poniedziałek, 15 kwietnia 2013

(Citizen Kane, 1941)

Reżyseria: Orson Welles

Scenariusz: Herman J. Mankiewicz, Orson Welles

Grają (ci istotni): Orson Welles

7/10

Ponoć rolę swojego życia Welles zagrał, nie w filmie, nie przed radiowym mikrofonem strasząc Nowojorczyków „Wojną Światów”, ale 22 lutego 1941 r. na prywatnym pokazie dla szefów wytwórni RKO, prawników i szefów nowojorskich firm (przytaczam za fajnym serwisem „Czytam w wannie”). W płomiennym przemówieniu uratował film przed zniszczeniem. Dlaczego? Otóż pierwowzorem Charlesa Fostera Kane'a był magnat medialny William Randolph Hearst, który przed premierą uruchomił całą machinę mającą powstrzymać film przed upublicznieniem. Korzystając ze swoich mediów próbował m.in. rozpętać kampanię przeciw zatrudnianiu imigrantów w Hollywood, co znacząco odczuliby finansowo wszyscy. Naciskani przez niego szefowie m.in. MGM, Foxa i Paramounta proponowali RKO ponad 800 tys. dol. (mniej więcej tyle wyniosły koszty produkcji) za sprzedaż negatywu filmu, w celu zniszczenia. Wytwórnia RKO się nie ugięła. W sumie na filmie nie zarobiło za dużo (zyski wyniosły jakieś 1,5 mln dol.) ale za to przeszła do historii. Prawnicy, którzy obejrzeli film doradzili wycięcie kilku drobiazgów, które w zbyt bezpośredni sposób wskazywałyby na Hearsta. Z ponad dwugodzinnego filmu ucięto trzy i pół minuty. Za zgodą Wellesa.

W ogóle to co się działo wokół filmu jest nie mniej ciekawe, a może ciekawsze niż sam film. Wartością „Obywatela Kane'a” jest maestria techniczna, w wielu elementach pionierska 70 lat temu, a dziś powszechnie używana w filmach (podwójne kadrowanie, ujęcia postaci z dołu i z góry, liczne efekty specjalne, charakteryzacja). Sama historia, choć ciekawa, dziś nie wydaje się specjalnie odkrywcza. Takich filmów było sporo, zarówno jeśli chodzi o treść, jak i konstrukcję fabuły. Dziś „Obywatela Kane'a” ogląda się z myślą, że podobnych i to lepszych filmów, już się kilka widziało. Tyle, że wszystkie nakręcono później.

Jeśli filmy, jak ludzie, mogą się „ładnie zestarzeć”, to ten właśnie tak zrobił.

Scena warta uwagi:

Trudno wybrać jedną, ale niech to będzie scena przemówienia wyborczego Kane'a. Kto zwróciłby uwagę, że kręcono ją w studio, część tego co widzimy na ekranie to zminiaturyzowana makieta i machinacje perspektywą oraz ujęciami, a publiczność to zdjęcie? I to wszystko zrobiono 70 lat temu!



01:22, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 kwietnia 2013

(Here Be Dragons, 2011)

Reżyseria: Roland Joffe

Scenariusz: Roland Joffe

Grają (ci istotni): Charlie Cox, Wes Bentley, Olga Kurylenko, Derek Jacobi, Dougray Scott

3/10

Roland Joffe – agnostyk – nakręcił hagiografię Josemarii Escrivy, założyciela Opus Dei. To jeszcze filmu nie dyskwalifikuje, bo i hagiografie mogą być dobre. Ale mieszanina uśmiechniętego księdza i zbolałych min cierpiących, jest momentami ciężkostrawna. Szkoda, bo tak naprawdę dobrych filmów z hiszpańską wojną domową w tle nie jest dużo, a przydałyby się. Co drugi rozpolitykowany student jakiegokolwiek kierunku humanistycznego będzie do ostatniej kropli krwi bronić swojej opinii na temat tego, czy Franco był bohaterem, czy może zbrodniarzem. A tak naprawdę wiedza o tym skądinąd szalenie ciekawym fragmencie historii XX w. jest pobieżna. Wracając do filmu, to wciąż zachodzę w głowę po co reżyser i scenarzysta dzielił historię na dwa wątki, które poza początkiem (i na siłę końcem filmu) kompletnie się ze sobą nie wiążą. Wszystko tu jest pełne patosu, łopatologii, i tworzenia symboliki na siłę. Miał wejść do polskich kin w czerwcu zeszłego roku. Nie wszedł i nie wiadomo dlaczego. Mam nadzieję, ze nie dlatego, że kontrowersyjny, ale dlatego, że słaby.

Jakby tego było mało polski dystrybutor się nie popisał tłumacząc tytuł. Oryginalny „There Be Dragons” (czy w hiszpańskiej wersji „Encontraras dragones”) odnosi się do dawnego zwyczaju kartografów, którzy na skraju map, w miejscu nieznanych wód, umieszczali łacińską inskrypcję „Hinc sunt dracones”, czyli w wolnym tłumaczeniu: „Tu mieszkają smoki”. Fajny tytuł, wieloznaczny, akurat do tematu wojny hiszpańskiej pasujący doskonale. Ale w Polsce film otrzymał letni tytuł „Gdy budzą się demony”, pasujący do thrillera erotycznego klasy B. Nie można się było postarać?

Scena warta uwagi:

Z całego zalewu lukru wylewającego się z ekranu na Escrivę, może warto wyróżnić scenę, w której umiera Honorio. Mimo wszystko wzruszająca. Zresztą grający Honoria Derek Jacobi to jeden z niewielu aktorów w filmie, na których da się patrzeć.



poniedziałek, 01 kwietnia 2013

"Promontory" z filmu "Ostatni Mohikanin" - Trevor Jones

„Ostatni Mohikanin" to jeszcze jeden film, który jest znany głównie dzięki muzyce, a konkretnie głównemu motywowi, a może jeszcze bardziej dzięki fragmentowi zatytułowanemu „Promontory”. Trochę niesprawiedliwie, bo to bardzo porządny film. Zresztą wspomniany utwór, który wpada w ucho i chyba każdy go kojarzy, też został potraktowany niespecjalnie sprawiedliwie. Gdy rozdawano oscary za najlepszą piosenkę i najlepszy soundrtack w 1992 r. oba zgarnął disneyowski „Alladyn” (kto pamięta muzykę z tego filmu?). „Ostatni Mohikan” dostał tylko nagrodę za montaż dźwięku, w wyżej wymienionych kategoriach nie był nawet nominowany.

Historia nagrania tego utworu jest dość skomplikowana. Reżyser Michael Mann początkowo chciał muzyki elektronicznej. Potem zmienił zdanie i stwierdził, że film lepiej będzie ilustrowała muzyka orkiestry. Więc kompozytor Trevor Jones w pośpiechu przekomponowywał kolejne utwory, a o pomoc w stworzeniu kilku z nich z braku czasu poprosił Randy’ego Edelmana. Wspólnie wpadli na pomysł wykorzystania w filmie - po pewnych przeróbkach - utworu „The Gael”, szkockiego folkowego pieśniarza Dougie’ego McLeana. Ten zresztą też nie wziął pomysłu z powietrza, bo źródeł „The Gael” niektórzy doszukują się w barokowym motywie zwanym „Folia” lub „Follia”, wykorzystywanym np. przez Vivaldiego. Jest pewne podobieństwo.

Michael Mann zresztą z „Promontory” nie rozstał się po „Ostatnim Mohikaninie”. W 2007 r. nakręcił bardzo znaną reklamę dla Nike „Leave Nothing” właśnie ze wspomnianą muzyką.

wtorek, 26 marca 2013

(Le Tableau, 2011, brak polskiej premiery kinowej lub DVD)

Reżyseria: Jean-François Laguionie

Scenariusz: Anik Le Ray

Grają (ci istotni): brak

6/10

Pierwszy na Filmotatniku film animowany. Drugi francuski (choć czy ja wiem, czy „Artysta” nie był raczej kooproducją, zresztą „Le Tableau” był tworzony też przez Belgów i Szwjcarów) i drugi z oceną powyżej średniej. Szkoda że w Polsce można go było obejrzeć tylko w Krakowie na festiwalu Etiuda&Anima i na Warsaw Film Festival. „Le Tableau” czyli „Obraz” jest siłą rzeczy niezwykle plastyczny. Pokazuje, że efektowna animacja nie kończy się na Disneyu czy Pixarze. I wreszcie, że to idealna filmowa forma do zabawy rzeczywistością. Francuzi wymyślili sobie film o postaciach z obrazu szukających artysty, który je namalował i wychodzi to zaskakująco naturalnie. W dodatku film jest doskonały technicznie tam, gdzie można się spodziewać największych zgrzytów, czyli na styku animacji i ujęć kamery.

Na minus chyba jednak sama historia, która miała zapewne spodobać się i dzieciom i ich rodzicom. Ale tych naprawdę inteligentnie zbudowanych subtelności - związanych z filozoficznymi pytaniami zadawanymi sobie przez głównych bohaterów i samym pomysłem na spotkanie z kimś kto je stworzył - dzieci nie załapią. Z drugiej strony meandry społecznych podziałów w obrazie, które są motorem napędowym całej historii (generalnie chodzi o to, że jest elita, czyli tzw. „Ukończeni”, pogardzani i uciskani „Niedokończeni” i „Gryzmoły”, które w świecie obrazu pełnią rolę pariasów) dla dzieci są zrozumiałe, ale dla dorosłych nieco banalne. Pixarowo-disneyowskie produkcje typu „Shrek” podobają się wszystkim, bo co prawda dzieci i rodzice śmieją się z czego innego, ale główna historia jest zrozumiała dla każdego. W przypadku „Le Tableau” niekoniecznie.

Scena warta uwagi:

Chyba wszystkie w malarskiej pracowni, a więc na styku obrazu i zewnętrza. Nie tylko ostatnia scena, ale też np. ta, w której Garance opowiada jak była malowana, a w tym czasie główni bohaterowie znajdują w pracowni jej szkice i porwane zdjęcie.

00:04, kubadybalski , animowany
Link Komentarze (2) »
czwartek, 21 marca 2013

(Dark Knight Rises, 2012)

Reżyseria: Christopher Nolan

Scenariusz: Jonathan Nolan, Christopher Nolan

Grają (ci istotni): Christian Bale, Gary Oldman, Michael Caine, Anne Hathaway, Tom Hardy, Marion Cotillard, Joseph Gordon-Levitt, Morgan Freeman, Cillian Murphy

6/10

Właściwie nie wiem na co liczyłem po poprzednim „Batmanie”. Ten jest gorszy, bo lepszy być nie mógł. Trudno nakręcić lepsze zdjęcia, trudno zrobić film bardziej mroczny. Trudno wreszcie zagrać postać lepiej niż wtedy Jokera zagrał Heath Ledger. Joker Jacka Nicholsona był jedną z jego najlepszy ról i zdecydowanie najbardziej wyrazistą ze wszystkich ról batmanowych. Przyszedł Ledger i zagrał z co najmniej porównywalną pasją, zaangażowaniem i szczyptą szaleństwa. To czego było się spodziewać po następnym „Batmanie”?

Poza tym, że Christopher Nolan władował do filmu trzy czwarte aktorów z „Incepcji” (co nawiasem mówiąc nie jest wcale takim złym pomysłem), zrobił film jeśli chodzi o rozmach - gigantyczny, jeśli chodzi o treść - raczej przeciętny, jeśli chodzi o formę - imponujący, ale porównując do innych nolanowych filmów - zwykły, a porównując do „Mrocznego Rycerza” - słabszy. Ciekawe jak różne opinie zebrał u krytyków. „Telegraph” dał mu pięć na pięć gwiazdek (tytuł notki wziął się właśnie z tej recenzji - Batman, który właściwie nie chce już być Batmanem bardzo się recenzentom spodobał), „Guardian” cztery na pięć i też mocno chwalił. „Los Angeles Times” napisał, że „it is masterful filmmaking by any standard”. Z drugiej strony „Daily Mail” zarzucał mu długość, nudę i brak humoru. W podobnym tonie ocenił film „The New Yorker”, który w dodatku napisał, że film jest niezrozumiały dla tych, którzy nie widzieli poprzednich części. Najostrzej po Nolanie przejechał się krytyk z CNN Tom Charity, który napisał, że choć filmowi nie można zarzucić ani braku rozmachu, to Nolan „ugryzł więcej niż jest w stanie przeżuć”, w filmie na tak wielką skalę, że historia w nim umyka. „Największy i jednocześnie najgorszy jego film” - zakończył recenzję. I coś w tym jest.

Scena warta uwagi:

Każda monumentalna. I ta w więzieniu-studni, i ta pod mostem na oblodzonej rzece, i ta z pościgiem. Ale najbardziej chyba ta z zapadającym się boiskiem futbolowym, która zresztą trafiła do jednego z trailerów. Co ciekawe w scenie zapadało się dwunastu futbolistów na co dzień grających w Pittsburgh Steelers. Z kolei do roli kopacza rywali Gotham Rogues załapał się obecny burmistrz Pittsburga Luke Ravenstahl.

czwartek, 14 marca 2013

(Argo, 2012)

Reżyseria: Ben Affleck

Scenariusz: Chris Terrio

Grają (ci istotni): Ben Affleck, Bryan Cranston, Alan Arkin, John Goodman

8/10

Film o czasach gdy każdy porządny mężczyzna miał wąsy i brodę, a z grzebienia korzystał rzadko. To były piękne czasy. Co prawda takich wąsów jak niektórzy z uciekinierów z amerykańskiej ambasady raczej bym sobie nie zafundował, ale budzą mój najgłębszy szacunek. Zresztą dałem mu kiedyś wyraz przy innej okazji, na innym blogu.

Affleck robi filmy z przekonaniem, pieczołowitością i dystansem. Wie, że wielkim aktorem nie będzie i nie próbuje grać Szekspira (Zakochanego?), tylko gra to co umie, lubi i robi to dobrze. W głównej roli wystąpił zresztą z musu. Miał ją grać Brad Pitt, ale nie wyrobił się z terminami. I dobrze. Aktor-reżyser zrobił film spokojny, spójny, ładny, z dobrymi rolami drugoplanowymi. W którym fakty ponaciągał tylko trochę, by dodać dramatyzmu (choćby cały wylot z Teheranu przebiegł w rzeczywistości dość spokojnie), z błędami faktograficznymi właściwie niezauważalnymi. W sam raz na oscara. Kolumnista „Guardiana” Saeed Kamali nawet chciał się trochę powyzłośliwać, ale w zasadzie niewiele znalazł, by się przyczepić. Czepiała się Masoumeh Ebtekar, była wiceprezydent Iranu za czasów Mohameda Chatamiego, która czasie opisywanych wydarzeń była rzeczniczką okupujących studentów (to ta dziewczyna pokazywana kilka razy jak czyta oświadczenie dla zagranicznych mediów), ale głównie o pominięcie „rzeczywistych przyczyn i powodów całego zdarzenia. Inna sprawa, że podobno pirackie kopie filmu Afflecka sprzedają się w Teheranie dużo lepiej niż np. zeszłoroczny irański laureat oskara dla filmu nieanglojęzycznego „Rozstanie”.

Scena warta uwagi:

Właściwie wszystkie pokazujące Teheran, łącznie z tą robiącą największe wrażenie, tzn. przejazdem przez Plac z Wieżą Azadi. W Teheranie nigdy nie byłem, ale mniej więcej tak to miasto sobie wyobrażam. Tym bardziej to imponujące, że Affleck nie kręcił w Iranie, ale w Turcji. Ciekawe co by było, gdyby poleciał do Teheranu i zapowiedział, że szuka miejsc do ujęć do filmu o kręceniu fałszywego filmu w czasach irańskiej rewolucji?

wtorek, 12 marca 2013

(Skyfall, 2012)

Reżyseria: Sam Mendes

Scenariusz: John Logan, Neal Purvis, Robert Wade

Grają (ci istotni): Daniel Craig, Judi Dench, Javier Bardem, Ralph Fiennes, Albert Finney, Ben Whishaw

5/10

Technicznie film jest bez zarzutu. Zdjęcia piękne. Miejsca gdzie dzieje się akcja wybrane świetnie od Stambułu, przez Szanghaj, po wyspę Hashima. Muzyka świetnie dopasowana i miła dla ucha, a piosenka Adele bardzo fajna. Zresztą za te wszystkie rzeczy film dostał nominacje do oscarów.

Tylko że w opakowaniu najwyższej klasy widz dostaje fabułę filmu akcji klasy B. Zabili go, uciekł, wrócił, pojechał, dostał w mordę, dał w mordę, uciekł, dał w mordę, zabił czarny charakter. Bond z jednej strony jest stary i zmęczony, z drugiej żyje chociaż go zastrzelili, zabili metrem i za przeproszeniem wybuchli (kilka razy). Twórcy filmu wymyślili sobie, by było w nim jak najwięcej mrugnięć okiem, nawiązań, itp. Zamiast mrugać, walą łopatą na odlew. Gdy Bond i M. zmieniają samochód („nasze samochody łatwo namierzyć”) na Aston Martina z „Goldfingera”, M. rezolutnie zauważa, że ten też się rzuca w oczy. Odpowiedź Bonda? „Wsiadaj do auta”. Połowa pomysłów na ten film jest zerżnięta z poprzednich „Bondów”, druga połowa z „Tomb Raidera”.

To nieprawda, że „Bond” musi być schematyczny. „Casino Royale” było wciągające z pogmatwaną, ale spólną i ciekawą historią. W „Skyfall” Mendes zmarnował kilka okazji do zbudowania świetnej historii (przykład pierwszy z brzegu: na początku filmu 007 zostaje zabity na rozkaz własnej szefowej – przecież to genialny początek filmu! - ale ten po kwadransie spokojnie wraca do służby Jej Królewskiej Mości, nawet się z M. nie pokłócili), koncertowo marnuje świetnych aktorów (Bardem, Fiennes). Właściwie w „Skyfall” tylko Whishaw grający nowego Q. tworzy postać, która rokuje, że będzie ciekawa.

Scena warta uwagi:

Smaczki w filmie trzeba wybierać, ale się zdarzają. Np. scena rozmowy Bonda i Severine w kasynie w Makao. Severine jednocześnie uśmiecha się do Bonda i nie daje po sobie poznać, jak bardzo się denerwuje. Jednocześnie czuje kontrolę nad tym bezczelnym Brytyjczykiem, który zaraz zginie i jednocześnie wie, że być może jest jej jedyną szansą na wyrwanie się z rąk Silvy. I na jej twarzy wszystko to widać. A nawiasem mówiąc grająca tę postać Berenice Marlohe to nawet nie aktorka drugoplanowa, ale epizodyczna. Do „Bonda” dostała się z castingu i to jej pierwsza poważna rola. Czekam na kolejne.

sobota, 09 marca 2013

(Arbitrage, 2012, bez polskiej premiery kinowej i DVD)

Reżyseria: Nicholas Jarecki

Scenariusz: Nicholas Jarecki

Grają (ci istotni): Richard Gere, Susan Sarandon, Tim Roth, Brit Marling, Laetitia Casta

5/10

Film do obejrzenia, ale jeśli go ominiecie tragedii nie będzie. O głównym bohaterze, biznesmenie, niby mocarnym i wszechpotężnym, któremu nagle cały świat się wali. Było takich filmów sporo, nie szukając daleko „Zły porucznik” (ten z Nicolasem Cage'm, akurat jeden z niewielu filmów ze znośnym Nicolasem Cage'm), czy nawet „Dzień próby”. Tylko że tu akurat brakuje jakiegoś napięcia. A niezbędny w takich filmach zwrot akcji jest przebanalny. Ci co grają, grają siebie. Więc Richard Gere jest przystojnym człowiekiem w garniturze z uśmiechem i idealną siwą fryzurą z falką, a Tim Roth jest rozchełstanym detektywem/drobnym bandziorem (akurat tu detektywem). Tylko Susan Sarandon warto pochwalić, ale za co jej się nie chwali? Generalnie letnio.

Ciekawsze są dwie inne osoby. Pierwsza to reżyser Nicholas Jarecki, który reżyserem został w niecodzienny sposób. Jako 15-latek został wciągnięty do ekipy filmu „Hakerzy”. Jako konsultant, bo... był hakerem. „Zauważyłem, że jest taki facet, do którego Angelina [Jolie – przyp. kd] podchodzi z dużym respektem i najwyraźniej szanuje. Spytałem się kto to. Powiedzieli mi, że reżyser. Wtedy wiedziałem co będę robił w przyszłości” - wspomina.

Drugą, jest grająca córkę Gere'a Brit Marling. Też taka hollywoodzka „self-made woman”. Często zdarza się, że aktor reżyseruje, równie często (tu akurat Jarecki) reżyser robi film według swojego scenariusza. Rzadziej zdarza się, że aktorka jest scenarzystką. Marling akurat do scenariusza „Arbitrage” nie przyłożyła ręki, ale napisała scenariusz m.in. do „Drugiej ziemi” i „Sound of My Voice” (oba filmy dwa lata temu przewinęły się z hukiem przez amerykańskie festiwale) i zaplanowanego na lato trillera „The East”, gdzie gra z Ellen Page, Julią Ormond i Alexandrem Skarsgardem. A i tak moim zdaniem zapowiada się na świetną aktorkę. Zobaczymy.

Scena warta uwagi:

Szukałem do tego miejsca sceny, w której Richard Gere nie byłby uśmiechnięty jak zwykle, ani nie miałby takiego spojrzenia, że „ojej kłopot, ale i tak jakoś się ułoży”. Żeby choć raz na jego twarzy zawitało przerażenie i bezradność, a to taka rola, że miał ku temu okazję. Nie wykorzystał, więc sceny nie ma.



czwartek, 28 lutego 2013

(Być jak Kazimierz Deyna, 2012)

Reżyseria: Anna Wieczur-Bluszcz

Scenariusz: Radosław Paczocha, Anna Wieczur-Bluszcz

Grają (ci istotni): Przemysław Bluszcz, Jerzy Trela, Marcin Korcz, Michał Piela

3/10

Widz niestety jest często oszukiwany. Nie lubię plakatów z informacją, że film dostał 317 oskarów, gdzie minimalną czcionką jest dopisane, że chodzi o nominacje. Nie lubię zachęt w stylu - Polska „Erin Brokovich” - bo w Polsce nikt takiego filmu nie zrobi. Nie lubię wreszcie haseł w stylu „film dla każdego kibica, i dla każdego kto o sporcie nie ma pojęcia”, a mniej więcej coś takiego wyczytałem w metrze wracając z kina. Bzdura. Sportu w tym filmie nie ma. Deyny tym bardziej. Kto się sportem nie interesuje, niech idzie na coś lepszego.

Jeśli to komedia, to mało śmieszna. Jeśli to film na poważnie, to banalny. Jeśli to ma być ciekawa historia, to dlaczego jest o niczym? Jeśli mają na to przyjść ludzie do kina, to dlaczego aktorzy w większości (wyjątek - a jakże - Jerzy Trela i kilku innych aktorów w epizodzikach – Królikowski, Socha, Bohosiewicz, Piela) grają jakby wzięto ich z serialu, albo z reklamy? Dlaczego w 40-milionowym kraju nie można znaleźć dzieci, które umiałyby grać w filmie? Dlaczego jak ktoś robi film to nie stara się, żeby był perfekcyjny, tylko odwala fuszerkę?

Scena warta uwagi:

Taka mi zapadła w pamięć: - Jestem w ciąży – mówi dziewczyna głównego bohatera. Ten nic nie mówi. Zaskoczony. - Żartowałam – śmieje się. W tym momencie ktoś w kinie grubym głosem ironicznie „He, he”, po chwili przez salę przechodzi szmer śmiechu. - Tak naprawdę nie żartowałam. Naprawdę jestem w ciąży – śmieje się identycznie jak przed momentem dziewczyna głównego bohatera. Na sali głos „Hmmm...” i znów szmer śmiechu.

Takimi to żartami twórcy filmu chcieli widzów rozbawić. Widzowie musieli brać sprawy w swoje ręce.



00:26, kubadybalski , komedia
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 lutego 2013

(Shame, 2011)

Reżyseria: Steve McQueen

Scenariusz: Abi Morgan, Steve McQueen

Grają (ci istotni): Michael Fassbender, Carey Mulligan

8/10

Dobry. Kawał porządnego kina. Na karierę w stylu Clinta Eastwooda nie ma co liczyć z tego prostego powodu, że reżyser „Wstydu” Steve McQueen nie jest tym Stevem McQueenem (w zasadzie wcale go nie przypomina), ale na karierę generalnie - jak najbardziej. Zrobił świetny film.

O Fassbenderze nie ma co pisać. Rolę Brandona, który bzyka wszystko co się rusza, zagrał wzorowo. To po prostu najbardziej wyraźny przykład ogromnej pieczołowitości z jaką McQueen zrobił ten film. Sprawia wrażenie przemyślanego w każdym szczególe. W opowiedzianej historii nie ma przypadku, scen zbędnych, albo niedopowiedzeń. Sam temat również wybrał starannie. To nie jest – wbrew pierwszemu, a nawet drugiemu rzutowi oka - film o uzależnieniu, ale umiejętności (potrzebie? konieczności?) życia obok innych i życia z innymi. Bo nie da się tylko obok, choć nierzadko by się chciało.

Warto.

Scena warta uwagi:

Mocna i prawdziwa scena kłótni Brandona i Sissy na kanapie przed telewizorem.



Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi