sobota, 26 sierpnia 2017

(Слава, 2016)

Reżyseria: Kristina Grozewa, Petar Wałchanow

Scenariusz: Kristina Grozewa, Petar Wałchanow

Grają (ci istotni): Stefan Denoliubow, Margita Goszewa

7/10

Kino moralnego niepokoju nie zginęło wraz z przemianami ustrojowymi w Polsce. Po prostu postanowiło szukać szczęścia za granicą. Dziś takie filmy robi się w Rumunii, Bułgarii i w Rosji, co jest paradoksalną korzyścią, być może jedyną sensowną, z życia po sąsiedzku z korupcją, brakiem zaufania i ogólnym tumiwisizmem. Na takim właśnie podłożu powstają najlepsze filmy, bo co może być ciekawszego dla kina niż człowiek który czasem jest świnią, a czasem bohaterem i czasem winę za to ponoszą okoliczności, a czasem on sam, a najczęściej granica między tymi wszystkimi sytuacjami jest nieuchwytna. Grozewa opowiada historię pracownika kolei, który znalazł na torach wory z pieniędzmi i postanowił oddać je policji. Nic w tym zaskakującego, znając mechanizm tego rodzaju filmów, że była to dla niego decyzja najgorsza z możliwych i gdyby wziął je do kieszeni i resztę życia spędził pod palmami na Fidżi wszyscy (ale to absolutnie wszyscy w tej historii) byliby zadowoleni. Bułgarska reżyserka, równie efektownie jak w nakręconej przed trzema laty „Lekcji”, pokazuje jednak jak piekielnie niewygodne jest życie w rzeczywistości, w której nawet nie chodzi o to, że wszyscy są nieuczciwi (bo nie wszyscy), ale jeśli nie są, to są samolubni, a jeśli nie nieuczciwi ani samolubni, to im zwyczajnie nie zależy.

Polski widz może się w tym filmie przejrzeć jak w krzywym zwierciadle i zastanowić, czy przez ostatnie lata przypadkiem zwierciadło, które ma w rękach, nieco się nie wygładza. Poboczne wątki składają się na bardzo niefajną rzeczywistość kraju, który bardzo chciałby być europejski, ale na każdym kroku widać słomę (znów: skąd my to znamy?), a unijne pieniądze służą głównie do budowania kafkowskiej biurokracji. Rzeczniczka ministra transportu, która czas dzieli miedzy pracę, a wizyty w klinice ginekologicznej gdzie chce zamrozić zarodki na przyszłość. Bo dziecko jest ważne, ale jeszcze nie teraz. Główna postać filmu, którą na każdym kroku wszyscy nazywają bohaterem, bo tak im wygodnie, ale nikt go, choćby w elementarny sposób, nie szanuje. Doskonała, metaforyczna, jest scena, w której wspomniana rzeczniczka musi zrobić sobie szybko zastrzyk, o którym wcześniej zapomniała, więc robi go w holu ministerstwa, zakrywając się tym co jest pod ręką, czyli stojącą tam unijną flagą. Warto się wybrać.

Scena warta uwagi:

Poza wspomnianą wcześniej, pięknym przykładem kosmicznej cepelii jest uroczystość w ministerstwie. Jest tam nawet dziecko recytujące wierszyk.

15:44, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 sierpnia 2017

(Valerian and the City of a Thousand Planets, 2017)

Reżyseria: Luc Besson

Scenariusz: Luc Besson na podstawie komiksów „Valerian i Laureline” Pierre'a Christina i Jean-Claude'a Meziersa

Grają (ci istotni): Cara Delevingne, Dane DeHaan, Clive Owen, Rihanna, Ethan Hawke, Herbie Hancock, John Goodman, Mathieu Kassovitz, Rutger Hauer, Elizabeth Debicki

3/10

Jeśli wydawało wam się, że po "Avatarze" nie można już zrobić nic lepszego, a świat wygenerowany komputerowo nie może wyglądać bardziej naturalnie, to myliliście się. Francuski film to jeden wielki efekt specjalny, który widowiskowością nie tyle równa się do amerykańskich superprodukcji, co je zwyczajnie przerasta. Żywych aktorów co prawda z filmu wywalić się nie da, ale już dziś można nakręcić film, z wykorzystaniem aktorów i studia komputerowego, przy oglądaniu którego widz nie pomyśli nawet, że był robiony komputerowo. To znaczy oczywiście nie zakładam, że widzowie pomyślą, że operator biegał z kamerą między wymiarami, a zdjęcia nakręcono na Hawajach, ale po prostu nie będzie sobie zaprzątał tym głowy i nie będzie mu to przeszkadzało. Mając takie narzędzie nie pozostaje nic innego, tylko wykorzystać je do opowiadania wciągających historii. No właśnie...

„Valerian...” jest zwyczajnie nudny i nie ma w nim nic, co by tę nudę mogło przełamać. Historia to zestaw efektownych pościgów i strzelanek. Nie czytałem komiksowego pierwowzoru, więc nie wiem jak wierna to ekranizacja, ale w filmie to nie działa. Połowa scen nie ma specjalnego sensu i można by się było bez nich obejść. Trudno oprzeć się wrażeniu, że powstały tylko po to żeby pokazać jakiś wybuch, albo Rihannę. Wątek romansowy między parą głównych bohaterów koncertowo kładzie Cara Delevingne, którą prywatnie uwielbiam, ale prezentuje aktorstwo z subtelnością drewna wysokiej twardości. Choć trzeba dodać, że twórca dialogów żadnemu z aktorów nie ułatwił zadania. Nie można zarzucić Lucowi Bessonowi, że się nie stara. Próbuje mrugnięć do widza i pomysłów, które podobały się w „Piątym Elemencie”. Tylko że tam jakoś śmieszyły i zapadały w pamięć (a przecież para od głównych ról też nie była, powiedzmy sobie szczerze, wirtuozami aktorskiego rzemiosła), a tu nie śmieszą. W ogóle mam wrażenie, że Francuzowi wyszła blada wersja tamtego hitu sprzed dwudziestu lat. A „Valerian...” jest kolejnym dowodem, że Besson na „Piątym Elemencie” się skończył.

Scena warta uwagi:

Bardzo podobała mi się pierwsza, wprowadzająca do całej historii. Chyba najbardziej pomysłowa w całym filmie.



czwartek, 27 lipca 2017

(Dunkirk, 2017)

Reżyseria: Christopher Nolan

Scenariusz: Christopher Nolan

Grają (ci istotni): Mark Rylance, Tom Hardy, Cillian Murphy, Kenneth Branagh, Fionn Whitehead

8/10

Głęboko antywojenny film, w którym zmieszczono i takie sceny, w których mężczyźni kończą długie wzajemne spojrzenie w oczy lekkim skinieniem głowy (jest takich kilka), ale też takie, w których głównym bohaterem jest wszechogarniający, zwierzęcy strach. Tych drugich jest więcej i to one nadają ton „Dunkierce”. W tym filmie wszyscy się mniej lub bardziej boją. Tych, którzy zostali na plaży strach sprowadza do postaci kierujących się przede wszystkim instynktem przeżycia, co brzmi tyleż rozsądnie, zważywszy na okoliczności, co i niepokojąco, gdy zdamy sobie sprawę, że oznacza odłożenie tymczasowo na półkę takich wynalazków jak etyka, czy moralność. W najlepszej scenie filmu, rozgrywającej się we wnętrzu kutra, widać wyraźnie jak kruchy jest świat, w którym wszelkie zasady są sprowadzone tylko do tego, by przetrwać. Choć reżyser nie omieszkał zapytać, czy samo przetrwanie nie wystarczy do osiągnięcia tego, co stanowi o byciu człowiekiem.

Film Nolana nie rozczarowuje, jest świetny, wstrząsający, choć jednak nie przełomowy. Nie zmieści się ani w trójce (ani pewnie w piątce) najlepszych filmów wojennych, ani w trójce (i w piątce też chyba nie) najlepszych filmó samego Nolana. Ale przykuwa uwagę elementami technicznymi. Na osobny akapit zasługuje wspaniale skomponowana, dudniąca muzyka Hansa Zimmera, która „maluje” sceny chyba nawet mocniej niż doskonałe zdjęcia świetnego operatora Hoyte van Hoytemy (z którym Nolan zrobił wcześniej „Interstellar”). Nie można oprzeć się wrażeniu, że choć Zimmerowi najlepiej wychodzi plagiatowanie samego siebie, to gdy przychodzi do niego Nolan i mówi „Hans, jest taki a taki film, trzeba do niego zrobić taką a taką muzykę, tylko wiesz Hans... bez lipy”, to Zimmer raz na parę lat jest w stanie wydusić z siebie coś zachaczającego o geniusz. Tak zrobił przy okazji „Incepcji” i tak zrobił teraz.

Scena warta uwagi:

Chyba nie przypadkiem jacht, którym pan Dawson płynie do Dunkierki, ma taką nazwę jaką ma (można to dojrzeć w jednej z ostatnich scen). To chyba dla podkreślenia jak trudnej, porównywalnej z podróżą na Księżyc, misji pojęli się Brytyjczycy.

czwartek, 13 lipca 2017

(Baby Driver, 2017)

Reżyseria: Edgar Wright

Scenariusz: Edgar Wright

Grają (ci istotni): Ansel Elgort, Kevin Spacey, Jamie Foxx, Jon Hamm

2/10

Przeraźliwie kiczowate popłuczyny po "Drivie", tylko takie bardziej dla nastolatków. Dwudziestolatek, który, nie wiedzieć jakim cudem, prowadzi samochód jak połączenie Kubicy i Luke'a Skywalkera, pracuje dla nieco sztywnego i czerstwego mafiosa, wożąc gangsterów podczas skoków na banki (kto dziś włamuje się do banku i to w środku miasta?). Spłaca u niego dług, w końcu mu się to udaje. I w całym kinie tylko on jest niezwykle zaskoczony, gdy mafioso po tym fakcie szantażem zmusza go by jeździł dalej. Absurdalnych i nielogicznych zwrotów akcji jest w tym filmie tyle, że nie starczyłoby miejsca w internecie, by je wyliczyć. Co ciekawe z biegiem filmu poziom absurdu rośnie, by zenitu sięgnąć w zakończeniu. Dialogi generalnie składają się z mądrości w stylu „pamiętaj, kiedyś w końcu będziesz musiał się ubrudzić” (to w scenach gangsterskich) oraz „tylko my dwoje, muzyka i droga” (to w scenach romantycznych). Pod koniec filmu, w klasycznej sytuacji, że prawdopodobnie będą żyli długo i szczęśliwie, na niebie pojawia się w tle tęcza. Naprawdę.

Z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu film bardzo podoba się recenzentom, zarówno za granicą, jak i w Polsce, gdzie u niektórych opisujących można przeczytać o odkrywaniu na nowo kina samochodowego i gangsterskiego. Nie wierzcie. Ten film składa się z, do bólu zgranych, klisz, które w kinie widzieliście już wielokrotnie. Podobać się mogą co najwyżej pościgi, a właściwie ten na początku filmu, kilka całkiem śmiesznych dowcipów, a także pomysł, by akcję oprzeć na tekstach piosenek, których słucha główny bohater. To fajny pomysł i tym bardziej boli, że został wykorzystany jako kręgosłup tak mizernego filmidła.

Scena warta uwagi

Niech będzie jakaś fajna. Scena rozpoznania na poczcie jest pomysłowa. Przyznaję. Niestety ginie w zalewie tandety.

czwartek, 15 czerwca 2017

(King Arthur: Legend of the Sword)

Reżyseria: Guy Ritchie

Scenariusz: Guy Ritchie, Joby Harold, Lionel Wigram

Grają (ci istotni): Charlie Hunnam, Jude Law, Eric Bana, Aidan Gillen

5/10

Jeśli Guy Ritchie bierze się za legendę Króla Artura i Excalibura, można się spodziewać, że legendarni rycerze będą drobnymi opryszkami, którzy poza tym, że będą machać mieczami, będą też biegać po Londinium, załatwiać drobne brudne interesy i będą gadać cockneyem. Wszystko to w tym filmie jest. Zresztą nie tylko. Jest kilku lubianych przez Ritchiego aktorów (niestety bez Vinniego Jonesa, ale na otarcie łez pojawia się... David Beckham – co ciekawe kinowa sala nie zareagowała, młodzież już chyba nie pamięta Beckhama), są efektowne ujęcia w zwolnionym tempie, szybkim montażem, ze stopklatkami, jest wreszcie fajna muzyka. Problem w tym, że tego wszystkiego jest za mało.

Niestety Guy Ritchie dostał prawdopodobnie od producentów zadanie zrobienia klasycznej bajkowej superprodukcji, w której bohater na początku spada na samo dno, a potem pokonuje główny czarny charakter i wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Powiedzieli mu oczywiście, że może ją zrobić po swojemu, ale „po swojemu” zrozumieli zapewne bardziej jako „jak Sherlocka Holmesa”, a nie jako „jak Przekręt”. No i taki zrobił. Oczywiście drobiazgi bardzo cieszą. Fajnie, że np. bohaterowie opowiadają co zrobili, żeby za chwilę widz zobaczył, że to właśnie robią. Cieszy charakterystyczny szybki montaż. Ale to wszystko nieco z czasem rozpływa się w przesyconej komputerową grafiką i efektami historii, która kompletnie niczym nie różni się od produkowanych taśmowo „Bogów Egiptu”, „Warhammera”, „Starcia tytanów” i „Gniewu tytanów”, „Bogów i herosów”, etc. Czyli bierzemy jakąś legendę, albo mit, dorzucamy znanych aktorów i robimy historię od zera do bohatera, ze szczęśliwym zakończeniem. Ponieważ to akurat ten reżyser, jest nieco nostalgicznie, ale lepiej obejrzeć po raz n-ty „Przekręt” albo „Porachunki” (albo choćby bardzo niedoceniane „Rocknrolla”), niż to.

Scena warta uwagi:

Jedna z pierwszych, która pokazuje dorastanie młodego Artura. Bardzo ritchie'owska.

21:35, kubadybalski , fantasy
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 maja 2017

(All Governments Lie, 2016)

Reżyseria: Fred Peabody

Bez oceny

Takie rzeczy zdarzają się bardzo rzadko. Zazwyczaj „fake news” jest konsumowany w samotności, częściej występuje na facebookowym feedzie, rzadziej w telewizji, tak czy inaczej nie mamy możliwości oglądania na żywo reakcji publiczności, patrzącej na nieprawdę stylizowaną na prawdę.

Ja tę reakcję widziałem, widziałem nawet kilka osób oklaskujących film „All Governments Lie”, podczas niedawnego warszawskiego festiwalu Docs Against Gravity.

Pierwsza lampka ostrzegawcza powinna była zapalić się po kilku sekundach projekcji, gdy okazało się, że producentem filmu jest Oliver Stone, który właśnie pojechał do Cannes w roli pożytecznego idioty Władimira Putina, druga, gdy na ekran wszedł Michael Moore, posługujący się fake newsami, na długo, zanim ktokolwiek pomyślał, by je tak nazywać. Nawiasem mówiąc, „Fahrenheit 9/11” występuje w filmie jako wiarygodne źródło.

***

Reżyser Fred Peabody zaprosił Moore’a, Carla Bernsteina, Noama Chomsky’ego i innych, by pobiadolili nad stanem dziennikarstwa. Wszyscy startują od niezbyt kontrowersyjnej tezy, że systemy demokratyczne potrzebują dziś dziennikarstwa śledczego bardziej niż kiedykolwiek, a obowiązkiem mediów jest kontrolowanie władz. Peabody wraz ze swoimi gośćmi idzie jednak dalej. Ich zdaniem mainstreamowe media służą za tuby władz, dodatkowo są zniewolone przez globalne korporacje, płacące im za reklamy, a w ogóle to wolą koncentrować się na losach Kim Kardashian i Justina Biebera. Prawdziwe dziennikarstwo jest natomiast uprawiane poza największymi koncernami medialnymi.

Zatrzymajmy się na chwilę nad zależnościami między koncernami medialnymi i korporacjami, gdyż sposób ich pokazania w filmie doskonale oddaje metodę Peabody’ego. Otóż zdaniem reżysera, CNN, NBC, „New York Times”, „Washington Post” i reszta mainstreamu nie opowiedzą się przeciwko kolejnej amerykańskiej wojnie, gdyż straciliby reklamy od szeroko pojętego przemysłu zbrojeniowego. Nie rzucą też na sztandar walki z globalnym ociepleniem, gdyż przestaną się u nich ogłaszać kopalnie, elektrownie i inne firmy niszczące klimat. Ile czasu antenowego CNN poświęca na walkę z globalnym ociepleniem? Jaki procent budżetu stacji stanowią wpływy od firm, które przyczyniają się globalnego ocieplenia? Tego reżyser nam nie mówi. Tak jest i już.

Ja oczywiście nie wykluczam, że los CNN zależy od reklam granatników, strzelb, czołgów itd., biorę nawet pod uwagę, że granatniki są na tej antenie reklamowane bez przerwy. Ale od reżysera stawiającego tak mocną tezę, wymagam twardych danych. Albo reklamy producentów granatników stanowią 1, 10, albo 90 procent budżetu CNN. I albo globalne ocieplenie zajmuje 1, 10 albo 90 procent czasu antenowego CNN.

***

Reżyser pokazuje nam też ostatnich sprawiedliwych. Dziennikarzy, którzy poza mediami głównego nurtu odwalają fantastyczną robotę. W przeciwieństwie do pustych sprzedawczyków z telewizji są to wyłącznie ludzie bez skazy, traktujący swój zawód jak misję.

Za autorytet robi zatem Matt Taibbi z „Roling Stone”, który kilka lat temu bronił się przed krytyką swojego tekstu, mówiąc, że wysmażył go w narkotycznym widzie. Po publikacji „The 52 Funniest Things About the Upcoming Death of the Pope" redaktor „New York Press” został wylany na zbity pysk. O tym epizodzie oczywiście w filmie nie ma ani słowa.

Zobaczycie natomiast na ekranie Amy Goodman z „Democracy Now!”, która w obozie dla uchodźców w Calais diagnozuje, że większość krajów, z których pochodzą przebywający tam ludzie, była kiedyś bombardowana przez Stany Zjednoczone, a potem wprost pyta mieszkańców, czy za to, że się tutaj znaleźli, odpowiada mocarstwo zza oceanu. Tak, „Democracy Now!” na bardzo trudne i skomplikowane pytania udziela bardzo prostych odpowiedzi.

Gwiazdą filmu jest też Cenk Uygur, który przez 25 lat zaprzeczał, jakoby doszło do ludobójstwa Ormian, w 2015 r. przeprosił za „wcześniejsze komentarze na ten temat” i ogłosił, że nie będzie się w tej sprawie wypowiadał, bo „nie ma wystarczającej wiedzy”. Niedługą przeszedł zatem drogę - od człowieka, który wierzył w sztuczną mgłę, trotyl i bombę termobaryczną, do uważającego, że wszystko należy jeszcze raz dokładnie sprawdzić, bo tak naprawdę, nie wiadomo, jak było. O tym również z filmu się nie dowiecie, podobnie jak o tym, że w ubiegłym roku Uygur służył za wodzireja podczas wieców Berniego Sandersa. Gdyby ten kandydat pokonał Hillary Clinton, a później Donalda Trumpa, Uygur zapewne deptałby mu dziś po piętach, krytycznie analizował każde wystąpienie, w każdej decyzji doszukiwałby się wpływu lobbystów.

Być może właśnie Uygur najlepiej oddaje to, jak Peabody pojmuje dziennikarstwo. Jemu nie chodzi o wartości, demokrację, misję mediów. Jeśli w Białym Domu mieszka akurat jakiś Bush, trzeba być czujnym, węszyć tak mocno jak się da, a jeśli się nie da, to zarzuty wymyślić. Ale jeśli do władzy prze ktoś, kto nie tylko serce i wątrobę, ale także plecy ma po lewej stronie, można zrezygnować z kontroli i zająć się klaskaniem.

Żeby była jasność: Bush junior był jednym z gorszych lokatorów w historii Białego Domu, Sanders - lepszym kandydatem na prezydenta niż Trump i Clinton. Ale dziennikarz fetujący go na wiecach, przestaje być dziennikarzem.

***

Najwięcej o tym filmie mówią dwie sceny, które dzieli może 20 minut. W pierwszej widać Donalda Trumpa przemawiającego w czasie kampanii: „Meksykanie wysyłają do Ameryki przestępców, dealerów narkotyków i gwałcicieli. Choć zapewne są wśród nich także porządni ludzie”. Po kilkunastu minutach na ekran wchodzi Moore: „Wszystkie rządy kłamały i kłamią. Choć niewykluczone, że niektóre mówią prawdę”.

Tak, metoda jest ta sama, na ekranie obserwujemy po prostu inną twarz populizmu, który wyniósł do władzy byłego gospodarza reality show.

Edward Murowski

21:56, kubadybalski , dokumentalny
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 kwietnia 2017

(Ghost in the Shell, 2017)

Reżyseria: Rupert Sanders

Scenariusz: Jamie Moss, William Wheeler, Ehren Kruger na podstawie mangi Masamune Shirowa pod tym samym tytułem

Grają (ci istotni): Scarlett Johansson, Pilou Asbaek, Michael Pitt, Juliette Binoche, Takeshi Kitano

3/10

Dobry film science fiction wyróżnia to, że co chwila widzowie rozdziawiają japę, widząc jak fajne i przydatne są technologiczne rozwiązania w przyszłości. Zachwycają się tym, na co sami by nie wpadli, a w filmie to działa. Oglądający jest urzeczony logiką świata, którego nie zna. Zły film science fiction próbuje widza omamić błyskotkami. Twórcy co chwila rzucają mu w oczy różne niezwykle efektowne rzeczy, dbając o to, żeby migały, latały i strzelały laserami, niespecjalnie zastanawiając się po co. W „Ghost in the Shell”, które właśnie jest w kinach, jest scena, w której widzimy ulicę z góry, a na niej strzałki, takie jak zwykle informują o kierunku jazdy, tyle że te są hologramami, ruszają się i migają. Bardzo to efektowne, ale siedziałem w kinie i zastanawiałem się właściwie po jaką cholerę, ktoś kilka (kilkadziesiąt) lat przed wydarzeniami w filmie postanowił w tym mieście „dobra, to teraz nie malujemy białą farbą, tylko robimy te hologramy”. To efektowne, ale nie znajdzie się w tym sensu. Niestety cały ten film taki jest.

Oryginalny, animowany „Ghost in the Shell” sprzed 22 lat jest filmem, który się nie zestarzał. Jest aktualny do dziś. Aktorski „Ghost in the Shell” już dziś jest przestarzały, a aktualny mógł być gdzieś między „Robocopem” a pierwszym „Matrixem”. Niestety nie liczcie na to, że reżyser Rupert Sanders wziął tamten scenariusz i nakręcił remake. To nie byłoby takie złe, bo wyszedłby dobry film. Niestety chyba uznano, że amerykański widz nie zrozumie o co chodzi i postanowiono fabułę uprościć. A w każdym miejscu które zmieniano i upraszczano, psuto historię niemiłosiernie. W efekcie, mimo że nieliczne sceny są nakręcone w stylu 1:1 w porównaniu z oryginałem, pozostałe składają się w nielogiczny ciąg zdarzeń, w którym miłość zwycięża wszystkie przeciwności (!), wszyscy żyję długo i szczęśliwie (!!) i będzie można nakręcić sequel ze Scarlett Johansson (!!!). Jedyne co ten film wyciąga za uszy na ocenę wyżej, niż zasługuje, to muzyka, której autor Clint Mansell korzystał z oryginalnego soundtracka Kenjiego Kawaiego. To za mało, żeby tracić czas na ten film.

Scena warta uwagi

Jest w filmie scena w której Major (bo w tym filmie główna postać nazywa się „Major”, z niezrozumiałego powodu twórcy postanowili właściwie nie skorzystać z imienia i nazwiska „Motoko Kusanagi”) stoi przed lustrem, które symetrycznie odbija jej obraz nie względem płąszczyzny, ale osi. Jeden z niewielu ciekawych pomysłów w filmie.



niedziela, 26 marca 2017

(Pokot, 2017)

Reżyseria: Agnieszka Holland

Scenariusz: Agnieszka Holland, Olga Tokarczuk na podstawie powieści tej drugiej „Prowadź swój pług przez kości umarłych”

Grają (ci istotni): Agnieszka Mandat, Wiktor Zborowski, Jakub Gierszał, Borys Szyc, Andrzej Grabowski, Tomasz Kot, Katarzyna Herman

7/10

Jeśli od kina oczekuje się żeby mówiło to, co ludziom aktualnie chodzi po głowie, to chyba trudno znaleźć od tego lepszą specjalistkę niż Agnieszka Holland. Choć znalazłoby się co najmniej kilka lepszych filmów, które nakręciła, to „Pokot” ma tę wartość, że idealnie wstrzelił się w swój czas, choć przecież powieść Tokarczuk, dość wiernie zekranizowana, została wydana już kilka lat temu. I nie chodzi tu tylko o pseudoministra, który nie jest ogólnonarodowym pośmiewiskiem tylko dlatego, że w rządzie są śmieszniejsi od niego. Bardziej o to, że dopiero jakoś tera Polacy odkrywają, że w tym kraju jest ogromna i potężna rzesza pasjonatów, których hobby polega na mordowaniu. W dodatku są zdziwienie, że inni są tym zdziwieni.

W „Pokocie” nie chodzi o zwierzęta, tylko o ludzi. To film o „nawiedzonej wariatce”, która z uporem maniaka walczy z całym światem. Holland nie tylko pokazuje jej racje, które zwykle umykają przesłonięte przez ekscentryczność, ale przede wszystkim – i to jest olbrzymia siła tego filmu – wskazuje jak bezsilny bywa człowiek wobec otaczającej go obojętności i jak przerażająca to sytuacja. Nie trzeba wielkiego wysiłku by dostrzec, że Duszejko ma rację. Wskazuje na oczywiste łamanie prawa, niemoralne zachowania ludzi, niewychowawcze postępowanie szkoły, kompletny brak miłosierdzia kościoła, etc. Wszyscy dookoła widzą babę krzyczącą, że „zabijanie zwierząt jest złe” i tyle, i pukają się w czoło. Holland za to pokazuje właśnie, że zabijanie zwierząt jest sprzeczne z tym, co szereg szacownych osób i instytucji głosi wszem i wobec, by od czasu do czasu wyskoczyć sobie do lasu. Kto czytał powieść i tak obejrzy z zainteresowaniem. Kto nie czytał, niech przeczyta a potem obejrzy.

Scena warta uwagi:

Pierwsza w filmie. Przepiękna. W dodatku podkreślona doskonałą muzyką, która jest dużym plusem „Pokotu”.

P.S. Świetny jest anglojęzyczny plakat. Warto go tu pokazać.



13:44, kubadybalski , thriller
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 marca 2017

(Ah-ga-ssi, 2017)

Reżyseria: Park Chan-wook

Scenariusz: Park Chan-wook, Chung Seo-kyung na podstawie powieści „Fingersmith” Sarah Waters

Grają (ci istotni): Kim Min-hee, Kim Tae-ri, Ha Jung-woo, Cho Jin-woong

7/10

Oglądając ten film dostaniecie wszystko, czego można się spodziewać po koreańskim thrillerze erotycznym, a więc wisielców, dręczenie dzieci oraz seks ze zwierzętami (i założę się, że nie zgadniecie, o jakie zwięrzę chodzi). Poza tym dostaniecie bardzo efektowny dreszczowiec, w którym co jakiś czas historia wywraca się do góry nogami. Park Chan-wook samą opowiesć snuje po mistrzowsku (choć też trzeba przyznać, choc trochę rozwleka), każe widzowi myśleć w taki sposób, jaki jest mu potrzebny, by za chwilę go zaskoczyć. Rzecz jasna od początku zdajemy sobie sprawę, że chodzi o odgadnięcie kto z kim kogo wystrychnie na dudka, ale do końca nie można być pewnym, że rzeczywiście nasi faworyci okażą się tymi, którzy wygrywają. Często ten film nazywa się „bardziej tarantinowskim od filmów Tarantino”. Nie do końca, bo koreański reżyser wywleka na wierzch uczucia swoich bohaterów, a przecież uczucia bohaterów Tarantino wyrażają się głównie w tym czy strzelają spokojnie, czy może wpakowują w ofiarę cały magazynek. Ale jednak pogmatwanie historii trochę ich upodabnia.

Co więcej Park Chan-wook jest szczególarzem. Wnętrza i krajobrazy są piękne, a operator nie żałował taśmy by to pokazać. Świetna jest też muzyka. Cała wizualna i dźwiękowa strona filmu ma zbudować atmosferę, która pozwoli na śledzenie losów głównych bohaterów. Nie odwraca od nich uwagi, ale nie da się oprzeć wrażeniu, że każde ujęcie jest dokładnie zaplanowane, namalowane, a następnie odtworzone w rzeczywistości. Być może najbardziej przy tym filmie napracowali się scenografowie. Warto iść na ten film również po to, żeby się napatrzyć.

Scena warta uwagi:

Choćby jedna z pierwszych w filmie gdy Sook-hee jedzie samochodem do dworu, w którym będzie służyć jako pokojówka. Już wtedy widać jak ładny film będziemy oglądać.

P.S. No i plakat. Plakat jest wybitny.



16:35, kubadybalski , thriller
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 marca 2017

(Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej, 2017)

Reżyseria: Maria Sadowska

Scenariusz: Krzysztof Rak

Grają (ci istotni): Magdalena Boczarska, Eryk Lubos, Piotr Adamczyk, Borys Szyc

6/10

Ten film ma kilka zalet i kilka wad. Choć w polskim kinie już parę lat temu coś drgnęło i produkuje filmy, na które nie tylko da się chodzić, ale wręcz chodzi się z przyjemnością, to cierpi wciąż na deficyt sympatycznych i uśmiechniętych bohaterów. Ci dostępni widzom, przeważnie cierpią bo przeżywają wewnętrzne rozterki („Zjednoczone Stany Miłości”), cierpią bo są społecznie dysfunkcjonalni („Ostatnia rodzina”), cierpią bo czasy są podłe („Powidoki”), albo zwyczajnie są przedmiotem niekontrolowanej fali zbrodni i okrucieństwa („Wołyń”). Istotnie trudno zachować dobry humor. Tym milej ogląda się pozytywnie nastawioną i pełną energii Michalinę Wisłocką, która przecież w życiu jakoś wybitnie wygodnie nie miała. W dodatku Magdalena Boczarska gra ją brawurowo. Po raz kolejny udowadnia, że to nazwisko na plakacie, to gwarancja jakości, a nie tylko (choć przecież również), kawałka nagości tu czy ówdzie. Dla Boczarskiej warto na ten film iść, bo jako jedyna nie wygląda jak rekwizyt, który ma widzowi przypominać, że rzecz dzieje się w PRL-u.

No i tu dochodzimy do minusów. „Sztuka kochania...” nie unika problemu wielu filmów opowiadających historię sprzed kilkudziesięciu lat, w których dużo uwagi zwraca się na to, żeby po ulicy przejechał autobus-ogórek, ale mniej, żeby ta ulica nie wyglądała jakby z niej przepędzono przed chwilą przechodniów, żeby nakręcić trzy sceny. Wychodzi z tego mało przekonujący obrazek. Naprawdę nie trzeba każdemu aktorowi przyprawiać wąsów, a każdej kobiecie fryzury z lat siedemdziesiątych. W ten PRL po prostu trudno uwierzyć, więc i historię ogląda się bez wielkich emocji. Historię, choć z gigantycznym potencjałem, to jednak dość chaotyczną, w której kilka postaci pojawia się nie wiadomo skąd i nie wiadomo gdzie ginie (mężczyzna spod prysznica, dozorca (?), przez kwadrans byłem przekonany, że Szyc gra jakiegoś konferansjera), a twórcy chcieli przekazać kilka morałów, kilka przestróg i kilka mrugnięć do widza, więc wszystko się miesza. Montażysta ciął aż miło. Ale film nie jest tak zły, jak moglibyście się obawiać, choć też nie tak dobry jak mógłby być.

Scena warta uwagi:

Eryk Lubos podrywający Boczarską jest bezbłędny.



19:00, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi