piątek, 23 grudnia 2016

(Lion, 2016)

Reżyseria: Garth Davis

Scenariusz: Luke Davies na podstawie „A Long Way Home” Saroo Brielaya i Larry'ego Buttrose'a

Grają (ci istotni): Dev Patel, Nicole Kidman, Rooney Mara

6/10

Wzruszająca i pięknie sfilmowana prawdziwa historia o indyjskim chłopcu ze slumsów, który ni stąd ni zowąd znalazł się w Kalkucie, tysiąc mil od domu, do którego wrócił po ćwierć wieku. Czeka właśnie na rozdanie Złotych Globów z czterema nominacjami (w tym za najlepszy film dramatyczny), ileś nagród już zebrał, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że nieco na wyrost. Owszem, rzucają się w oczy zdjęcia, pozostaje w uszach świetna ilustracja muzyczna, ale sama historia nieco traci na tempie w drugiej części filmu. Główny bohater trochę szuka domu, trochę nie szuka, a motyw wokół którego osnute są jego wątpliwości – czy odnalezienie biologicznej rodziny zmieni jego stosunki z tymi, którzy go wychowali – wypada raczej blado. Szanse na aktorskie złote Globy ma Nicole Kidman i Dev Patel. Tylko ona na nominację zasłużyła.

„Lion...” nie ucieknie od porównania ze „Slumdogiem...”, który swego czasu zgarnął Oscara za najlepszy film (i siedem w innych kategoriach), zresztą polski dystrybutor sam porównuje oba filmy na plakatach („Slumdog był wymyślony, a Lion to prawdziwa historia, kupujcie bilety, ble ble...”). Ale o ile dzieło Danny'ego Boyle'a to był film pełną gębą, pełna rozmachu opowieść, która miała ambicję opisać Indie - zresztą całkiem nieźle jej to wyszło – to „Lion...” jest co najwyżej w porządku. Nie wyjdziecie z kina z poczuciem zmarnowanego czasu, ale też nie będzie to film, który zapamiętacie na długo.

Scena warta uwagi

Mały Saroo trafia do ośrodka dla bezdomnych dzieci gdzieś pod Kalkutą. Pierwsza rozmowa z chłopcem z którym wspólnie je obiad, rozmowa dwóch kilkulatków, jest żywcem wzięta z amerykańskich więziennych filmów. Robi wrażenie.

P.S. To kolejny film, w którym polski dystrybutor bezmyślnie przetłumaczył tytuł. Polski tytuł powinien brzmieć „Lwiątko” (w filmie nie ma żadnego lwa, ale dość szybko można się domyślić jak się znalazł w tytule, wyjaśnienie w napisach końcowych), ewentualnie po prostu „Droga do domu”, co byłoby banalne, bo pewnie sto siedemnaście różnych filmów zatytułowano tak, albo podobnie, ale jednak sensowniejsze.

środa, 21 grudnia 2016

(Hacksaw Ridge, 2016)

Reżyseria: Mel Gibson

Scenariusz: Andrew Knight, Robert Schenkkan

Grają (ci istotni): Andrew Garfield, Sam Worthington, Hugo Weaving, Teresa Palmer, Vince Vaughn

2/10

Niedawno znajomy pokazał mi „najgorszy film wojenny ever” („7 Man Army”, produkcja hongkońska z 1976 r., fragment można zobaczyć tutaj). Film Mela Gibsona swoją wojenną poetyką niespecjalnie się od niego różni. Flaki latają na wszystkie strony, żołnierze wylatują w powietrze tuzinami, trafienia w głowę widz ogląda w każdym możliwym wariancie i z każdej strony. To nie jest film wojenny. To klasyczny slasher. Gibson nie tylko płynnie przeskakuje estetykę Wojciecha Smarzowskiego – mniej w „Przełęczy ocalonych” odciętych głów niż np. w „Wołyniu”, ale np. dużo więcej płonących ludzi – ale zawstydza nawet Quentina Tarantino. Jeżeli przyszło wam teraz do głowy, że na potrzeby nadania notce dramatyzmu nieco przesadzam, to nie. Nie przesadzam.

Mówimy o filmie, który przed momentem otrzymał trzy kluczowe nominacje do Złotych Globów (najlepszy film dramatyczny, najlepszy aktor i najlepszy reżyser) i jest wielce prawdopodobne, że dostanie też nominację oscarową. W tymże filmie nie liczcie na żadne cieniowanie, czy rozterki moralne. Potworni Japończycy wyskakują z każdej dziury w ziemi, żeby – nie bacząc na własne życie – zarżnąć jak najwięcej Amerykanów, szczerząc się przy tym i krzycząc nie wiadomo co. Dzielni Amerykanie bohatersko bronią swojego kraju, wolności i demokratycznych swobód przed wspomnianymi krwiożerczymi Japończykami (nikt nie pyta np. dlaczego robią to na Okinawie), a główny bohater jest najprawdopodobniej aniołem w ludzkim ciele. Nie dotyka broni, czyta Biblię, którą na pożegnanie dostał od świeżo poślubionej żony, pięknej pielęgniarki, a mimo to wyciąga z pola walki (z którego wycofali się jego kumple, a pałętają się tam Japończycy, jest pod ciągłym ostrzałem) i spuszcza na linie wzdłuż ponad 100-metrowego zbocza 75 rannych towarzyszy (w tej liczbie scenarzysta i reżyser dodają jeszcze kilku żołnierzy wroga). Tu akurat film jest najprawdziwszy, bo ta historia rzeczywiście się zdarzyła. Gibson każe widzowi widzieć w tym oczywisty cud i palec Boży (broń Boże statystyka! skąd pomysł, że jakiś taki wariat, spośród wszystkich którzy zginęli, po prostu miał szczęście i przeżył?). W ostatniej scenie główny bohater, ranny, zdaje się unosić na noszach w kierunku nieba (naprawdę, nie zmyślam). W tym momencie Gibson wspina się na Himalaje wazeliniarstwa i patosu. Dawno nie widziałem takiego bezczelnego filmu.

Scena warta uwagi:

Wspomniane „wniebowstąpienie” to koniec dłuższej sceny, w której Japończycy z białą flagą poddają się. Ale to podstępne bestie. Jeden z nich rzuca dwa granaty w kierunku dowódcy. Główny bohater, w zwolnionym tempie jeden odrzuca w powietrzu ręką (machnięciem godnym Djokovicia), a drugi kopniakiem (nie powstydziłby się go Lewandowski) i ratuje mu życie, sam odnosząc poważne rany. Ale to nie koniec! Z noszy pyta towarzysza broni „Gdzie moja Biblia?” (zgubił ją chwilę wcześniej), a ten wraca w sam środek walki, znajduje ją i zwraca naszemu aniołowi.

20:45, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 grudnia 2016

(Sully, 2016)

Reżyseria: Clint Eastwood

Scenariusz: Todd Komarnicki

Grają (ci istotni): Tom Hanks, Aaron Eckhart, Laura Linney

7/10

Clint Eastwood wziął się za sfilmowanie historii, której koniec wszyscy znają, w dodatku wszyscy wiedzą, że zakończyła się dobrze, a bohater jest wzorem cnót. To oznacza, że choć to historia w której na wstępie psuje się wszystko co może się zepsuć, a potem nikt nie ginie, wcale nie jest takim dobrym materiałem na film. Biorąc to pod uwagę efekt jaki osiągnął jest mistrzostwem świata. Największy zarzut do filmu, polega na tym, że brakuje w nim napięcia. Ale mając w pamięci powyższe inaczej być nie może. Eastwood i scenarzysta Todd Komarnicki postanowili dodać nieco dramatyzmu od siebie i kazali pilotom zmagać się z zarzutami komisji ds. badania wypadków lotniczych, która ma na oczach widzów sprawdzić, czy obaj to bohaterowie, czy może szaleni ryzykanci, którzy narazili na śmierć 155 pasażerów samolotu. Finału można się domyślić, tym bardziej, że – jak kilkakrotnie jest podkreślane na ekranie – pilot Chesley Sullenberger lata samolotami od 42 lat, więc ster był w najbezpieczniejszych rękach, jakie można sobie wyobrazić.

Recenzent brytyjskiego „The Telegraph” nie wahał się zauważyć, że Eastwood reżyseruje od 45 lat (to jego 35 film). I wcale nie znaczy to, że te ręce są równie bezpieczne jak ręce Sully'ego. Choć ma na koncie dzieła genialne, to i pewne, właściwe konserwatystom, zamiłowanie do machania gwiaździstym sztandarem w co drugiej scenie, co w przypadku „Snajpera”, jego poprzedniego filmu (kandydata do Oscara sprzed dwóch lat), bywało momentami niestrawne. Tym razem nie tylko udało mu się nakręcić pozytywną historię bez rażącego patosu, ale w dodatku stworzyć film, który się świetnie ogląda. „Sully”, poza wszystkim, jest niezwykle efektowny. Oglądane dwukrotnie lądowanie na rzece Hudson, różniące się detalami, na które reżyser zwraca uwagę widza, to doskonale nakręcone sceny. Nie jest to może film, który zmieściłby się w trójce najlepszych Eastwooda, ale nie dajcie się zniechęcić. To porządne kino.

Scena warta uwagi:

Jest gdzieś na początku scena w której Sully i Jeff, drugi pilot, wieczorem, przed czekającym ich przesłuchaniem przed komisją, wychodzą się przespacerować po Nowym Jorku. Rozmowa jaką prowadzą niestety każe przypuszczać, że cały film będzie pełen patetycznych przemów o bohaterstwie i tym co mężczyzna powinien zrobić. Trochę się wtedy przestraszyłem. Ale spokojnie, reżyser nie poszedł tą drogą.

niedziela, 04 grudnia 2016

(Nocturnal Animals, 2016)

Reżyseria: Tom Ford

Scenariusz: Tom Ford

Grają (ci istotni): Amy Adams, Jake Gyllenhaal, Michael Shannon, Armie Hammer, Laura Linney, Andrea Riseborough, Michael Sheen, Jena Malone

7/10

Bardzo porządny, nieoczywisty, thriller o interesującej konstrukcji, który nieco przypomina estetyką "Neon Demon", ale o ile w filmie Refna efekty wizualne są głównym tematem, o tyle w filmie Forda ostro umalowana i oszczędna w słowach główna bohaterka to tylko przykuwająca uwagę otoczka głównej historii. Oglądamy wiec film o kobiecie, która czyta książkę, a dwie przeplatające się opowieści w niezwykły sposób na siebie wpływają. Od samego początku widz wie, że rzeczywistość i powieść wzajemnie się ze sobą wiążą, ale w trakcie filmu musi wykombinować na czym ten związek polega. Nie jest on może aż tak pokręcony, jak w błyskotliwym "Przypadku Harolda Cricka", ale i tak ciekawy.

Tom Ford, światowej sławy projektant i dyktator mody, filmy robi z zamiłowania i wychodzi mu to doskonale. "Zwierzęta nocy" to drugi, który napisał i wyreżyserował. Siedem lat temu "Samotny mężczyzna" tez debiutował w Wenecji, a grający tam główna rolę Colin Firth dostał na festiwalu nagrodę aktorską, a potem zgarnął jeszcze nagrodę BAFTA, Złoty Glob i oscarową nominację. Ten film z kolei w tym roku wyjechał z Wenecji z Grand Prix Jury i gdzieniegdzie przebąkuje się, że może pomoc Amy Adams w zgarnięciu Oscara, choć na dobra sprawę, co najmniej dwie inne role przykuwają uwagę (Gyllenhaal, Shannon), a i cała zgraja fajnych aktorów w epizodach bardzo filmowi pomagają.

Scena warta uwagi:

Śmieszne są obie sceny w muzeum, które chyba przekonują główna bohaterkę, że jej wybór nie był właściwy. Słusznie?

czwartek, 17 listopada 2016

(Arrival, 2016)

Reżyseria: Denis Villeneuve

Scenariusz: Eric Heisserer na podstawie opowiadania „Story of Your Life” Teda Chianga

Grają (ci istotni): Amy Adams, Jeremy Renner, Forest Whitaker

9/10

Świetny film, w którym akurat najmniej istotni są kosmici. Denis Villeneuve już kilkakrotnie udowodnił, że potrafi stworzyć hipnotyzujący klimat i nakręcić film ilustrowany pięknymi zdjęciami i pozostającą w głowie na długo muzyką, którą już po raz trzeci nagrał dla niego Johann Johannsson. Tym razem pracował jednak na doskonałym scenariuszu. W efekcie mamy zaskakującą, wzorowo przemyślaną i poprowadzoną historię. Elementy, które stopniowo wydają się ważne, ale widz nie ma do nich klucza, z biegiem czasu układają się w błyskotliwą opowieść. Nie nagle, ale stopniowo, kawałek po kawałku. Można odkrywać tajemnicę filmu razem z główną bohaterką. A gdy się już ją odkryje, widz pozostaje z ostatnim pytaniem, którego kompletnie się nie spodziewał. Dawno nie byłem na filmie, którego oglądanie sprawiłoby mi taką frajdę. O ile „Sicario”, przy wszystkich powyższych zaletach, kończy się dość banalnie, to „Nowy początek” imponuje zakończeniem, a właściwie całą konstrukcją opowieści.

To tak fajnie przemyślany film, że nawet nie przeszkadzają nieliczne mielizny, gdy Amerykanie zachowują się bezsensownie (może to nie mielizny?). Mamy więc lingwistkę, która zostaje poproszona przez wojsko o nawiązanie kontaktu z kosmitami, których 12 statków wylądowało w 12 miejscach na świecie, w tym na jednej z równin Montany. Zamiast nawalanki rodem z „Dnia niepodległości”, kanadyjski reżyser opowiada pasjonująco o próbie nawiązania rozmowy z kimś, kto nie tyle mówi innym językiem, ale początkowo nawet nie wiadomo, czy można o nim powiedzieć „ktoś”. Tylko pozornie już takie historie opowiedziano w „Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia” czy w „Kontakcie”, bo z „Nowego początku” dużo więcej można się dowiedzieć o ludziach niż o kosmitach. W dodatku twórcy każą widzom w niecodzienny sposób spojrzeć na język i jego rolę, która wykracza daleko poza proste narzędzie do przekazywania informacji. Z filmu dowiecie się np. dlaczego nie należy uczyć kosmitów grać w szachy. Warto obejrzeć. Bardzo.

Scena warta uwagi:

Jest ich wiele, niestety nie mogę zdradzić które. Po obejrzeniu jednak na pewno będziecie to wiedzieć.

wtorek, 01 listopada 2016

(Prosta historia o morderstwie, 2016)

Reżyseria: Arkadiusz Jakubik

Scenariusz: Arkadiusz Jakubik, Igor Brejdygant, Grzegorz Stefański

Grają (ci istotni): Filip Pławiak, Kinga Preis, Andrzej Chyra, Ireneusz Czop

5/10

Trzeba na reżysera Arkadiusza Jakubika chuchać i dmuchać, bo choć "Prosta historia o morderstwie" jest filmem pełnym mielizn i nieco irytującym, to łatwo dostrzec, że Jakubik lubi dobre amerykańskie kino i chce się na nim wzorować, choć tym razem mu nie wyszło. Wyszedł mu film bardziej efekciarski niż efektowny. Np. bardzo podoba mi się główny motyw muzyczny, tyle że jest go za dużo i w złych miejscach. Skakanie miedzy przeszłością a teraźniejszością robi historii źle, bo łatwo można się w tym pogubić, tym bardziej, że grający głównego bohatera Filip Pławiak ma tę samą minę przez półtorej godziny. Trudno się wiec czasem zorientować, czy to już po tytułowym morderstwie, czy jeszcze przed. Watek brata-gangstera jest bezsensowny, bo dla fabuły nie ma żadnego znaczenia i mogłoby go nie być. Z drugiej strony nietypowa scena rozmowy w języku migowym w łazience jest doskonała.

Tym co ciągnie film w dół jest niestety wspomniany Pławiak. Amerykanie od czasu do czasu robią thriller w którym głównemu bohaterowi świat się wali na głowę, musi ogarnąć siedemnaście rożnych rzeczy, zdobyć pieniądze, uratować kobietę i na końcu przeżywa, albo nie, ale tak czy siak wszystko kończy się dobrze. Takie filmy, jak "Życie Carlita", "Chłopcy z ferajny", czy, żeby nie szukać daleko, "Wilk z Wall Street", opierają się na postaci głównego bohatera. Tymczasem Jacek jest nijaki, bo Pławiak jest nijaki. Gdyby ta rola była choć w połowie tak brawurowa, jak Kingi Preis, film byłby lepszy.

Scena warta uwagi:

Pomysł, by najmłodszy brat Jacka był głuchoniemy, powstał chyba tylko po to, by nakręcić wspomniana scenę w łazience. Tym razem było warto.

17:10, kubadybalski , thriller
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 października 2016

(Girl on the Train, 2016)

Reżyseria: Tate Taylor

Scenariusz: Erin Cressida Wilson

Grają (ci istotni): Emily Blunt, Edgar Ramirez, Luke Evans

4/10

Ekranizacja zeszłorocznego bestsellera Pauli Hawkins może niestety wciągnąć tylko tych, którzy nie czytali książki. Obejrzą klasyczny, dość schematyczny thriller o miłosnym pięciokącie, w którym głównej bohaterce, która jest najbliżej wykombinowania kto zabił, nikt nie wierzy, bo niestety garuje bez specjalnego opamiętania. Niestety twórcy filmu postanowili zignorować wszelkie zabiegi, które sprawiają, że książkowy pierwowzór jest wciągającym kryminałem. Rozedrgana emocjonalnie Rachel, która sama sobie próbuje tłumaczyć picie, kłamanie i szereg bezsensownych działań, to największą zaleta książki. Opowiadanie z punktu widzenia pierwszej osoby (a właściwie trzech osób) daje czytelnikowi poczucie uczestniczenia w całej historii od środka, a jednocześnie powoli pokazuje mu cała intrygę. W filmie oglądamy jednak klasyczną opowieść, nieco się dłużącą, a Rachel w wykonaniu Emily Blunt głownie beczy i się snuje. Kto zabił można wykombinować w połowie filmu.

Drugą rzeczą jest rzekomy alkoholizm Rachel. "Rzekomy" na ekranie, bo w książce to bardzo sugestywnie pokazany, czwarty bohater. Twórcom filmu jednak wydawało się chyba, że wystarczy Blunt rozmazać makijaż i kazać od czasu do czasu się zataczać, żeby pokazać, że nie wylewa za kołnierz. Jedna z najmocniejszych scen w książce - skacowana Rachel budzi się z siniakami i zadrapaniami, nie pamięta poprzedniego wieczoru, wymiotuje współlokatorkę na wykładzinę, po czym idzie dalej spać - w filmie jest pokazana poprzez jeden siniak i skotłowaną pościel. Ech. Przydało by się do tego Hollywood wysłać Smarzowskiego, to by im pokazał jak się robi takie filmy.

Scena warta uwagi:

O ile w książce finałowa scena (mordowania mordercy) jest dobrym podsumowaniem, to w kinie wzbudziła lekki szmer śmiechu. Nic dziwnego bo w wersji ekranowej trochę nie ma sensu. Ale nad spartoleniem książki już się wyzłośliwiałem wyżej.

sobota, 22 października 2016

(Wołyń, 2016)

Reżyseria: Wojtek Smarzowski

Scenariusz: Wojtek Smarzowski

Grają (ci istotni): Michalina Łabacz, Arkadiusz Jakubik, Jacek Braciak, Wasyl Wasylik

8/10

To jeden z tych filmów, w których nie należy się specjalnie przywiązywać do bohaterów. Dopiero gdy film się trochę rozwinie, można zdać sobie sprawę, jak niesamowicie trudnego zadania podjął się Smarzowski. Zmieszczenie w dwóch godzinach narastających przez lata przyczyn rzezi na Wołyniu, samych wydarzeń i absurdu sytuacji, w której sąsiad mordował sąsiada, a także obrazu miejsca, które wojna przeryła wte i we wte kilka razy, wydaje się niemożliwe. A jednak. A ponieważ to wszystko wiązało się z mordowaniem na rozmaite sposoby, aktorów i statystów potrzeba było dużo.

To bardzo pojemny film i tematów jest w nim tyle, że starczyłoby na kilka innych. Co prawda reżyser dość szybko przechodzi do tego w czym czuje się dobrze, a wiec rozstrzeliwania, ucinania głów i rozpruwania brzuchów widłami, a i zakończenie jest raczej oszczędne, wiec na pierwszy rzut oka to głównie opowieść o rzezi. Ale jest w nim mnóstwo drobiazgów-perełek, jak hipnotyzująca scena "podwójnego" kazania popów do tego samego audytorium, czy postać doskonale pasująca do pasikowskiego "czasy się zmieniają, a pan zawsze w komisjach". Wiele z nich jest dwuznaczna i niedopowiedziana, co robi mocne wrażenie. Nie wiadomo, czy Oleś przychodzi do Mośka i go ratuje, czy wydaje banderowcom.

Wydaje się, że głównym problemem "Wołynia" może być to, ze widz niezorientowany w zawiłościach historii zachodniej Ukrainy, np. paryski zjadacz bagietek, czy nowojorski pochłaniacz hamburgerów, po prostu go nie zrozumie. Smarzowski ma bardzo fajną cechę, że nie wyjaśnia łopatologicznie, a jedynie sugeruje, ufając, że inteligentny widz się domyśli o co chodzi. Tym razem gna tak szybko, że nieprzygotowanemu obserwatorowi umkną rzeczy najfajniejsze. Z drugiej strony, gdyby zrobił film łatwo zrozumiały, może nie byłby tak mocny?

Scena warta uwagi:

"Pieniądze szczęścia nie dają, ale trzeba je mieć" - mówi w pewnym momencie ojciec panny młodej, grany przez Jacka Braciaka, któremu Smarzowski włożył w usta słowa wypowiedziane na zupełnie innym weselu...

wtorek, 18 października 2016

W niedzielę zakończył się 32. Warszawski Festiwal Filmowy. Filmotatnik ponarzekał trochę na zwycięzcę festiwalu, czyli irańską „Malarię”, warto więc wytłumaczyć co, jeśli nie film z Teheranu. Choć w tym roku, żaden z kilkunastu filmów obejrzanych w Multikinie i Kinotece nie spowodował opadnięcia szczęki (a szkoda, choć może to wyjątkowy pech w wyborze), to co najmniej dwa filmy biorące udział w konkursie międzynarodowym chyba na nagrodę zasłużyły bardziej.

Nagradzana turecka rezyserka Yesim Ustaoglu przyjechała do Warszawy z filmem „Światło i cień” („Clair Obscur”/„Tereddut”), który miał premierę na niedawnym festiwalu w Toronto. Koprodukcja turecko-niemiecko-polsko-francuska, historia dwóch Turczynek – psycholożki reprezentującej „zachodni” Stambuł i jej pacjentki wydanej za mąż bez pytania jako nastolatka (rewelacyjna Ecem Uzun) – jest wciągająca i wbrew pozorom tylko zahacza o główny temat nominowanego do Oscara „Mustanga”. Kto spodziewa się prostego kontrastu między „zachodem” a „wschodem”, będzie zaskoczony końcówką filmu, który (bez jego zdradzania) nadaje mu uniwersalne przesłanie, a nie szufladkuje jako film o tym jaka ta Turcja dziwna i jak tam kobietom jest źle. Dodatkowo tytuł należy rozumieć dosłownie, bo to również przepiękne zdjęcia i chyba od czasu „Fortepianu” nikt tak ładnie nie filmował morza.

Równie wciągający był francusko-kanadyjski „Dzieciak” („Le flis de Jean”). To opowieść o trzydziestokilkulatu z Paryża, który nagle dowiaduje się, że ojciec – którego nie znał – był Kanadyjczykiem, właśnie zmarł i zostawił mu w spadku mały obraz. Mathieu jedzie więc do Montrealu na pogrzeb, a przede wszystkim z zamiarem poznania tej części rodziny, o której istnieniu nie miał pojęcia, mimo delikatnego zniechęcania ze strony Pierre'a, przyjaciela jego ojca, który się z nim skontaktował. Bardzo pogodny film, w którym zakończenie nie zaskakuje tylko dlatego, że widz bardzo umiejętnie jest prowadzony do finału i powoli sam odgaduje, dlaczego Mathieu nigdy nie poznał ojca.

Z kolei przez konkurs filmów dokumentalnych przemknęło niezauważone „W zamrożeniu” („Keep Frozen”) islandzkiej reżyserki Huldy Ros Gudnadottir. Jak można zrobić ciekawy film o rozładowywaniu statku? Okazuje się, że można. Bohaterami są dokerzy w porcie w Reykjaviku, którzy w ciągu jednej doby muszą opróżnić statek-chłodnię, który przewozi 20 tys. paczek mrożonej ryby po 25 kg każda. Okazuje się, że piekielnie ciężka praca, która niewiele zmieniłą się od stuleci, do której mało kto się nadaje, a spośród tych którzy się nadają, niewielu wytrzymuje dłużej niż kilka lat, jest (nieprzypadkowo) najlepiej płatną pracą na Islandii. Dla niej młodzi ludzie rzucają szkołę i studia. Co więcej w zajęcie do niedawna zarezerwowane dla Islandczyków, wcisnęła się jeszcze jedna nacja, która żadnej pracy się nie boi. Możecie się domyślić jaka.



18:32, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 października 2016

(Malaria, 2016)

Reżyseria: Parviz Shahbazi

Scenariusz: Parviz Shahbazi

Grają (ci istotni): Saghar Ghanaat, Saed Soheili, Azarakhsh Fahrani

5/10

Zwycięzca tegorocznego Warszawskiego Festiwalu Filmowego nagrodę dostał zdecydowanie na wyrost. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jurorzy nie mieli lepszego pomysłu na zwycięzcę, więc postanowili, bezpiecznie, nagrodzić „coś z Iranu o uciskanych kobietach”. Historia Hanny, która razem z chłopakiem ucieka z domu i w Teheranie poznaje uliczny zespół rockowy (tytułową „Malarię”, zresztą zespół istniejący naprawdę), jest na pewno ciekawa, bo zawsze interesujące jest pokazanie ludzi, którzy całą gębą żyją w XXI w., ale muszą zwracać uwagę na ograniczenia, które są żywcem wzięte z XIX w. Choć przeważnie nienachalnie, to jednak decydują o ich wyborach i kierują ich życiem. Dlatego Iran to generalnie wdzięczny temat dla filmowców, tylko że od pewnego czasu, żaden z nich nie mówi w tym temacie wiele nowego. Shahbazi nie jest wyjątkiem.

Film jest nie tyle przeciętny, co bardzo nierówny. Świetnie weń wplątano ujęcia kręcone smartfonem i gdyby w Warszawie przyznawano nagrodę za zdjęcia, to byłby faworyt. Twórcy sprawnie pokazują mniejsze lub większe absurdy, które są sprowokowane wieloletnimi rządami konserwatystów w Iranie i co chwilę widz ma problem, czy się śmiać, czy jednak powinien poczuć niepokój o losy bohaterów. Być może to niezdecydowanie, czy to film z przymrużeniem oka, czy raczej na poważnie, ma być jego atutem. Filmotatnikowi wybitnie przeszkadzało. Natomiast aktorstwo wybitnie ciągnie „Malarię” w dół. Zatrudniono do niego naturszczyków i to widać. Dialogi mają temperaturę tureckiej telenoweli i gdyby gdzieś zza jakiegoś rogu teherańskiej ulicy wyłoniła się sułtanka Kosem, emocjonalnie doskonale by się w ten film wpasowała.

Scena warta uwagi:

Ponieważ Filmotatnik jest absolutnie zakochany w irańskich górach, bardzo mu się podobały zdjęcia z wyciągu krzesełkowego w Draband.



20:17, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi