym lepsza.

Scena warta uwagi:

Podobała się recenzentowi „Guardiana” i miał rację. Kolacja, gdy miss Martha w kilku zdaniach sprowadza na ziemię rozentuzjazmowaną Edwinę. Mistrzostwo.

P.S. Plakat jest świetny.



sobota, 26 sierpnia 2017

(Слава, 2016)

Reżyseria: Kristina Grozewa, Petar Wałchanow

Scenariusz: Kristina Grozewa, Petar Wałchanow

Grają (ci istotni): Stefan Denoliubow, Margita Goszewa

7/10

Kino moralnego niepokoju nie zginęło wraz z przemianami ustrojowymi w Polsce. Po prostu postanowiło szukać szczęścia za granicą. Dziś takie filmy robi się w Rumunii, Bułgarii i w Rosji, co jest paradoksalną korzyścią, być może jedyną sensowną, z życia po sąsiedzku z korupcją, brakiem zaufania i ogólnym tumiwisizmem. Na takim właśnie podłożu powstają najlepsze filmy, bo co może być ciekawszego dla kina niż człowiek który czasem jest świnią, a czasem bohaterem i czasem winę za to ponoszą okoliczności, a czasem on sam, a najczęściej granica między tymi wszystkimi sytuacjami jest nieuchwytna. Grozewa opowiada historię pracownika kolei, który znalazł na torach wory z pieniędzmi i postanowił oddać je policji. Nic w tym zaskakującego, znając mechanizm tego rodzaju filmów, że była to dla niego decyzja najgorsza z możliwych i gdyby wziął je do kieszeni i resztę życia spędził pod palmami na Fidżi wszyscy (ale to absolutnie wszyscy w tej historii) byliby zadowoleni. Bułgarska reżyserka, równie efektownie jak w nakręconej przed trzema laty „Lekcji”, pokazuje jednak jak piekielnie niewygodne jest życie w rzeczywistości, w której nawet nie chodzi o to, że wszyscy są nieuczciwi (bo nie wszyscy), ale jeśli nie są, to są samolubni, a jeśli nie nieuczciwi ani samolubni, to im zwyczajnie nie zależy.

Polski widz może się w tym filmie przejrzeć jak w krzywym zwierciadle i zastanowić, czy przez ostatnie lata przypadkiem zwierciadło, które ma w rękach, nieco się nie wygładza. Poboczne wątki składają się na bardzo niefajną rzeczywistość kraju, który bardzo chciałby być europejski, ale na każdym kroku widać słomę (znów: skąd my to znamy?), a unijne pieniądze służą głównie do budowania kafkowskiej biurokracji. Rzeczniczka ministra transportu, która czas dzieli miedzy pracę, a wizyty w klinice ginekologicznej gdzie chce zamrozić zarodki na przyszłość. Bo dziecko jest ważne, ale jeszcze nie teraz. Główna postać filmu, którą na każdym kroku wszyscy nazywają bohaterem, bo tak im wygodnie, ale nikt go, choćby w elementarny sposób, nie szanuje. Doskonała, metaforyczna, jest scena, w której wspomniana rzeczniczka musi zrobić sobie szybko zastrzyk, o którym wcześniej zapomniała, więc robi go w holu ministerstwa, zakrywając się tym co jest pod ręką, czyli stojącą tam unijną flagą. Warto się wybrać.

Scena warta uwagi:

Poza wspomnianą wcześniej, pięknym przykładem kosmicznej cepelii jest uroczystość w ministerstwie. Jest tam nawet dziecko recytujące wierszyk.

15:44, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 sierpnia 2017

(Valerian and the City of a Thousand Planets, 2017)

Reżyseria: Luc Besson

Scenariusz: Luc Besson na podstawie komiksów „Valerian i Laureline” Pierre'a Christina i Jean-Claude'a Meziersa

Grają (ci istotni): Cara Delevingne, Dane DeHaan, Clive Owen, Rihanna, Ethan Hawke, Herbie Hancock, John Goodman, Mathieu Kassovitz, Rutger Hauer, Elizabeth Debicki

3/10

Jeśli wydawało wam się, że po "Avatarze" nie można już zrobić nic lepszego, a świat wygenerowany komputerowo nie może wyglądać bardziej naturalnie, to myliliście się. Francuski film to jeden wielki efekt specjalny, który widowiskowością nie tyle równa się do amerykańskich superprodukcji, co je zwyczajnie przerasta. Żywych aktorów co prawda z filmu wywalić się nie da, ale już dziś można nakręcić film, z wykorzystaniem aktorów i studia komputerowego, przy oglądaniu którego widz nie pomyśli nawet, że był robiony komputerowo. To znaczy oczywiście nie zakładam, że widzowie pomyślą, że operator biegał z kamerą między wymiarami, a zdjęcia nakręcono na Hawajach, ale po prostu nie będzie sobie zaprzątał tym głowy i nie będzie mu to przeszkadzało. Mając takie narzędzie nie pozostaje nic innego, tylko wykorzystać je do opowiadania wciągających historii. No właśnie...

„Valerian...” jest zwyczajnie nudny i nie ma w nim nic, co by tę nudę mogło przełamać. Historia to zestaw efektownych pościgów i strzelanek. Nie czytałem komiksowego pierwowzoru, więc nie wiem jak wierna to ekranizacja, ale w filmie to nie działa. Połowa scen nie ma specjalnego sensu i można by się było bez nich obejść. Trudno oprzeć się wrażeniu, że powstały tylko po to żeby pokazać jakiś wybuch, albo Rihannę. Wątek romansowy między parą głównych bohaterów koncertowo kładzie Cara Delevingne, którą prywatnie uwielbiam, ale prezentuje aktorstwo z subtelnością drewna wysokiej twardości. Choć trzeba dodać, że twórca dialogów żadnemu z aktorów nie ułatwił zadania. Nie można zarzucić Lucowi Bessonowi, że się nie stara. Próbuje mrugnięć do widza i pomysłów, które podobały się w „Piątym Elemencie”. Tylko że tam jakoś śmieszyły i zapadały w pamięć (a przecież para od głównych ról też nie była, powiedzmy sobie szczerze, wirtuozami aktorskiego rzemiosła), a tu nie śmieszą. W ogóle mam wrażenie, że Francuzowi wyszła blada wersja tamtego hitu sprzed dwudziestu lat. A „Valerian...” jest kolejnym dowodem, że Besson na „Piątym Elemencie” się skończył.

Scena warta uwagi:

Bardzo podobała mi się pierwsza, wprowadzająca do całej historii. Chyba najbardziej pomysłowa w całym filmie.



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi