czwartek, 28 lutego 2013

(Być jak Kazimierz Deyna, 2012)

Reżyseria: Anna Wieczur-Bluszcz

Scenariusz: Radosław Paczocha, Anna Wieczur-Bluszcz

Grają (ci istotni): Przemysław Bluszcz, Jerzy Trela, Marcin Korcz, Michał Piela

3/10

Widz niestety jest często oszukiwany. Nie lubię plakatów z informacją, że film dostał 317 oskarów, gdzie minimalną czcionką jest dopisane, że chodzi o nominacje. Nie lubię zachęt w stylu - Polska „Erin Brokovich” - bo w Polsce nikt takiego filmu nie zrobi. Nie lubię wreszcie haseł w stylu „film dla każdego kibica, i dla każdego kto o sporcie nie ma pojęcia”, a mniej więcej coś takiego wyczytałem w metrze wracając z kina. Bzdura. Sportu w tym filmie nie ma. Deyny tym bardziej. Kto się sportem nie interesuje, niech idzie na coś lepszego.

Jeśli to komedia, to mało śmieszna. Jeśli to film na poważnie, to banalny. Jeśli to ma być ciekawa historia, to dlaczego jest o niczym? Jeśli mają na to przyjść ludzie do kina, to dlaczego aktorzy w większości (wyjątek - a jakże - Jerzy Trela i kilku innych aktorów w epizodzikach – Królikowski, Socha, Bohosiewicz, Piela) grają jakby wzięto ich z serialu, albo z reklamy? Dlaczego w 40-milionowym kraju nie można znaleźć dzieci, które umiałyby grać w filmie? Dlaczego jak ktoś robi film to nie stara się, żeby był perfekcyjny, tylko odwala fuszerkę?

Scena warta uwagi:

Taka mi zapadła w pamięć: - Jestem w ciąży – mówi dziewczyna głównego bohatera. Ten nic nie mówi. Zaskoczony. - Żartowałam – śmieje się. W tym momencie ktoś w kinie grubym głosem ironicznie „He, he”, po chwili przez salę przechodzi szmer śmiechu. - Tak naprawdę nie żartowałam. Naprawdę jestem w ciąży – śmieje się identycznie jak przed momentem dziewczyna głównego bohatera. Na sali głos „Hmmm...” i znów szmer śmiechu.

Takimi to żartami twórcy filmu chcieli widzów rozbawić. Widzowie musieli brać sprawy w swoje ręce.



00:26, kubadybalski , komedia
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 lutego 2013

(Shame, 2011)

Reżyseria: Steve McQueen

Scenariusz: Abi Morgan, Steve McQueen

Grają (ci istotni): Michael Fassbender, Carey Mulligan

8/10

Dobry. Kawał porządnego kina. Na karierę w stylu Clinta Eastwooda nie ma co liczyć z tego prostego powodu, że reżyser „Wstydu” Steve McQueen nie jest tym Stevem McQueenem (w zasadzie wcale go nie przypomina), ale na karierę generalnie - jak najbardziej. Zrobił świetny film.

O Fassbenderze nie ma co pisać. Rolę Brandona, który bzyka wszystko co się rusza, zagrał wzorowo. To po prostu najbardziej wyraźny przykład ogromnej pieczołowitości z jaką McQueen zrobił ten film. Sprawia wrażenie przemyślanego w każdym szczególe. W opowiedzianej historii nie ma przypadku, scen zbędnych, albo niedopowiedzeń. Sam temat również wybrał starannie. To nie jest – wbrew pierwszemu, a nawet drugiemu rzutowi oka - film o uzależnieniu, ale umiejętności (potrzebie? konieczności?) życia obok innych i życia z innymi. Bo nie da się tylko obok, choć nierzadko by się chciało.

Warto.

Scena warta uwagi:

Mocna i prawdziwa scena kłótni Brandona i Sissy na kanapie przed telewizorem.



środa, 13 lutego 2013

(Tous les Matins du Monde, 1991)

Reżyseria: Alain Corneau

Scenarusz: Pascal Quignard, Alain Corneau

Grają (ci istotni): Gerard Depardieu, Jean-Pierre Marielle, Anne Brochet

7/10

To dość przeciętny film składający się z zapierających dech w piersiach scen. Fabuła nie porywa. Ot, taka historia o barokowym wirtuozie instrumentu nazywanego violą de gamba, jego dwóch córkach i uczniu, na którego wspomnieniu oparty jest film. Dla monsieur De Sainte-Colombe'a po śmierci żony jedyną miłością pozostała muzyka. Nawet jedyne córki są mu najbliższe w tych momentach gdy gra z nimi lub dla nich. Jego uczeń Marin Marais robi wielką karierę na dworze, choć mistrzowi nigdy nie dorównuje (wbrew zakończeniu wcale nie jest to dla mnie jasne). To zresztą nieważne. Ważne są sceny, choćby te przy świecach jakby żywcem wyjęte spod pędzla Gorgesa de la Toura. Stylizowane przemowy – sztuczne, ale niesamowicie pasujące do klimatu filmu. No i sama muzyka.

I warta podkreślenia rola Jean-Pierre'a Marielle'a, który gra pana De Sainte-Colombe. Jeśli ktoś nie rozumie czym jest „gra twarzą” to ma poglądowy przykład. Marielle mógłby nie wykonywać żadnego grymasu, w ogóle się nie ruszać, a i tak miałby wypisaną na twarzy całą rolę w tym filmie, całą złożoną postać w rysach, zaroście, oczach i spojrzeniu.

Scena warta uwagi:

Właściwie co chwilę taka jest. Mi szalenie spodobała się właśnie ta pokazująca mistrzostwo Marielle'a. Młody Marais przychodzi Sainte-Colombe'a i chce się u niego uczyć. Gra jakąś melodię, gospodarz odsyła go precz. Ale jedna z córek prosi go, by wysłuchał jakiejś własnej kompozycji Maraisa. Młodzian gra, a Sainte-Colombe wsłuchuje się w muzykę. O tym, że mu się podoba, o tym, że zapada mu w pamięć (dzień później w swojej samotni powtórzy cały utwór właśnie z pamięci), o tym, że ten nastolatek może jednak jest materiałem na artystę, o tym, że może gdzieś w środku samego Sainte-Colombe'a coś ta muzyka poruszyła, widz dowiaduje się z jednego (dosłownie, jednego!) mrugnięcia dolnej lewej powieki. Niesamowite.



01:51, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 lutego 2013

(Coriolanus, 2011)

Reżyseria: Ralph Fiennes

Scenariusz: John Logan

Grają (ci istotni): Ralph Fiennes, Gerard Butler, Vanessa Redgrave, Brian Cox, Jessica Chastain

5/10

Mam mocne przekonanie, wręcz leninowskie, że film jest doskonalszą formą sztuki niż teatr. W filmie można więcej, reżyserowi daje szersze możliwości. Nie dotyczą go teatralne ograniczenia. Z tym przeświadczeniem luźno wiąże się generalna zasada, której też hołduję, że nie powinno robić się filmów ze sztuk teatralnych. Wyjdzie na ekranie sztuczność czegoś, co przygotowane zostało na scenę, ograniczoną ścianami, widownią i kurtyną. Sprawny reżyser jeszcze da sobie radę. Polański zrobił „Rzeź” kameralną i dobrze wyglądającą. Ale niejeden na sztuce teatralnej w kinie połamie sobie zęby.

Ralph Fiennes w debiucie reżyserskim, zresztą zakwalifikowanym dwa lata temu do festiwalowego konkursu w Berlinie, wziął się za szekspirowskiego „Koriolana” zbyt dosłownie. Trudno uwolnić się od wrażenia teatru, oglądając przez większość filmu statyczne sceny, z wyjątkiem kilku, przypominających strzelankę na Playstation, albo filmy podróżnicze. Szekspir jest akurat wdzięcznym tematem do filmu, a z "Koriolana" można by zrobić perełkę, pod warunkiem, że się go do niego przystosuje, a nie weźmie do ręki tekst dramatu, rzuci aktorom i powie „grajcie”, oraz scenarzystom z okrzykiem „zmontujcie coś, żeby ładnie wyglądało w obiektywie kamery”. Wygląda nieźle, ale co z tego. Podobnie jak z tego, że film nieco ratują aktorzy. Zwłaszcza sam Fiennes, który na razie aktorem jest o niebo lepszym niż twórcą filmu. No ale pierwsze koty za płoty.

Scena warta uwagi:

Fajne są wszystkie momenty, w których o wojnie bohaterowie i widzowie dowiadują się z telewizyjnych newsów. Film miał 7 mln dol budżetu. Przyzwyczajonym do hollywoodzkich budżetów Brytyjczykom powinno to starczyć na waciki i niewiele więcej. Połowę środków pewnie zeżarła scena w Koriolach. Ale ten prosty zabieg powoduje, że biedy budżetowej nie widać, a same relacje wyglądają świetnie. Fiennes zrobił „Koriolana” w kooprodukcji z Serbami. Wypadają wiarygodnie.



poniedziałek, 28 stycznia 2013

(Thousand Words, 2012)

Reżyseria: Brian Robbins

Scenariusz: Steve Koren

Grają (ci istotni): Eddie Murphy, Cliff Curtis

4/10

Eddie Murphy gra siebie samego. Nic czego nie znalibyście z innych filmów z Eddie'm Murphy'm tu nie ma. Ten sam zestaw min, ten sam poziom gagów. Fabuła ciekawa, choć absurdalna. Ot, taka komedia z Eddie'm Murphy'm. Do obejrzenia i zapomnienia.

Właściwie najfajniejszy jest grający dra Sinję Cliff Curtis. Aktor porządny, z tych solidnych aktorów drugoplanowych, których lubi się w filmach. Ale nieco nieszczęśliwy, bo z racji aparycji w dość długiej już karierze grał generalnie Irakijczyków („Złoto Pustyni”), Arabów („Informator”) mieszkańców Kaukazu (miniserial „Traffic”) Hindusów („Tysiąc słów”), Kolumbijczyków („Blow”), etc. A jest – uwaga – Maorysem, cenionym w Nowej Zelandii aktorem teatralnym. Prywatnie kibicem Evertonu. W filmach zaczął grać od roli (niespodzianka) Maorysa właśnie w „Fortepianie” który chwaliłem w poprzednim wpisie. Potem oddalił się nieco „geograficznie” od tej roli bo zagrał jednego z bohaterów „Rapa Nui”. A potem to już cały świat przed nim stanął otworem...

Scena warta uwagi

Po dłuższym zastanowieniu prawie każda, w której bierze udział Kerry Washington, filmowa małżonka Murphy'ego z przepięknym uśmiechem. Innych wartych szczególnego wyróżnienia rzeczy nie zauważyłem.

sobota, 26 stycznia 2013

„The Heart Asks Plesure First” z filmu „Fortepian” - Michael Nyman

Nyman to właściwie twórca jednego utworu, choć „Fortepian” nie jest jedynym filmem, do którego tworzył muzykę. Jest jednym z ulubionych kompozytorów Petera Greenewaya, ma własny zespół dla którego ją pisze, jest nawet autorem opery, w dodatku jego córka, Molly również tworzy muzykę filmową (m.in. do „Drogi do Guantanamo” Michaela Winterbottoma). Ale to właśnie ten utwór przyniósł mu sławę i sprawił, że stał się powszechnie znany. Na całym świecie sprzedano 3 mln płyt z soundtrackiem do filmu o niezbyt szczęśliwym (?) nowozelandzkim małżeństwie

Nie tylko ten utwór ale cała muzyka to świetna ilustracja świetnego filmu. „Fortepian” otrzymał Złotą Palmę w Cannes, zgarnął Oskary dla Jane Campion (najlepszy scenariusz), Holly Hunter (rola żeńska) i 11-letniej wtedy Anny Pacquin (drugoplanowa rola zeńska). Mógłby i inne, ale w 1994 r. konkurencja była piekielnie mocna. Nagrody za film i reżyserię trafiły do twórców „Listy Schindlera”. Sam Nyman, czy choćby świetnie grający Harvey Keitel i Sam Neil, w ogóle nie dostali nominacji. Choć dla dwóch ostatnich to może i lepiej, bo nagradzający akurat przy okazji drugoplanowej roli męskiej chyba na moment potracili głowy, bo dostał ją Tommy Lee Jones za „Ściganego”.



Muzyka może być przekleństwem filmu. Potrafi go zdominować. Można wyliczać przykłady co najmniej solidnych, jeśli nie wybitnych filmów, z których i tak pamięta się najbardziej muzykę. „Rydwany ognia” nie zrobiły takiej kariery jak tytułowy utwór, w „Deszczowej piosence” sam tytuł sugeruje, że całą reszta jest mniej ważna. „Fortepian” tego uniknął. Campion zrobiłą wyjątkowo plastyczny film, z bajecznymi zdjęciami, czwórka głównych aktorów dała z siebie wszystko, a Nyman dołożył muzykę, która wpada w ucho jak rzadko która. Warto pisać muzykę dla takich filmów i warto oglądać filmy z taką muzyką.



niedziela, 20 stycznia 2013

(Artist, 2011)

Reżyseria: Michel Haznavicius

Scenariusz: Michel Haznavicius

Grają (ci istotni): Jean Dujardin, Berenice Bejo, John Goodman, James Cromwell, Malcolm McDowell

9/10

Film o końcu niemego kina już był. Co można wymyślić poza „Deszczową piosenką”? Francuz Michel Haznavicius wymyślił niemy film o końcu niemego kina. I bardzo się pomyli ten, kto uzna, że jest zwykłym efekciarzem.

„Artysta” to film wyjątkowy, niezwykle błyskotliwy, niepodobny do czegokolwiek, czego można by się spodziewać. Piekielnie trudny do nakręcenia, a techniczne wzorowy. To trudne do wyobrażenia, że film bez dźwięku i bez koloru, może mieć tak piękne zdjęcia. Żadna ze scen nie jest przypadkowa, każdy szczegół wydaje się być przemyślany, choćby scena na schodach ze statystami chodzącymi we wszystkich kierunkach, to po prostu cudo. Haznaviciusowi udało się jednocześnie złapać czarno-biały klimat filmów z międzywojnia i sprawić, że widz, kompletnie nie zwraca uwagi na to, że czegoś może mu brakować. A poza tym to szalenie pogodna historia, którą ogląda się z przyjemnością. Ten film się chłonie, a z kina, czy sprzed ekranu odchodzi się z „bananem” na twarzy. Ja tak miałem.

Mam sentyment do Oscarów. Oskarżana o komercję i obrzucana błotem przez przeintelektualizowanych wielbicieli wietnamskich filmów obyczajowych i kina nowej fali z Madagaskaru gala to dla mnie zawsze pewien sygnał co jest warte obejrzenia. Bywają pomyłki. Nic bardziej nie denerwuje niż np. kilkanaście lat temu Oscar dla „Zakochanego Szekspira”, który był tak kompletnie przeciętnym filmem, że bardziej chyba nie można. Zwykle jednak nominacje i nagrodę zdobywają te, które są dobre. „Artystę” uznano przed rokiem za najlepszy film. Jest pierwszym filmem niemym, który zdobył Oscara od czasu „Wschodu słońca” i „Skrzydeł” nagrodzonych... na pierwszej gali w 1929 r. W sumie zgarnął pięć Oscarów, m.in. Haznavicius dostał nagrodę za reżyserię, Ludovic Bource za muzykę, a Jean Dujardin za pierwszoplanową rolę męską. O całej szafie Złotych Globów, nagród BAFTA, Cezarów i wielu innych nagród już trudno pamiętać. Rzadko jednak zdarza się film, który na to wszystko tak bardzo zasłużył.

Scena warta uwagi:

Nie będę oryginalny, ale świetna jest scena koszmaru głównego bohatera. Valentin zaczyna słyszeć, a my razem z nim. Wszyscy wokół nagle mówią, tylko on nie może wydobyć z siebie głosu. Haznavicius pokazuje jak genialnie można się bawić kinem.

sobota, 19 stycznia 2013

(This Means War, 2012)

Reżyseria: McG

Scenariusz: Timothy Dowling, Simon Kinberg

Grają (ci istotni): Tom Hardy, Reese Witherspoon, Chris Pine, Til Schweiger, Angela Bassett

3/10

Tak kuriozalna historia może się obronić tylko w komedii romantycznej. A w tym przypadku ledwo daje radę. No więc jest dwóch serdecznych przyjaciół, w dodatku współpracowników, bo obaj są agentami CIA i obaj zakochują się w tej samej dziewczynie. Ona oczywiście nie wie o tym, że się znają, ale romansuje z jednym i z drugim, Oni wiedzą o sobie wzajemnie i postanawiają rozstrzygnąć rzecz podbijając jej serce, oczywiście na gruncie sportowej, męskiej rywalizacji, czyli bez fauli. W międzyczasie łapią niemieckiego terrorystę-internacjonała, ale żeby nie jeździć po świecie (bo dziewczyna przecież jest na miejscu, budżet filmu ograniczony) fabuła dzieje się w Los Angeles. Nie twierdzę, ze nie jest romantycznie, czasem (rzadko) bywa też śmiesznie. Ale ta historia jest tak głupia, że trudno się skupić na wątku romantyczno-komediowym.

Sam fakt, że najlepiej w filmie gra Til Schwieger (Angela Bassett, która bije ich wszystkich na głowę, ma niestety tylko skromny epizodzik), który w Hollywood nie wyszedł poza role Niemców – terrorystów/bandytów/hitlerowców, świadczy o poziomie. Na „A więc wojna” rzuciłem okiem wyłącznie dla Toma Hardy'ego, którego akurat wyjątkowo lubię i któremu współczuję, że trafił do tej – za przeproszeniem - produkcji. Czasem filmy wybiera się źle. Borys Szyc zagrał np. w „Kac Wawie”. Bywa. Ale należy takie wyskoki ograniczać, panie Tomaszu.

Scena warta uwagi:

Przebiegły Heinrich trafia na trop naszych bohaterów po wizycie u londyńskiego krawca, który wskazuje miejsce pobytu tajnego agenta CIA po rzucie okiem na skrawek garnituru (!). Schweiger wzbija się w tej scenie na wyżyny umiejętności aktorskich. Aż dziw, że w „Bandycie” to jakoś nie przeszkadzało.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

(Margaret, 2011)

Reżyseria: Kenneth Lonergan

Scenariusz: Kenneth Lonergan

Grają (ci istotni): Anna Paquin, Matt Damon, Mark Ruffalo, Matthew Broderick, Jean Reno

5/10

Córka nie rozumie się z matką, a po dwóch i pół godzinie filmu już się rozumieją. Tyle historii. W tak zwanym międzyczasie oglądamy szereg problemów społecznych (seks nastolatków, aborcja wśród nastolatków, problemy klasowe, absurdy amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości), międzynarodowych (konflikt izraelsko-palestyński jako odbicie konfliktu Ameryki i świata muzułmańskiego) i bardzo osobistych (problemy wieku dorastania, niedojrzałość dorosłych) – czyli wszystko to co tak niezmiernie zajmuje lewicujących nowojorczyków (choć nie ma dla nich większego znaczenia), że gotowi są o tym porozmawiać (oj, tak: w tym filmie każdy z każdym rozmawia). Do tego jeszcze ucięta noga i dwie śmierci. Zastanawiacie się jak to wszystko zmieścić w jednym filmie? No da się. Tylko po co?

„Margaret” nie jest złym filmem, tylko przegadanym. Krótszy o jedną trzecią, bez połowy wątków, za to z intensywną opowieścią o drugiej połowie (to ważne, bo film się wlecze, niemiłosiernie), byłby całkiem znośny. Tak jest ledwie strawny. Głównie dzięki drugoplanowym aktorom, którzy bardzo dobrze wypadają w swoich rolach. Ta główna została skrojona dla Anny Paquin, która pokazuje solidne rzemiosło – taka właśnie ma być grana przez nią Lisa. Ale bez błysku. A szkoda.

Scena warta uwagi:

To że twórcy filmu mają mimo wszystko dobre oko ukazuje choćby scena kłótni w szkole o Syrię. Jeśli młodzi Amerykanie rzeczywiście tak się kłócą w liceach o sprawy międzynarodowe, to jest szansa dla świata. Zresztą chyba właśnie „szkolne” sceny w tym filmie wypadają najciekawiej.

sobota, 12 stycznia 2013

(Moonrise Kingdom, 2012)

Reżyseria: Wes Anderson

Scenariusz: Wes Anderson, Roman Ford Coppola

Grają (ci istotni): Edward Norton, Bruce Willis, Bill Murray, Frances McDormand, Tilda Swinton

8/10

Sporo ostatnio na Filmotatniku ósemek, ale film jest świetny. Na nic niżej nie zasługuje. Wes Anderson zrobił film niezwykle pogodny, choć jakby się bliżej przyjrzeć historii głównych bohaterów, to nie ma się z czego śmiać. I z każdym filmem, w którym rewelacyjnie grają dzieci człowiek się zastanawia gdzie znaleziono tę dziewczynkę, która swego czasu grała Ciri w „Wiedźminie”. Nawet jak na „Wiedźmina” był to skandal.

Film jest stylowy. Nie mniej istotny od opowiadanej historii jest sposób w jaki Anderson, bawiący się konwencją co krok, ją opowiada. Na wpół bajkowy, ale ani na moment nie tracący kontaktu z rzeczywistością, nieco dziecięcy, ale rzecz dzieje się mimo wszystko w świecie dorosłych i na ich zasadach. Malowniczo sfilmowany w starannie dobranych plenerach, ale jednak wszystkie miejsca oglądane na ekranie istnieją naprawdę. Anderson zresztą lokacji szukał przez Google'a, w końcu trafił na Rhode Island. Tylko wnętrze domu Suzy jest stworzone od podstaw.

Scena warta uwagi:

Śmierć Snoopy'ego. - Sukinsyny, trafili go prosto w kark. - Czy był dobrym psem? - Któż mógłby to powiedzieć? Ale nie zasługiwał na śmierć... Po czym zacięta mina, strzała ciśnięta z wściekłością w ziemię i wyjście.

P.S. Warto też zaczekać do końca napisów.

Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi