sobota, 19 stycznia 2013

(This Means War, 2012)

Reżyseria: McG

Scenariusz: Timothy Dowling, Simon Kinberg

Grają (ci istotni): Tom Hardy, Reese Witherspoon, Chris Pine, Til Schweiger, Angela Bassett

3/10

Tak kuriozalna historia może się obronić tylko w komedii romantycznej. A w tym przypadku ledwo daje radę. No więc jest dwóch serdecznych przyjaciół, w dodatku współpracowników, bo obaj są agentami CIA i obaj zakochują się w tej samej dziewczynie. Ona oczywiście nie wie o tym, że się znają, ale romansuje z jednym i z drugim, Oni wiedzą o sobie wzajemnie i postanawiają rozstrzygnąć rzecz podbijając jej serce, oczywiście na gruncie sportowej, męskiej rywalizacji, czyli bez fauli. W międzyczasie łapią niemieckiego terrorystę-internacjonała, ale żeby nie jeździć po świecie (bo dziewczyna przecież jest na miejscu, budżet filmu ograniczony) fabuła dzieje się w Los Angeles. Nie twierdzę, ze nie jest romantycznie, czasem (rzadko) bywa też śmiesznie. Ale ta historia jest tak głupia, że trudno się skupić na wątku romantyczno-komediowym.

Sam fakt, że najlepiej w filmie gra Til Schwieger (Angela Bassett, która bije ich wszystkich na głowę, ma niestety tylko skromny epizodzik), który w Hollywood nie wyszedł poza role Niemców – terrorystów/bandytów/hitlerowców, świadczy o poziomie. Na „A więc wojna” rzuciłem okiem wyłącznie dla Toma Hardy'ego, którego akurat wyjątkowo lubię i któremu współczuję, że trafił do tej – za przeproszeniem - produkcji. Czasem filmy wybiera się źle. Borys Szyc zagrał np. w „Kac Wawie”. Bywa. Ale należy takie wyskoki ograniczać, panie Tomaszu.

Scena warta uwagi:

Przebiegły Heinrich trafia na trop naszych bohaterów po wizycie u londyńskiego krawca, który wskazuje miejsce pobytu tajnego agenta CIA po rzucie okiem na skrawek garnituru (!). Schweiger wzbija się w tej scenie na wyżyny umiejętności aktorskich. Aż dziw, że w „Bandycie” to jakoś nie przeszkadzało.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

(Margaret, 2011)

Reżyseria: Kenneth Lonergan

Scenariusz: Kenneth Lonergan

Grają (ci istotni): Anna Paquin, Matt Damon, Mark Ruffalo, Matthew Broderick, Jean Reno

5/10

Córka nie rozumie się z matką, a po dwóch i pół godzinie filmu już się rozumieją. Tyle historii. W tak zwanym międzyczasie oglądamy szereg problemów społecznych (seks nastolatków, aborcja wśród nastolatków, problemy klasowe, absurdy amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości), międzynarodowych (konflikt izraelsko-palestyński jako odbicie konfliktu Ameryki i świata muzułmańskiego) i bardzo osobistych (problemy wieku dorastania, niedojrzałość dorosłych) – czyli wszystko to co tak niezmiernie zajmuje lewicujących nowojorczyków (choć nie ma dla nich większego znaczenia), że gotowi są o tym porozmawiać (oj, tak: w tym filmie każdy z każdym rozmawia). Do tego jeszcze ucięta noga i dwie śmierci. Zastanawiacie się jak to wszystko zmieścić w jednym filmie? No da się. Tylko po co?

„Margaret” nie jest złym filmem, tylko przegadanym. Krótszy o jedną trzecią, bez połowy wątków, za to z intensywną opowieścią o drugiej połowie (to ważne, bo film się wlecze, niemiłosiernie), byłby całkiem znośny. Tak jest ledwie strawny. Głównie dzięki drugoplanowym aktorom, którzy bardzo dobrze wypadają w swoich rolach. Ta główna została skrojona dla Anny Paquin, która pokazuje solidne rzemiosło – taka właśnie ma być grana przez nią Lisa. Ale bez błysku. A szkoda.

Scena warta uwagi:

To że twórcy filmu mają mimo wszystko dobre oko ukazuje choćby scena kłótni w szkole o Syrię. Jeśli młodzi Amerykanie rzeczywiście tak się kłócą w liceach o sprawy międzynarodowe, to jest szansa dla świata. Zresztą chyba właśnie „szkolne” sceny w tym filmie wypadają najciekawiej.

sobota, 12 stycznia 2013

(Moonrise Kingdom, 2012)

Reżyseria: Wes Anderson

Scenariusz: Wes Anderson, Roman Ford Coppola

Grają (ci istotni): Edward Norton, Bruce Willis, Bill Murray, Frances McDormand, Tilda Swinton

8/10

Sporo ostatnio na Filmotatniku ósemek, ale film jest świetny. Na nic niżej nie zasługuje. Wes Anderson zrobił film niezwykle pogodny, choć jakby się bliżej przyjrzeć historii głównych bohaterów, to nie ma się z czego śmiać. I z każdym filmem, w którym rewelacyjnie grają dzieci człowiek się zastanawia gdzie znaleziono tę dziewczynkę, która swego czasu grała Ciri w „Wiedźminie”. Nawet jak na „Wiedźmina” był to skandal.

Film jest stylowy. Nie mniej istotny od opowiadanej historii jest sposób w jaki Anderson, bawiący się konwencją co krok, ją opowiada. Na wpół bajkowy, ale ani na moment nie tracący kontaktu z rzeczywistością, nieco dziecięcy, ale rzecz dzieje się mimo wszystko w świecie dorosłych i na ich zasadach. Malowniczo sfilmowany w starannie dobranych plenerach, ale jednak wszystkie miejsca oglądane na ekranie istnieją naprawdę. Anderson zresztą lokacji szukał przez Google'a, w końcu trafił na Rhode Island. Tylko wnętrze domu Suzy jest stworzone od podstaw.

Scena warta uwagi:

Śmierć Snoopy'ego. - Sukinsyny, trafili go prosto w kark. - Czy był dobrym psem? - Któż mógłby to powiedzieć? Ale nie zasługiwał na śmierć... Po czym zacięta mina, strzała ciśnięta z wściekłością w ziemię i wyjście.

P.S. Warto też zaczekać do końca napisów.

wtorek, 08 stycznia 2013

(True Romance, 1993)

Reżyseria: Tony Scott

Scenariusz: Quentin Tarantino, Roger Avary

Grają (ci istotni): Christian Slater, Patricia Arquette, Gary Oldman, Samuel L. Jackson, Dennis Hopper, Christopher Walken, James Gandolfini, Tom Sizemore, Chris Penn, Val Kilmer, Brad Pitt

8/10

Najlepsze filmy w USA powstawały tak mniej więcej między połową lat osiemdziesiątych, a połową lat dziewięćdziesiątych. Lepszego filmu niż ten Tony Scott nie nakręcił nigdy. Duża w tym zasługa scenariusza napisanego wspólnie przez Quentina Tarantino i Rogera Avary'ego. O filmie przypomniał mi znajomy, który niedawno obejrzał go po raz pierwszy. Aż dziwne, bo ja go widziałem tak z pięć razy, przy różnych okazjach.

Historia jest banalna, nie o nią chodzi, a o zabawę konwencją. I o całą zgraję aktorów i znanych i takich którzy dopiero potem staną się znani. Jak nie lubić filmu, w którym na samym początku giną Samuel L. Jackson i Gary Oldman, Christopher Walken gra gangstera, a Brad Pitt epizodzik. Jakby Tony Scott w całej reszcie filmów nie był taki nad wyraz poważny, robiłby je lepsze.

Scena warta uwagi

Wybór nie był łatwy. Floyd grany przez wspomnianego Brada Pitta leży upalony na kanapie, przychodzą do niego gangsterzy szukając głównych bohaterów. Absolutne mistrzostwo. Najlepsza rola Brada Pitta.

Pytanie-bonusik

Kto spostrzegawczy zgadnie (nie zaglądając wcześniej na wikipedię, czy do imbeda) kogo zgrał w „Prawdziwym romansie” Val Kilmer? Pytanie dla tych, co wiedzą kogo w „Czterech pokojach” grała Salma Hayek.



niedziela, 23 grudnia 2012

(The Grey, 2011)

Reżyseria: Joe Carnahan

Scenariusz: Joe Carnahan, Ian MacKenzie Jeffers

Grają (ci istotni): Liam Neeson

5/10

Film najbardziej wzburzył nie krytyków – im się nawet podobał – ale obrońców praw zwierząt, typu PETA i inne takie, którzy postanowili go zbojkotować bo w złym świetle (!) pokazuje wilki. Istotnie te przesympatyczne zwierzęta pełnią rolę czarnego charakteru, krok po kroku zjadając głównych bohaterów. Ale co robić, ktoś czarnym charakterem musi być. Niemcy się jakoś nie burzą.

Cała ta historia da się oglądać, choć w pewnym momencie zaczyna trochę męczyć. Niewykluczone zresztą, że taki był pomysł twórców. Nikt w końcu nie powiedział, że cała walka którą obserwujemy, ma jakikolwiek sens, tzn. ma jakiekolwiek szanse powodzenia. Widz tego nie wie, co pozwala mu się wczuć w atmosferę, bo i bohaterowie tego nie wiedzą (a jak jest – nie zdradzę) i mam wrażenie, że z ekranu pytanie o to nie pada, bo wszyscy boją się zapytać. To akurat fajne, dodaje realizmu zachowaniu ludzi, których obserwujemy.

Scena warta uwagi

W pewnym momencie postać grana przez Liama Neesona droczy się z Bogiem. Choć nawet się nie droczy, tylko mu solidnie wrzuca jak kierowcy, który zajechał nam drogę. Wszelkie skojarzenia z Mickiewiczem i „Wielką Improwizacją” uprawnione, choć bez zadęcia, czy patosu. Ot, zdenerwował się po prostu.

20:29, kubadybalski , przygodowy
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 grudnia 2012

(Sherlock Holmes: A Game of Shadows, 2011)

Reżyseria: Guy Ritchie

Scenariusz: Kieran Mulroney, Michele Mulroney

Grają (ci istotni): Robert Downey Jr., Jude Law, Noomi Rapace, Jared Harris

3/10

Guy Ritchie dostał od kogoś 125 mln dolarów na zrobienie filmu. Ten ktoś się nie pomylił skoro film zarobił prawie pięć razy tyle. To cieszy, bo sam lubię filmy Ritchiego, więc fajnie, że nie będzie miał problemu ze sfinansowaniem kilku następnych. Byle nie takich. Przy „Sherlocku Holmesie” lepiej być inwestorem niż widzem.

Ritchie nakręcił dwie godziny bełkotu. Właściwie nie wiadomo o co chodzi, co oni robią, dlaczego ten się przebiera, a tamten strzela. Na niektórych aktorów, jak choćby Jude'a Lawa czy Stephena Fry'a jeszcze da się patrzeć, ale Holmes w wykonaniu Roberta Downeya jest absurdalny, kompletnie bez charyzmy, o jakichkolwiek związkach z literackim pierwowzorem przemilczę. Wszystko co irytowało w pierwszym „Holmesie...” Ritchiego teraz denerwuje do kwadratu. Jeśli jest coś co mogło się wtedy podobać, w drugiej części nie dostrzegłem.

Scena warta uwagi

No dobrze, na jednej rzeczy warto zawiesić oko. Scena ucieczki z fabryki broni, sfilmowana w zwolnionym tempie, z różnych ujęć rzeczywiście robi wrażenie. Jak się spotyka reżyser z zamiłowaniem do najróżniejszych ujęć z autorem zdjęć który ma podobne ciągoty, to może wyjść z tego coś fajnego. Philippe Rousselot poza kilkoma innymi filmami robił zdjęcia m.in. do „Rzeki życia” (Oscar), „Królowej Margot”, „Wywiadu z wampirem”, czy „Dużej ryby”. Poszalał przy „Constantinie”, „Charliem i fabryce czekolady” czy poprzednim „Holmesie...” teraz też. Szkoda, że forma treści nawet nie widziała na oczy.

piątek, 21 grudnia 2012

(Animal Kingdom, 2010)

Reżyseria: David Michod

Scenariusz: David Michod

Grają (ci istotni): Guy Pearce, Ben Mendelsohn, Jackie Weaver

7/10

Głównym tematem tego świetnie zagranego filmu, z workiem australijskich nagród filmowych i nagrodą jury na festiwalu w Sundance, jest strach. To odtrutka dla wszystkich, których uwiodły gangsterskie filmy i gdzieś przez głowę przemknęło jakie to fajne życie ma bandzior, którego wszyscy się boją. Jest odwrotnie. On się boi i kończy albo szaleństwem, albo tym, że mu już wszystko jedno.

Fabuła filmu jest luźno oparta na historii słynnej rodziny Pettingillów z Melbourne. Nawet nie mafii, ale rodzinnego gangu działającego głównie w latach 80-tych. Filmowa rodzina Cody'ch nie mieszka w pałacach, tylko w domu na przedmieściu, pod stałą obserwacją policji. Niby są groźni, mają broń, kozaczą, ale jak przychodzi co do czego, są bezbronni. Zaczynają przypominać zwierzęta, które próbują przeżyć i ten instynkt doskonale uzasadnia każdą decyzję, każde morderstwo. I tylko główny bohater ma w końcu problem, bo do końca nie wie, jaka decyzja pozwoli mu przeżyć.

Scena warta uwagi

W tym filmie jest ich wiele. W jednej z nich Janine (nawiasem mówiąc Jackie Weaver za rolę w z gruntu australijskim filmie zasłużyła sobie na nominację do Złotego Globu i do Oscara za rolę drugoplanową, zupełnie słusznie) szantażuje Randalla. W ciągu kilku chwil rzuca na kolana wysoko postawionego oficera policji i wydaje wyrok na siostrzeńca. A wszystko z uśmiechem, pewnością siebie i logiką, której trudno jej odmówić. „Nie jestem z tego zadowolona, nikt by nie był. Ale czasem robimy to co jest konieczne. To że na coś nie mamy ochoty, nie znaczy, że się tego nie da zrobić”.

środa, 19 grudnia 2012

(Centurion, 2010)

Reżyseria: Neil Marshall

Scenariusz: Neil Marshall

Grają (ci istotni): Michael Fassbender, Dominic West, Olga Kurylenko, Liam Cunningham

3/10

Film o kilku rzymskich legionistach którzy biegają po Szkocji, a goni ich przedziwnie umalowana Olga Kurylenko. Tyle ciekawego, bo nielogiczności fabuły i absurdalnych decyzji bohaterów jest tyle, że starczyłoby na kilka innych filmów. Mnie uderzyło jak niezwykle mobilni byli w początkach naszej ery mieszkańcy północnej części tej części Europy. Na własnych nogach w ciągu kilku dni potrafią przebiec z terenów rzymskich, na te zamieszkałe przez Piktów i z powrotem, trochę w międzyczasie mordując. Goniący ich Piktowie tak samo. A to wszystko w krainie bez dróg, za to z górami, lasami, bagnami etc.

Tak mi się to luźno skojarzyło z „Hannibalem – Po drugiej stronie maski” - jednym z najbardziej kuriozalnych filmów jakie widziałem jeśli chodzi logikę tego co tam autor, scenarzysta i reżyser wymyślili. Otóż tam młody Lecter jeździł sobie po Europie – ZSRR, Polska, oba niemieckie państwa, Francja – jak chciał, tam i z powrotem, kilka lat po wojnie. Komunikacyjno-paszportowy geniusz. Dwa tysiące lat temu paszportów nie potrzebowali, a i tak radzili sobie nieźle.

Scena warta uwagi

Rzymianie przyjechali po dowódcę legionu porwanego przez wroga, przybitego łańcuchem do słupa. Siłują się z łańcuchem, próbują go podważyć łomem. Nic nie idzie, w końcu muszą uciekać, więc rozczulająca scena pożegnania i w nogi. Następnego dnia wódz Piktów, mówi, że „twoi rzymscy przyjaciele powinni wiedzieć, że zimne żelazo pęka, a się nie wygina”, po czym jednym ciachnięciem urywa łańcuch, aż dowódcy legionu głupio, że jego ludzie byli tacy głupi. A mi głupio, że scenarzysta taki głupi, no bo chyba miał rację, że Rzymianie powinni wiedzieć...



poniedziałek, 17 grudnia 2012

(Collateral, 2004)

Reżyseria: Michael Mann

Scenariusz: Stuart Beattie

Grają (ci istotni): Jamie Foxx, Tom Cruise, Jada Pinkett Smith, Mark Ruffalo, Javier Bardem, no i oczywiście Jason Statham

8/10

Nie wiem czy to nie mój ulubiony film Michaela Manna, choćby z tego powodu, że jak na tego reżysera jest dość kameralny. Dzieje się w ciągu jednej nocy, w taksówce i jej przyległościach, ot taka prosta historia. Ma jednak co najmniej dwie cechy, które go wyróżniają. Po pierwsze nie przypominam sobie filmu, w którym tak ładnie byłoby sfilmowane miasto – w tym wypadku Los Angeles - nocą. No bo kto by wymyślił, żeby noc, w czasie której generalnie mało co widać, filmować w HD. Efekt jest świetny. Kto mieszkał dłużej w ciepłych krajach (a miałem to szczęście), wie jaki klimat ma ciepłe miasto w nocy i ten klimat w filmie widać. Mann zresztą choć swój wiek ma, cały czas się uczy i ten sam efekt powtórzył choćby w „Miami Vice”.

Po drugie wreszcie stworzenie dla Toma Cruise'a roli siwego płatnego zabójcy, który to Tom Cruise do tej roli pasuje (!) i nie irytuje (!) to wyczyn wielkiej wagi. Zresztą Mann ma talent do dobierania aktorów pasujących do ról, choć na pierwszy rzut oka nie pasują. W „Zakładniku” świetny jest Jamie Foxx, bardzo dobrze wypadają też na drugim planie Mark Ruffalo i Javier Bardem.

Scena warta uwagi

Max, udając Vincenta, wchodzi do baru. Na wejściu ochroniarze, w środku ochroniarze. Ale myliłby się ktoś uważając, że Man wybrał do tej roli zakapiorów w ciemnych okularach z przepaską na oku i dziarami na policzkach. Wspominałem o jego umiejętności dobierania aktorów. Ci są duzi (to jasne), ale wyglądają dość normalnie, z normalnymi fryzurami, ten przeszukujący Maxa ma okulary. Nie patrzą spod oka, ale taksują wzrokiem i oceniają. Dlatego wyglądają świetnie, tak właśnie wyobrażam sobie ochroniarzy porządnej mafii. Drobiazg w filmie, a cieszy.

wtorek, 04 grudnia 2012

(Fastest, 2011)

Reżyseria: Mark Neale

Grają (ci istotni): Ewan McGregor (narrator)

8/10

Przed startem Moto GP opony nagrzewa się do 80 st. C, po dwóch okrążeniach temperatura wzrasta do setki. Dzięki temu stają się przyczepne jak klej, a motocyklista jest w stanie jechać zakręt właściwie przyklejony do asfaltu, wychylony pod kątem ponad 60 st. i utrzymywany przez siłę odśrodkową dającą przeciążenie 2,5 G. Bolidy F1 rozpędzają się do 320 km/h, w Moto GP najszybsi jadą 340 km/h. Nie tylko to w tym filmie jest niesamowite. Inne takie rzeczy to choćby jakim cudem dokumentaliści trafili na taki zestaw bohaterów, z taką mozaiką relacji między nimi, w takim otoczeniu i sfilmować ich dzięki takiemu operatorowi i złożyć to w całość dzięki takiemu montażyście. Wyszło cudo.

Film obejrzałem z polecenia. Wybrałem się na Festiwal Filmów Sportowych w Kinotece i nie zawiodłem się. Dla takich filmów dokumentalnych warto chodzić do kina, dla takich sportów warto kręcić filmy, dla takich emocji warto uprawiać sport.

Scena warta uwagi

Pierwsza w filmie, właściwie cykl ujęć pokazujących pojedynek Valentino Rossiego i Jorge Lorenzo na ostatnich kilometrach GP Katalonii 2009. Wbija w fotel. Jest wzorowa, z każdym elementem – zdjęciami, montażem, komentarzem Ewana McGregora – idealnie pasującym do pozostałych. Gdyby twórcom filmu jakimś cudem udało się zachować to tempo przez cały film, byłaby dziesiątka.



Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi