czwartek, 21 lipca 2016

(A Bigger Splash, 2015)

Reżyseria: Luca Guadagnino

Scenariusz: David Kajganich, Alain Page

Grają (ci istotni): Tilda Swinton, Ralph Fiennes, Matthias Schoenaerts, Dakota Johnson

7/10

Premierowo pokazywany w zeszłym roku w Wenecji, remake francuskiego „Basenu” z 1969 r. (to ten film w którym Alain Delon smaga brzozową witką nagą Romy Schneider) to popis aktorski świetnie dobranego kwartetu, który odgrywa wakacje na Pantellerii czwórki zepsutych przedstawicieli klasy średnio-wyższej. Teoretycznie to thriller erotyczny, ale nietypowy thriller i nietypowo, choć niewątpliwie, erotyczny. Błyszczy Ralph Fiennes jako rozgadany bon-vivant, zachwyca Tilda Swinton jako niema gwiazda rocka kiedyś kochanka tego pierwszego a dziś zakochana w odchorowującym traumatyczne przeżycia filmowcu (Schoenaerts, jak w każdym filmie, grający spojrzeniem zbitego psa), którego z kolei uwodzi nieprzekonująco pełnoletnia córka bon-vivanta (Dakota Johnson ponętna, powiedzmy, nie mniej niż w „Pięćdziesięciu twarzach Greya”). Zasadniczo każdy ma ochotę na każdego, choć najbardziej Fiennes, który rzuca się nawet na gosposię.

Do dobrego filmu nie potrzeba morza pieniędzy, wystarczy umieścić w jednym miejscu grupę ludzi i skomplikować relacje między nimi, kilku rzeczy niedopowiadać, zaprząc do pokazania emocji światło i pogodę, a także dodać ładne pejzaże. Wzajemne zachowania głównych bohaterów dryfują między sympatią a skandalem, co zawsze jest ciekawe. A to, że sytuacja jakoś musi się w którymś momencie rozwiązać, wiadomo od początku, choć nie wiadomo jak to się stanie. Jak jeszcze ma się do dyspozycji fajnych i pomysłowych aktorów, a podobno to Swinton zaproponowała, żeby rzucić w kąt pierwszą wersję scenariusza, w której miała mnóstwo dialogów, to wychodzi bardzo dobry film. Jak się pośpieszycie to jeszcze załapiecie się na „Nienasyconych” w jakimś kinie, a w letniej mizerii, między kosmitami, orkami i Dory, naprawdę warto.

Scena warta uwagi

Tym, czego w oryginale sprzed pół wieku nie było jest wątek związany z próbującymi przedostać się do Europy, właśnie przez położoną u wybrzeży Sycylii Pantellerię, uchodźcami z północnej Afryki. Temat wspominany kilka razy, półgębkiem, ale mocno. Zwłaszcza w scenie, w której przedzierający się przez góry Paul i Penelope spotykają przedzierających się przez góry imigrantów, ale również podczas przesłuchania na komisariacie.



środa, 20 lipca 2016

(True Story, 2015)

Reżyseria: Rupert Goold

Scenariusz: David Kajganich, Rupert Goold na podstawie „True Story” Michaela Finkela

Grają (ci istotni): Jonah Hill, James Franco, Felicity Jones

6/10

Oparta na faktach opowieść o tym gdzie się kończy prawda i jak mocno można romansować z kłamstwem, ukazana na początku w klasyczny, a z biegiem czasu w coraz bardziej zaskakujący sposób. Dziennikarz New York Timesa Michael Finkel zostaje wywalony z pracy za naciąganie faktów w reportażu o niewolniczej pracy dzieci gdzieś w Afryce (a przecież jak wiadomo niektóre historie są zbyt piękne, by przejmować się tym, czy są w stu procentach prawdziwe, wiedział o tym Ryszard Kapuściński, wie o tym Jose Mourinho). Niespodziewanie dowiaduje się, że gdzieś w więzieniu w zapadłym Oregonie na proces o zabójstwo swojej rodziny czeka ktoś, kto podał się... za niego. Dla Finkela to okazja do odbicia się od dna, tyle że żeby napisać bestseler na miarę Pulitzera, musi dowiedzieć się prawdy, a naprzeciwko ma – o czym nie do końca zdaje sobie początkowo sprawę, a potem nie za bardzo chce wierzyć – manipulatora pierwszego sortu.

Warto ten film obejrzeć dla Jamesa Franco, który ma fizjonomię wybitnie predestynującą go do grania psycholi i doskonale to wykorzystuje. To ten typ gęby, na której nie sposób rozpoznać, czy właściciel żartuje, czy jest śmiertelnie poważny. Czy zaraz się zaśmieje, czy może rzuci ci się do gardła. Finkel w co drugim zdaniu powtarza, że chce napisać książkę prawdziwą, ale zmusza widza do zadania sobie pytania, czy w pewnych historiach to prawda jest najważniejsza. Czy ma znaczenie, czy Christian Longo zabił dwie, a może cztery osoby? Finkelowi zastanawiać się nad tym nie wypada, ale widz jest zmuszony do choć przypadkowych przemyśleń czy w takiej sytuacji słusznie został wyrzucony z gazety. A może najlepszym wyjściem jest trzymanie się twardej zasady żony Finkela Jill, że prawda jest piękna a kłamstwo obrzydliwe. To pozwala nie wpaść w pułapkę, ale też o ile mniej ciekawe jest życie. Choć twórcy ewidentnie nie mieli pomysłu na zakończenie (trochę nie ich wina, w rzeczywistości przyjaźń Finkela i Longo trwa w najlepsze) to i tak film nie będzie stratą czasu.

Scena warta uwagi:

Gdy Jill odwiedza Christiana w więzieniu i efektownie wyjaśnia, że na niej jego sztuczki nie robią wrażenia. Dobra scena.

czwartek, 14 lipca 2016

(Money Monster, 2016)

Reżyseria: Jodie Foster

Scenariusz: Alan Di Fiore, Jim Kouf i Jamie Linden

Grają (ci istotni): George Clooney, Julia Roberts, Dominic West

6/10

Jodie Foster bardzo solidnie, ale jednak bez wielkiego efektu postanowiła pomieszać „Negocjatora” i „Big Short”. Z tego drugiego filmu wzięła temat i kilka bardzo ważnych pytań w momencie, gdy mnóstwo ludzi na świecie potraciło pieniądze, domy, a cwaniacy za to odpowiedzialni nie tylko nie poszli do więzienia, ale też solidnie się obłowili. No więc mamy telewizyjnego gwiazdora, w stylu zdecydowanie przebijającym Telezakupy mówiącego ludziom jakie akcje kupować, a jakich nie, któremu niespodzianie, na wizji, wpakowuje się do studia zamachowiec z bombą. Poza uzależnieniem świata od wirtualnych pieniędzy, których zachowania nikt na dobrą sprawę nie rozumie, przewija się też temat uzależnienia świata od telewizji, czy odpowiedzialności za słowo. I to są fajne tematy, dla których warto robić filmy i często zgarnia się za to oscary. Tyle że cała historia jest mało wiarygodna, a schematyczne zakończenie tak przewidywalne, że nie będziecie wstrząsani dreszczykiem emocji, ewentualnie co jakiś czas się zaśmiejecie z całkiem przyzwoitych żartów z ekranu.

Jest pewien problem z filmami „o ważnych rzeczach”, za które dość często bierze się George Clooney, jako główny aktor, producent, albo reżyser. Za każdym razem jest to całkiem nieźle pomyślany problem etyczny jaki bohater ma z wielką polityką, wielkimi pieniędzmi, albo jednym i drugim naraz. Niestety przeważnie (może poza, chyba niedocenianym, a świetnym „Michaelem Claytonem”, no i jeszcze „Syrianą”) opowiadana historia z czasem się rozłazi, staje się mało wiarygodna i jak zauważył recenzent z „Guardiana” „...nie są to filmy, które ogląda się po raz drugi”. W tymże „Guardianie” o „Zakładniku z Wall Street” napisano, że to film zrobiony przez 10%, które bardzo chciałoby uderzyć w ten 1%, ale w każdej scenie widać, że bliżej mu do niego, niż do 99%. Innymi słowy Foster i Clooney bardzo chcieliby uchodzić za wielbicieli Berniego Sandersa, ale to wypisz wymaluj wyborcy Hillary Clinton. Ta pokrętna metafora jest akurat bardzo celna i dlatego „Zakładnik...”, choć zły nie jest, do pięt nie dorasta „Big Short”.

Scena warta uwagi:

Jest w środku filmu scena (nie powiem jaka, zgadniecie) która mnie przeraziła, bo przez chwilę byłem przekonany, że znalazłem się na jakimś niesamowitym gniocie. Szczęśliwie twórcy filmu rozwiązali ten przykry moment w jedyny sensowny sposób, ale sam fakt, że podejrzewałem, że może być inaczej, działa raczej na niekorzyść „Zakładnika...”

P.S. Muzyka Dominica Lewisa zdecydowanie na plus. Zawyżyła ocenę.

niedziela, 05 czerwca 2016

"Afreen" z filmu "Podróż na sto stóp" - A.R. Rahman

Dział muzyczny Filmotatnika nie działał od ponad dwóch lat więc może warto go odświeżyć przy okazji pewnego kompozytora, dla którego pisanie muzyki do filmów to tylko część zajęcia. Allah-Rakha Rahman to w Indiach wielka gwiazda, ale chyba każdy kto tam „robi przy filmie” jest wielką gwiazdą. A.R. Rahman komponuje nie tylko muzykę, ale też piosenki i przy okazji sam śpiewa.

Skomponował muzykę do kilkudziesięciu filmów, rzecz jasna głównie induskich. Ale gdy tylko wychylił głowę poza ojczyznę, zrobił to z hukiem. Choć zdarzało mu się pracować z zachodnimi reżyserami, mającymi jednak korzenie w Indiach, to szerszemu światu stał się znany dopiero, gdy do współpracy zaprosił go Danny Boyle. I to jak znany! Doskonały „Slumdog. Milioner z ulicy” zgarnął garść Oscarów, a A.R. Rahman zdobył dwie – za muzykę i za piosenkę „Jai Ho”. Tak jak mam ograniczone zaufanie akurat do tej oscarowej kategorii, bo wygrywają w niej czasem niesamowite gnioty (np. w tym roku), to wtedy nagrody były zasłużone. Co ciekawe, był to rok 2009, z trzech nominowanych wtedy piosenek aż dwie, były autorstwa tego Indusa (no w zasadzie to Tamila). Drugą była „O... Saya”, też ze „Slumdoga...”. To co Rahmana wyróżnia, to umiejętność dopasowania muzyki do filmu. Indyjskie nuty można usłyszeć w każdym z jego utworów, a jednocześnie ma się wrażenie, że te dźwięki pięknie pasują do tego co jest na ekranie.

Z Boylem pracował jeszcze przy „127 godzinach” (też dwie oscarowe nominacje), ale Filmotatnikowi rzuciła się w ucho piosenka „Afreen” z filmu „Podróż na sto stóp” Lasse Hallstroma. Sam film jest przyjemny, choć może bez rewelacji. Szwed robił już lepsze, a nawet dużo lepsze filmy, zwykle adaptacje powieści (żeby wymienić tylko „Co gryzie Gilberta Grape'a”, „Wbrew regułom”, czy „Czekoladę”, a to nie wszystkie). Za to jest świetnie zilustrowany muzycznie. „Afreen” leci pod koniec, przy napisach i miałem wrażenie, że autor to zdecydowanie ktoś więcej niż nutokleta od muzyki do bollywoodzkich tańców.



środa, 18 maja 2016

Tegoroczny festiwal Millennium Docs Against Gravity udowadnia, że żeby film dokumentalny był dobry, nie musi pokazywać wzajemnie mordujących się ludziach w Afryce Subsaharyjskiej, względnie w Iraku, Syrii lub Ameryce Łacińskiej. Choć wydaje się, że dokument opowiedział już każdą historię i powoli staje się częścią popkultury, która, jak wszystkie inne, dla przyciągniecia uwagi musi szokować, to na „docsach” łatwo można się przekonać, że to błąd. Pomysł i bohatera lub bohaterów można znaleźć wszędzie, potrzeba tylko umiejętności by ich złożyć w film.

Tak wyszło, że „Filmotatnik” póki co wybiera dokumenty ze wszech miar europejskie, a żaden nie może być chyba bardziej europejski niż „Demokracja”. To film o procesie legislacyjnym w Parlamencie Europejskim (tak, wiem, część z was już machnęła ręką, niesłusznie). Kamera przez dwa lata towarzyszy Janowi Philippowi Albrechtowi, niemieckiemu europosłowi „Zielonych”, który jako sprawozdawca dyrektywy dotyczącej ochrony danych osobowych tworzy nowe prawo, negocjując przepisy z Komisją Europejską, Radą, ugrupowaniami w Parlamencie, lobbystami, prawnikami, NGO'sami, wielkimi korporacjami i wszystkimi świętymi. Albrecht, przypominający raczej studenta niż polityka, wykonuje gigantyczną pracę. Nie mniejszą wykonuje reżyser David Bernet, który zmontował film wzorowo, nie bez poetyckich, ale niezwykle pasujących wstawek z trawników sprzed unijnych instytucji.

To wiele filmów w jednym. Vademecum tego, do czego i komu służą w dzisiejszym świecie dane, które dobrowolnie udostępniamy w internecie. Ale też fascynujący przewodnik po zasadach funkcjonowania Unii Europejskiej, przy których polskie, „nocne” prawodawstwo przypomina więc jaskiniowców. Opowieść, która udowadnia, że przypisywany Bismarckowi bon mot o kiełbasie i polityce nie musi się wcale odnosić do tej drugiej, a jeśli kiedykolwiek śmialiście się z tego, ze w UE ustalają stopień krzywizny bananów, to ja wam powiem, że skoro ustalają, to pewnie mają ku temu ważne powody i skłaniam się ku temu, ze banany powinny się dostosować.

Na „Demokrację” warto więc pójść, a jeśli jesteście studentami politologii, dziennikarstwa, prawa, czy innego mało perspektywicznego kierunku, to wręcz wasz obowiązek. To film ważny o ważnych sprawach. Nie mniej ważne, choć tym razem niezwykle osobiste kwestie porusza drugi z dotychczasowych hitów festiwalu wg Filmotatnika. Bohaterami „Nurkowania w nieznane” jest grupa fińskich nurków jaskiniowych, którzy wracają do jaskini w północnej Norwegii, którą eksplorowali kilka tygodni wcześniej. Wtedy zdarzył się wypadek i zginęło dwóch ich kolegów. Teraz czwórka pozostałych przy życiu chce wydobyć ciała, które utknęły 140 metrów pod ziemią.

W opowieść Finów widz zagłębia się jak w jaskinię, poddając się nierzeczywistemu wrażeniu, że ich pasja graniczy z szaleństwem. Trudno o bardziej niebezpieczny sport, bo nurkując w jaskini nie traci się życia przez niewiedzę lub nieuwagę, ale wtedy, gdy puszczą nerwy. A zdjęcia zapierają dech w piersiach, co może w tym wypadku nie jest najszczęśliwszym określeniem.

Oba filmy wciąż są do obejrzenia, bo organizatorzy prawie każdemu z blisko setki tytułów zaplanowali kilka emisji. Warto. A Filmotatnik może w ciągu najbliższych kilku dni przeprosi się z Afryką, a nuż coś ciekawego się tam zdarzy...



00:49, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 maja 2016

(Jurassic World, 2015)

Reżyseria: Colin Trevorrow

Scenariusz: Rick Jaffa, Amanda Silver, Derek Connolly

Grają (ci istotni): Chris Pratt, Bryce Dallas Howard, Omar Sy

2/10

Wszystko w tym filmie jest nielogiczne. Jest park z dinozaurami, dokładnie taki jak ten, co kiedyś skończył się katastrofą, bo tamtejsze dinozaury uciekły (i wszyscy są zdziwieni, kiedy znów uciekają). Jest wielki, zmodyfikowany genetycznie superdinozaur, jeszcze krwawszy jak tamte raptory, które zjadały ludzi (i wszyscy są zdziwieni, że ten też zjada). Jest wreszcie seksowna i władcza zarządczyni parku, oraz umięśniony zaklinacz dinozaurów z karabinem, którzy z jakiegoś powodu się posprzeczali, ale wystarczy, totalna ruina, kilka ucieczek przed zębiastymi potworami i dwoje uratowanych dzieci siostry zarządczyni żeby – uwaga spojler – zeszli się z powrotem. Pominąłem kilka absurdów, na które widz wpaść przed filmem po prostu nie może, z których tresowane raptory są akurat najmniejszym. Finałowa scena, w której brakuje tylko, żeby przy dźwiękach godnych „Szeregowca Ryana” tyranozaur i raptor przybiły sobie „piątkę”, jest szczytem pomieszania z poplątaniem. Technicznie ten film zasługuje na wyższą notę, ale z powodu głupoty wyżej ocenić się go nie da.

Jest pewien problem z filmami, które się pamięta z czasów dzieciństwa, gdy oglądało się je z wypiekami na twarzy (a takim był „Park Jurajski”), a które po latach są reanimowane. Ale nie polega on na tym, że wtedy wiele rzeczy się wybaczało, innych nie dostrzegało, a teraz, po dwudziestu latach podchodzi się bardziej krytycznie. Problem w tym, ze ludzie, którzy się biorą za remake'i tematu, zwykle chcą zrobić coś „bardziej”, „efektowniej” i „lepiej”. A ponieważ nie umieją, robią to bez wyczucia i korzystają z wielokrotnie zgranych schematów, bo nic nowego wymyślić nie są w stanie, wychodzi farsa. „Park Jurajski” był odkrywczy, efektowny, przemyślany i wreszcie, nie można o tym zapominać, grali tam prawdziwi aktorzy (Sam Neil, Laura Dern, Jeff Goldblum czy Richard Attenborough), a nie jakieś substytuty. To są popłuczyny.

Scena warta uwagi:

Polecam ostatnią. Siła złego na jednego. Ponieważ najmądrzejszy w tym filmie jest dinozaur (z pomysłami na fortele godnymi Zagłoby), można go było załatwić wyłącznie kupą i znienacka.

23:29, kubadybalski , przygodowy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 maja 2016

(Inhebbek Hedi, 2015)

Reżyseria: Mohamed Ben Attia

Scenariusz: Mohamed Ben Attia

Grają (ci istotni): Majd Mastoura

8/10

Zaskakująco inteligentny i błyskotliwie skonstruowany debiut, który reżyserowi przyniósł nagrodę na festiwalu w Berlinie, właśnie dla najlepszego debiutanta, a Majda Mastourę nagrodzono za rolę. "Hedi" został też uznany za najlepszą fabułę zakończonego niedawno warszawskiego festiwalu "Afrykamera". Tytułowy bohater właśnie się żeni, choć przyszła połowicę zna ledwo. Małżeństwo zostało zaaranżowane przez rodziny, młodzi się lubią, ale niewiele o sobie wiedzą, przez trzy lata znajomości nigdy nie mieli okazji poważnie porozmawiać. Hedi to cichy, na pierwszy rzut oka gapowaty 25-latek, który pensję oddaje dominującej matce, a pracę ma dzięki obrotnemu bratu. Takie życie, w którym oparcie i bezpieczeństwo gwarantuje ci tradycja i rodzina, jest wygodne. Ale Hediemu zaczyna to w pewnym momencie przeszkadzać, a ułożone życie wywraca się do góry nogami, gdy poznaje bliżej pewną opiekunkę grup turystów, pracującą w nadmorskim hotelu.

Historia, choć zanurzona w rzeczywistości porewolucyjnej Tunezji, jest uniwersalna. Pod każdą szerokością geograficzną znajdzie się jakaś żyjąca pod kloszem 25-letnia mameja, niby dorosły facet, ale głownie z wygody, zachowujący się tak, jakby czas stanął w miejscu dekadę wcześniej. I zawsze w końcu zaczyna mu ten stan doskwierać. Tylko że to jedynie pierwszy poziom filmu. "A jeśli ten Hedi to Tunezja?" - zapytał mnie współoglądający. I trudno się od takiego, metaforycznego spojrzenia uwolnić. Byłby to wiec film o kraju, który musi właśnie wybrać miedzy doskonale znaną i bezpieczną tradycją a zachodnią, będąca na wyciągnięcie ręki, nowoczesnością. Niepewną, ale i pociągającą. Kraju, który może nawet nie chce dokonywać teraz takiego wyboru, ale nie od niego zależy, że właśnie teraz przed nim stanął. To przesłanie jest przemycane przez pryzmat prostej historii skromnego dealera samochodów w sposób niesamowicie spójny i choćby dlatego warto ten film obejrzeć.

Scena warta uwagi:

Fajne są te wszystkie momenty, w których reżyser pokazuje Tunezję, kraj w niezwykły sposób zawieszony między Europą a Maghrebem. Np. plaże i hotele prawie w pełni sezonu ale jednak puste, co jest pewnie efektem zamachów. Albo gdy Hedi wspomina jak poszedł na demonstrację.

22:33, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 kwietnia 2016

(Blackhat, 2015)

Reżyseria: Michael Mann

Scenariusz: Morgan Davis Foehl, Michael Mann

Grają (ci istotni): Chris Hemsworth, Viola Davis

5/10

Ci, którzy lubią filmy Michaela Manna (a Filmotatnik zalicza się do jego niereformowalnych, bezkrytycznych wyznawców) znajdą w „Hakerze” wszystko to co sprawia, że jest reżyserem nie do podrobienia. Zdjęcia kręcone kamerą cyfrową, zamiłowanie do filmowania miasta w nocy dużo częściej, niż wynikałoby to z fabularnej konieczności, bezbłędnie dobrane role drugoplanowe i epizody, szczególnie jeśli chodzi o czarne charaktery, klimatyczną muzykę, leniwie rozwijającą się historię prowadzącą do efektownego końca, moralne dylematy sprowadzające się zawsze do ostatecznego pytania - obowiązek, czy kobieta – z oczywistym, ostatecznym wyborem. No i najlepsze (najlepsze!) strzelaniny jakie w historii kina zaprezentowano widzom. W „Hakerze” co najmniej dwie, w Hong Kongu i Dżakarcie, są równie dobre, jak te z poprzednich filmów Manna.

Mimo tego nie ma co się dziwić, że film odniósł w zeszłym roku spektakularną finansową klapę, jak żaden z poprzednich jego filmów (fakt, że może sobie na to pozwolić, bo przeważnie to co nakręci kosztuje dużo, ale zarabia jeszcze więcej). Mann wyraźnie nienajlepiej czuje się w klimatach komputerowych i wśród cyberterrorystów. Gdy w „Miami Vice” chodziło o przemyt narkotyków, film był pełen emocji w każdej scenie. Ale trudno wywołać napięcie gdy bohater gapi się w ekran komputera, nawet jeśli jest Chrisem Hemsworthem i tłumaczy, że właśnie się włamał do komputera NSA. Gdyby nie sceny akcji, kończyłoby się przysypianiem.Z filmami Manna jest generalnie tak, że z każdym kolejnym obejrzeniem, film wydaje się fajniejszy. To naprawdę niezwykły efekt, przetestowany przez Filmotatnik na różnych tytułach. Niestety „Haker” obejrzany po raz drugi jest równie miałki, jak za pierwszym razem. Tak więc dla wyznawców. Reszta może sobie darować.

Scena warta uwagi:

Z dwóch wspomnianych scen strzelanin fajniejsza jest chyba ta w Dżakarcie, bo dzieje się w nocy. Mistrz.

piątek, 01 kwietnia 2016

(Concussion, 2016)

Reżyseria: Peter Landesman

Scenariusz: Peter Landesman

Grają (ci istotni): Will Smith, Alec Baldwin, David Morse, Albert Brooks

5/10

Will Smith był jednym z najmocniej gardłujących przeciw temu, że #OscarsSoWhite. Oczywiście można uznać, że bezczelnie nie mógł się pogodzić z pominięciem przez Akademię. Tym bardziej, że jego aktorskie dokonania w ostatnich latach nie rzucają na kolana. Ale już po pierwszej scenie filmu wiadomo, że oscarowa nominacja należała mu się jak psu buda. Rzadko się zdarza, że aktor już na wstępie uwodzi widza. Smith jako pracujący w USA nigeryjski doktor Bennet Omalu, który ponad dekadę temu dostrzegł, udowodnił i opisał związek między licznymi urazami głowy a późniejszymi zaburzeniami psychicznymi graczy futbolu amerykańskiego, robi to brawurowo. Tworzy na ekranie postać, w którą się wierzy i w dodatku którą się lubi, a ponoć granie tych dobrych jest dużo trudniejsze, niż granie bandziorów.

Poza tym jest średnio. Nagradzany, choć kompletnie niezauważony przez Akademię, „Wstrząs” na nic więcej poza nominacja dla Smitha nie zasłużył. Twórcy mogli nakręcić efektowną opowieść o starciu dwóch wartości. O tym czy warto (jak bardzo warto?) ryzykować zdrowiem i życiem dla sportu, który jest nie tylko pasją dla wielu, nie tylko gigantycznym biznesem, ale też pełni istotną funkcję społeczną, choćby poprzez cały system stypendialny. Niestety ledwo przemykają się po powierzchni tego tematu. Skręcają w stronę banalnej historii Nigeryjczyka, który chce być Amerykaninem (tak, tak, na ekranie się nie pojawia, ale w tle powiewa gwiaździsty sztandar...) i dzielnie stawiając czoła przeciwnościom losu okazuje się uosobieniem amerykańskich wartości. Choć to historia żywcem przypominająca choćby rewelacyjnego „Informatora” Michaela Manna, to napięcie osiąga co najwyżej stany letnie. Momentami film jest wdzięczny, głównie dzięki Smithowi, ogląda się go przyjemnie, ale nic ponadto.

Scena warta uwagi:

Pierwsza w filmie, wspomniana na wstępie. Omalu jest przesłuchiwany w sądzie w sprawie apelacji mordercy skazanego na śmierć. Zanim go wybroni, musi przekonać ławę przysięgłych, że mówiący z silnym akcentem absolwent uniwersytetu medycznego w Enugu, zna się na rzeczy. Robi to.

czwartek, 24 marca 2016

(Triple 9, 2016)

Reżyseria: John Hillcoat

Scenariusz: Matt Cook

Grają (ci istotni): Chiwetel Ejiofor, Casey Affleck, Kate Winslet, Woody Harrelson, Anthony Mackie

4/10

Trzy dziewiątki (nawiasem mówiąc kolejny, bezsensownie przetłumaczony na polski, fajny angielski tytuł) to kod, którym policjanci w Altancie informują przez radio, że ich kolega został zastrzelony. Wokół tego osnuta jest intryga, w której grupa bandziorów dokonuje napadu na polecenie rosyjskiej mafii. To całkiem dobry pomysł na film sensacyjny. No chyba, że trafi się na ekipę, której wydaje się, że wystarczy trochę postrzelać, porzucać mięsem, wsadzić do filmu ruskich gangsterów i kazać im kilka razy cokolwiek mówić po rosyjsku, a także męczyć ucho widza głośnymi basami w co drugiej scenie i wyjdzie coś na kształt drugiej „Gorączki”. Niestety. O ile w „Psach mafii” całkiem znośnie wychodzą sceny walki, to gdy aktorów nie zagłuszają strzelaniny, jest dużo gorzej.

Sama historia jest kompletnie niewiarygodna, bo opiera się na policjantach, którzy rano napadają na banki i po południu zakładają odznakę i idą na komisariat (nie naciągam, naprawdę), oraz na przedziwnym rosyjsko-żydowsko-czarnoskórym mezaliansie. Gangsterzy niby tworzą świetnie zgraną ekipę, ale jednocześnie się nie lubią i właściwie nawet dobrze nie znają. Z kolei po stronie policyjnej śledztwo właściwie nie do końca wiadomo dlaczego posuwa się do przodu. Opiera się tylko na pewnej chińskiej policjantce, która wiedzę kto z kim trzyma, kto strzelał i kogo aresztować, czerpie z laptopa. Porucznik, gdy utknie, to do niej dzwoni. Nie pomagają aktorzy. Oczywiście wiadomo, że Casey Affleck (którego zresztą nawet lubię) od dwóch dekad ma ten sam wyraz twarzy i choć trudno w to uwierzyć, jest chyba bardziej „drewnianym” aktorem niż jego własny brat. Ale Kate Winslet i Chiwetel Ejiofor raczej nie powinni się w CV chwalić tym filmem. Nie żeby od oglądania ich bolały zęby, ale mogą to po prostu pominąć. Tak jak widz może pominąć ten film.

Scena warta uwagi:

Tylko na początku, podczas napadu na bank, można mieć nadzieję, że będzie to sensacja przynajmniej zbliżona poziomem choćby do „Miasta złodziei”, albo wspomnianej wcześniej rewelacyjnej „Gorączki”. Ale potem zaczyna się intryga.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi