wtorek, 22 marca 2016

(Mustang, 2015)

mustangReżyseria: Deniz Gamze Ergüven

Scenariusz: Deniz Gamze Ergüven, Alice Winocour

Grają (te istotne): Güneş Şensoy, Doğa Doğuşlu, Elit İşcan, Tuğba Sunguroğlu, İlayda Akdoğan

7/10

Pięć sióstr, a każda inna, mieszka gdzieś na tureckiej prowincji, "tysiąc kilometrów od Stambułu". Do pewnego momentu ich życie niczym nie różni się od życia najzwyklejszych nastolatek. Nagle znajdują się w rzeczywistości, w której jedynym celem dla nich jest zostać wydaną za mąż (nie "wyjść za mąż", ale właśnie "zostać wydaną"). Ich zdanie liczy się mniej niż szczególnie rozumiany rodzinny honor. A ponieważ, jak już wspomniano, każda jest inna, każda inaczej w tej sytuacji sobie poradzi. Lub nie poradzi.

Filmów o kobietach uciskanych w tradycyjnych, konserwatywnych społecznościach (tu ważna uwaga, to nie islam jest w tym filmie na cenzurowanym, ta historia mogłaby się zdarzyć wszędzie, np. w jakiejś romskiej społeczności w Polsce, albo gdzieś na konserwatywnym środkowym wschodzie USA) jest na pęczki. To co w "Mustangu" przyciąga i co dało temu filmowi wór nagród na festiwalach na całym świecie, jest pod spodem. Wszystko to co siedzi w głowach kobiet w zamknięciu, dla zewnętrznego obserwatora podobnych do siebie jak ze sztancy, siła tradycji która każe ich matkom, ciociom i babciom pilnować ich nie mniej uważnie niż mężczyźni, uderzający kontrast między "tradycyjna" prowincją a "europejskim" Stambułem sto lat po reformach Ataturka. To wszystko sprawia, że film ogląda się jak bajkę o innym świecie, choć z bohaterkami wziętymi z sąsiedztwa. Warto.

Scena warta uwagi

Oczywiście rozmowa Lale z wujkiem o tym czy nie mógłby jej zabrać na mecz (zdaje się Galatasaray przyjeżdżało do Trabzonu). "Ale czy babcia wie, że ostatnio były zamieszki...?"

22:23, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 marca 2016

(Lobster, 2015)

Reżyseria: Iorgos Lanthimos

Scenariusz: Efthymis Filippou, Iorgos Lanthimos

Grają (ci istotni): Colin Farrell, Rachel Weisz, Lea Seydoux, Ariane Labed, Ben Whishaw, John C. Reilly, Angeliki Papoulia

7/10

Iorgos Lanthimos nie jest normalnym zjadaczem chleba, bo ktoś taki nie wymyśliłby i nie pokazał tak sugestywnego w szczegółach świata bez miłości. Nie lubi widza, bo gdyby lubił, to nie męczyłby go co chwila niepokojącymi pytaniami o to, czy nie jesteśmy zbyt mocno podobni do jego bohaterów. Nie lubi też współczesnego świata, bo na każdym kroku obnaża to, co wielu uznaje za jego wyjątkowe osiągnięcie czyli obrzydliwie bezosobowy profesjonalizm, który każdego sprowadza do roli klienta, którego trzeba obsłużyć w wysokim standardzie. Niezależnie od tego, czy chodzi o wypełnienie ankiety z nowo przyjętym do hotelu, czy o znalezienie miłości. Z tych trzech nieładnych cech wychodzi bardzo dobry film, którego największy feler jest taki, że polski dystrybutor, nie wiedzieć dlaczego, nie przetłumaczył tytułu...

Dystopie pojawiają się ostatnio w różnych postaciach w kinie (nowy „Mad Max”, „Snowpiercer”, a częściowo też „Wróg” Denisa Villeneuve'a wg prozy Jose Saramago), o ile jednak zwykle są to szczególne okoliczności zewnętrzne, z którymi muszą zmagać się ludzie, to w filmie Lanthimosa rzeczywistość jest najzwyczajniejsza pod słońcem, a kłopotem są sami ludzie. Grek pokazuje świat, w którym nie ma miejsca dla singli, więc dążenie do znalezienia pary sprowadzone jest do absurdalnej walki o to, by nie zostać zamienionym w zwierzę. Jak w każdej porządnej dystopii widz poznaje też w pewnym momencie ruch oporu, ale myliłby się ten, kto spodziewałby się go w postaci grupy hipisów uprawiającej wolną miłość rano, w południe wieczorem, i w nocy. Ponieważ Lanthimos nie ogranicza się do efektownego pomysłu, ale z uporem śledzi wszystkie jego konsekwencje, nie da się filmu streścić w harlequinowym haśle, że „miłość odróżnia ludzi od zwierząt”, czy czymś podobnym. Rzecz jest wielokrotnie bardziej skomplikowana i im bardziej się w nią wgłębiamy, tym mniej śmieszna, a bardziej straszna. Może rację ma jeden z brytyjskich recenzentów, który napisał, ze w połowie filmu Lanthimosowi kończą się pomysły i trochę traci się obecny na wstępie zachwyt wyobraźnią reżysera, ale i tak jeśli lubicie wychodzić z kina z myślą „mój Boże, ale naprawdę to chyba tak nie jest?” to wam się spodoba.

Scena warta uwagi:

O tym, że w człowieku krąży jednak krew, nie woda i jest to stworzenie, w którym emocje jednak są i wyprać go z nich się nie da, reżyser daje znać w pierwszej scenie filmu. Pozornie niespecjalnie związanej z całą resztą.

P.S. Na plakacie nazwano film „an unconventional love story”. Bardzo unconventional...



niedziela, 28 lutego 2016

Poniżej Filmotatnik nie próbuje wróżyć jak będzie wyglądała noc oscarowa. Wróżyć nie ma co. Dobrze poinformowaniu bukmachery wiedzą jak będzie tym bardziej, że nie ma tu niczego przypadkowego. Jest pewna grupa ludzi, która decyduje, wiadomo jaka i niekoniecznie musi trzymać swoje sympatie trzymać w tajemnicy. Więc nie radziłbym grać na niespodzianki. Filmotatnik jedynie wskazuje, kto według niego na nagrody zasłużył najbardziej.

Najlepszy film

Kto śledzi bloga ten wie, że ze wszystkich ośmiu nominowanych najfajniejszy jest „Spotlight”. Świetnie zagrany, doskonale napisany i z ważnym tematem. Czego chcieć więcej?

 „Big Short”, „Brooklyn”, „Mad Max: Na drodze gniewu”, „Marsjanin”, „Most szpiegów”, „Pokój”, „Spotlight”, „Zjawa”.

Najlepsza reżyseria

Nagroda chyba powinna trafić do Inarritu. Co prawda po raz drugi z rzędu, ale „Zjawa” to mimo wszystko duże osiągnięcie dla kogoś, kto musiał zapanować nad tym, żeby Leonardo nie zginął w pogoni za Oscarem, w dodatku w zimie, w górach, a tam wilki jakieś... i niedźwiedź...

Lenny Abrahamson („Pokój”), Alejandro Gonzalez Inarritu („Zjawa”), Adam McKay („Big Short”), Tom McCarthy („Spotlight”), Artur Miller („Mad Max: Na drodze gniewu”)

Najlepsza pierwszoplanowa rola męska

Z zaznaczeniem, że Filmotatnik nie widział „Trumbo” z Bryanem Cranstonem, to wśród pozostałych Eddie Redmayne ma rolę trudniejszą i bardziej przejmującą niż przed rokiem, gdy za granie Stephena Hawkinga dostał statuetkę. Sorry Leo. Damon i Fassbender nieźli ale nie na nagrodę.

Bryan Cranston („Trumbo”), Matt Damon („Marsjanin”), Leonardo DiCaprio („Zjawa”), Michael Fassbender („Jobs”), Eddie Redmayne („Dziewczyna z portretu”)

Najlepsza pierwszoplaniwa rola żeńska

I znów jedna rola nieobejrzana (Rampling), ale Brie Larson – faworytka bukmacherów – raczej spoza hollywoodzkiego mainstreamu, robi świetne wrażenie. Cate Blanchett zresztą też. Pozostałe role już nie aż takie.

Cate Blanchett („Carol”), Brie Larson („Pokój”), Jennifer Lawrence („Joy”), Charlotte Rampling („45 lat”), Saoirse Ronan („Brooklyn”)

Najlepsza drugoplanowa rola męska

Najmocniej obsadzona kategoria. Tu właściwie każdy mógłby odebrać nagrodę, bo wszystkie role są wyjątkowe. Akurat Filmotatnikowi najbardziej podobał się Mark Ruffalo, który zresztą przed rokiem został kompletnie, a niesłusznie, pominięty za rolę w „Foxcatcherze”.

Christian Bale („Big Short”), Tom Hardy („Zjawa”), Mark Rylance („Most szpiegów”), Mark Ruffalo („Spotlight”), Sylvester Stallone („Creed: Narodziny legendy”)

Najlepsza drugoplanowa rola żeńska

Porywająca jest Alicia Vikander. Również w tej roli.

Kate Winslet („Jobs”), Jennifer Jason Leigh („Nienawistna ósemka”), Rooney Mara („Carol”), Rachel McAdams („Spotlight”), Alicia Vikander („Dziewczyna z portretu”)

Najlepsze scenariusze

„Big Short” wyjątkowo mocno zasłużył na statuetkę, bo zmieszczenie w jednym filmie tylu aspektów kryzysu finansowego, w dodatku objaśnienie tego w miarę strawnie, to mistrzostwo godne nagrody. Drugiego Oscara powinien zgarnąć „Spotlight” za wzorowe połączenie arcyważnego tematu, superciekawych postaci i wciągającego biegania z notatnikiem. Fakt, że „Straight Outta Compton” Filmotatnik nie widział.

Adaptowane: Adam McKay, Mark Randolph („The Big Short”), Nick Hornby („Brooklyn”), Phyllis Nagy („Carol”), Drew Goddard („Marsjanin”), Emma Donoghue („Pokój”). Oraz oryginalne: Matt Charman, Joel i Ethan Coenowie („Most Szpiegów”), Alex Garland („Ex Machina”), Josh Cooley, Ronnie del Carmen, Pete Docter, Meg LeFauve („W głowie się nie mieści”), Tom McCarthy, Josh Singer („Spotlight”), Andrea Berloff, Jonathan Herman, S. Leigh Savidge, Alan Wenkus („Straight Outta Compton”)

Najlepsze zdjęcia

„Zjawa” w tym temacie wymiata. Scena bitwy na samym początku filmu to jedna z najlepszych scen batalistycznych w historii kina.

Ed Lachman („Carol”), Robert Richardson („Nienawistna ósemka”), John Seale („Mad Max: Na drodze gniewu”), Emmanuel Lubezki („Zjawa”), Roger Deakins („Sicario”)

Najlepsza muzyka

Rewelacyjnie, choć bardzo oszczędnie jest ilustrowany muzycznie „Sicario”. Kto był na tym filmie w kinie ten wie, że powinien też bez żadnych „ale” zgarnąć nagrodę za dźwięk.

Thomas Newman („Most szpiegów”), Carter Burwell („Carol”), Ennio Morricone („Nienawistna ósemka”), Johann Johannsson („Sicario”), John Williams („Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy”)

Najlepszy montaż

„Big Short” gna. Trzeba za tym filmem nadążać, ale jeśli ogląda się go uważnie, to się przez niego płynie, mimo stada głównych bohaterów i co najmniej trzech głównych wątków.

„Big Short”, „Mad Max: Na drodze gniewu”, „Zjawa”, „Spotlight”, „Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy”

Najlepsza scenografia

Przepiękna Kopenhaga w latach dwudziestych, zarówno we wnętrzach jak i na zewnątrz, powinna dać Oscara scenografom z „Dziewczyny z portretu”.

„Most szpiegów”, „Dziewczyna z portretu”, „Mad Max: Na drodze gniewu”, „Marsjanin”, „Zjawa”

Najlepsze efekty specjalne

Który z zeszłorocznych filmów robił największe wrażenie wizualne? Nie pędzący przez półtorej godziny „Mad Max”, nie Matt Damon na Marsie, ani nie Gwiezdne wojny. Ale pół Alicii Vikander w „Ex Machinie” zdecydowanie tak.

„Ex Machina”, „Mad Max: Na drodze gniewu”, „Marsjanin”, „Zjawa”, „Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy”

P.S. Na koniec warto zaznaczyć, że choć spośród nominowanych filmów nieanglojęzycznych Filmotatnik widział tylko „Syna Szawła”, to nie wyobraża sobie, żeby w stawce był jakiś lepszy film. A i nam trochę powinno na nim zależeć, bo to film częściowo polskojęzyczny. Choć klimat polityczny nad Wisłą jeszcze nie przetrawił „Idy” to może nie katować go „Synem Szawła”...



18:10, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 lutego 2016

Wszyscy wiedzą, że wśród dwudziestu nominowanych aktorów nie ma nikogo choćby bladoczekoladowego, a Leo czeka na Oscara od miliona lat. A czego nie wiecie?

1. W kategorii "najlepsza aktorka pierwszoplanowa" zdarzyła się taka sytuacja, że zarówno Brie Larson (w filmie "Pokój"), jak i Jennifer Lawrence (w filmie nomen omen "Joy") grają postacie o imieniu Joy. A jakby tego było mało, główna bohaterka rewelacyjnej animacji "W głowie się nie mieści" (nominacje za "najlepszy film animowany" i "scenariusz oryginalny") to "Radość", czyli... "Joy".

2. Zarówno główna bohaterka filmu "Brooklyn" (Saoirse Ronan nominowana za rolę pierwszoplanową), jak i ta z filmu "Carol" (Rooney Mara nominowana za rolę drugoplanową) grają sprzedawczynię w nowojorskim ekskluzywnym domu handlowym w latach 50-tych.

3. Wszyscy wiedzą, że Tom Hardy gra tytułową rolę w aspirującym do najlepszego filmu "Mad Maxie" oraz jest nominowany za drugoplanową w "Zjawie". Niezła skuteczność. Ale czy wiecie, że Domhnall Gleeson zagrał w sumie w ubiegłym roku w czterech filmach i są to "Brooklyn", "Zjawia" ("najlepszy film"), "Ex Machina" ("scenariusz oryginalny") i "Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy" (kategorie techniczne i muzyka).

4. Eddie Redmayne, który w nocy z niedzieli na poniedziałek może odebrać Oscara w kategorii "najlepszy aktor pierwszoplanowy" ("Dziewczyna z portretu"), jest też nominowany w tym roku do "Złotej Maliny" za drugoplanową rolę w "Jupiter: Intronizacja". "Maliny" zostaną rozdane w sobotę.

5. Redmayne ma szansę na "pierwszoplanowego" Oscara. Grająca w "Dziewczynie z portretu" jego żonę Alicia Vikander jest nominowana w kategorii "najlepsza aktorka drugoplanowa". Tylko że, jak wyliczono, w sumie jest na ekranie... dłużej niż Redmayne.

6. Kompozytor John Williams jest nominowany za muzykę do "Gwiezdnych wojen: Przebudzenia mocy". To jego pięćdziesiąta (!) nominacja. Wygrał pięć razy.

7. Wiadomo że Alejandro Gonzalez Inarritu ("Zjawa") może dostać Oscara za reżyserię drugi rok z rzędu, podobnie jak Eddie Redmayne za pierwszoplanową rolę męską. Za to operator "Zjawy", nominowany w tym roku za zdjęcia Emmanuel Lubetzki, rok temu dostał nagrodę w tej kategorii za "Birdmana", a dwa lata temu za "Grawitację". Ale chyba mu się należy, bo wcześniej był nominowany - bez sukcesu - pięciokrotnie ("Mała księżniczka", "Jeździec bez głowy", "Podróż do Nowej Ziemi", "Ludzkie dzieci", "Drzewo życia").

16:36, kubadybalski , pitu pitu
Link Komentarze (1) »
czwartek, 25 lutego 2016

(Brooklyn, 2015)

Reżyseria: John Crowley

Scenariusz: Nick Hornby na podstawie powieści Colma Toibina

Grają (ci istotni): Saoirse Ronan, Domhnall Gleeson, Emory Cohen, Jim Broadbent

7/10

Kto spodziewał się, oglądając zwiastuny, ckliwego romansidła, ten się miło rozczaruje. To nie jest miłosna historia, w której dziewczyna musi wybrać między włosko-nowojorskim hydraulikiem, a irlandzkim właścicielem pubu. To zaskakująco pogodna, trochę śmieszna, trochę chwytająca za serce opowieść o tęsknocie za domem, o rodzinie i o samodzielności w wielu znaczeniach tego słowa. W dodatku napisana przez Nicka Hornby'ego i racząca widza wszystkimi pozytywnymi konsekwencjami tego faktu. Na Oscara to trochę za mało, ale ten film jest lepszy niż można oczekiwać.

Bardzo dobrze ogląda się aktorów. Świetna jest Saoirse Ronan, fajny Domhnall Gleeson, który obstawia chyba połowę filmów, które do czegoś są w tym roku nominowane (poza „Brooklynem” gra w „Zjawie”, „Ex Machina” i w najnowszych „Gwiezdnych wojnach”). Ale film kradnie niejaki James DiGiacomo, pojawiający się w ledwie dwóch scenach najmłodszy brat nowojorskiego chłopaka głównej bohaterki. Wyobraźcie sobie tych wszystkich włoskich mafiosów z filmów z Robertem De Niro, Alem Pacino i Joe Pesci. Tych co to siedzą we włoskiej restauracji, jedzą makaron i są capo di tutti capi. A teraz wyobraźcie sobie ich w wersji ośmiolatkowej i wyjdzie wam grany przez DiGiacomo Frankie Fiorello. Choćby dla niego warto zobaczyć „Brooklyn” (a w ogóle to co ja będę pisał, youtube ze sceną „Spagetti” pod notką). Zresztą dobrze napisanych epizodzików jest tu więcej.

Scena warta uwagi:

Poza wspomnianym dzieciakiem warta uwagi jest scena wigilii zorganizowanej przez księdza Flooda dla biednych brooklyńskich Irlandczyków. Wzruszająca.

P.S. Filmotatnik obejrzał wszystkie osiem filmów nominowanych w najważniejszej kategorii. Bukmacherzy dają Oscara „Zjawie”, a bukmacherzy w przypadku tych nagród rzadko się mylą, to tu w końcu nie ma przypadku i głosują ludzie, i w dodatku wiadomo jacy. Ale dla Filmotatnika bez wątpienia najlepszym filmem w stawce jest „Spotlight”. Wygląda to (z linkami do poprzednich notek) w tym roku tak:

1. „Spotlight”  - 9/10
2. „Big Short” - 8/10
3. „Pokój” - 7/10
4. „Zjawa” – 7/10
5. „Brooklyn” - 7/10
6. „Marsjanin” - 5/10
7. „Most szpiegów” - 5/10
8. „Mad Max: Na drodze gniewu” - 4/10

P.P.S. A tu wspomniany ośmioletni cdtc:

22:52, kubadybalski , romans
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 lutego 2016

(Im Labyrinth des Schweigens, 2014)

Reżyseria: Giulio Ricciarelli

Scenariusz: Giulio Ricciarelli, Elisabeth Bartel

Grają (ci istotni): Alexander Fehling

5/10

Niemiecki kandydat do Oscara nie dostał się do finałowej piątki i nic w tym dziwnego, bo to bardzo zły film. Ale, paradoksalnie, jednocześnie bardzo ciekawy. Zacznijmy jednak od tego pierwszego. Rozgrywająca się na przełomie lat 50-tych i 60-tych historia fikcyjnego młodego prokuratora-idealisty z Frankfurtu, który, trochę przypadkiem zaczyna śledztwo w sprawie zbrodni popełnionych przez żołnierzy w Auschwitz, jest tak toporna i przesycona łopatologią, że od oglądania momentami bolą zęby. Film kończy się procesem, który rzeczywiście miał miejsce (w 1963 r. skazano 17 obozowych strażników, co powszechnie uznaje się za jeden z najważniejszych procesów w historii RFN i zwrot w spojrzeniu Niemców na zbrodnie holokaustu), ale co się przez ten czas widzowie nawzdychają z głównym bohaterem i ile wzniosłych stwierdzeń usłyszą z ekranu, to nikt im nie zwróci. Odtwórca głównej roli z takim samym wyrazem twarzy kocha się ze swoją dziewczyną i przesłuchuje byłych esesmanów. Ponieważ ktoś debiutującego w roli reżysera Ricciarellego przekonał, że dobry film, choćby o historycznym rozliczeniu, musi mieć wątek romantyczny, a główny bohater musi przezwyciężyć jakieś załamanie najlepiej na gruncie prywatno-rodzinnym (po pięciu minutach się zorientujecie, co to będzie), to mamy miszmasz, w którym szereg wątków nie do końca się ze sobą wiąże.

Ale mimo wszystko warto chyba ten film obejrzeć, bo jednak udaje mu się pokazać kontekst w jakim doszło do wspomnianego historycznego procesu. Jest w nim scena, w której przyjaciel pana prokuratora, dziennikarz (to z kolei postać autentyczna) pyta kolejno przechodzące obok niego na schodach osoby „Czy słyszeliście o Auschwitz?”. Wszyscy, dwudziestokilkulatki, a rzecz dzieje się pod koniec lat 50-tych, odpowiadają zupełnie szczerze, że nie wiedzą o co chodzi. Bardziej uderzająca niż zmowa milczenia w pokoleniu 40-50-latków, jest niewiedza w pokoleniu 20-30-latków. A także związane z nią wyparcie, gdy okazuje się, że znajomy rodziców, wujek, a często nawet ojciec, nie byli po prostu żołnierzami, którzy rok po wojnie wrócili z alianckiej niewoli, ale mają ręce unurzane we krwi. Temat jest na tyle ciekawy, że reżyserowi nie udało się go do końca zepsuć. Choć starał się bardzo.

Scena warta uwagi:

Wartościowe momenty są. Wzruszające jest choćby wspomnienie jednego z byłych więźniów o córkach, które zginęły w obozie. A gdy policjanci razem z naszym prokuratorem przychodzą do szkoły aresztować nauczyciela, który selekcjonował więźniów na rampie, a on właśnie, przed lekcją W-Fu, dzieli klasę na dwie drużyny, to dreszczyk przechodzi po plecach.



18:28, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 lutego 2016

(Carol, 2015)

Reżyseria: Todd Haynes

Scenariusz: Phyllis Nagy na podstawie powieści „The Price of Salt” Patricii Highsmith

Grają (te istotne): Cate Blanchett, Rooney Mara

7/10

Tegoroczne oscarowe nominacje można z grubsza podzielić na filmy których tematem jest duch amerykańskości (w różnych wersjach), oraz na nietypowe romanse (mniejszość). „Carol”, ekranizacja powstałej grubo ponad pół wieku temu powieści Patricii Highsmith, to film z tych drugich, ale sporo mówi też o tym pierwszym temacie. W USA to książka ważna, pod wieloma względami odkrywcza, przez wiele lat jedna z najważniejszych dla środowiska LGBT. Co ciekawe Highsmith to pisarka głównie od kryminałów („Nieznajomych z pociągu” sfilmował Hitchcock, stworzona przez nią postać pana Ripleya też kilka razy trafiła na ekran), ale też osoba przyznająca się przez lata do swojej biseksualności. Na podstawie tej książki (początkowo opublikowanej pod pseudonimem) wyszedł zaskakująco kameralny film o miłości pewnej sprzedawczyni ze sklepu z zabawkami i starszej od niej kobiety z wyższych sfer i o wszelkich związanych z tym konsekwencjach jakie mogły je spotkać w pierwszej połowie lat 50-tych w Nowym Jorku. To nie były czasy i nie było to miejsce, w którym za taki romans kończyło się na stosie. Taki film zrobić by było łatwo. Trudniej, ale Haynesowi się to udaje, wciągnąć widza w historię, w której taka miłość niby nie jest zakazana, ale też nie jest akceptowana i właściwie do końca nie wiadomo gdzie jest granica tego co można powiedzieć otwarcie i co główne bohaterki za to spotka. Tu nie chodzi wyłącznie o romans dwóch kobiet, ale też o związaną z tym zdradę (ale też nie do końca), o poczucie odpowiedzialności, bo w końcu ani Carol, ani Therese nie spadają z księżyca, tylko tkwią w rozmaitych relacjach z innymi ludźmi. Wszystko to jest zaskakująco płynnie podane. Scenarzysta Phyllis Nagy wspominał, że początkowo nie wyobrażał sobie przeniesienia tej historii na ekran, bez stale odzywającego się głosu z „offu”, tłumaczącego motywacje głównych bohaterek. Ostatecznie „offu” prawie nie ma.

Aż trudno uwierzyć jak wiele nagród (zasłużenie) zebrał tak skromny film. W Hollywood oczywiście wybuchła burza po tym, gdy nie dostał oscarowej nominacji za najlepszy film (bo, jakbyście nie wiedzieli, w tym roku filmowe Stany Zjednoczone uciskają nie tylko Afroamerykanów, ale też geje i lesbijki), ale poza tym ma szansę na sześć statuetek w tym obie aktorskie i za scenariusz. Rooney Mara za swoją rolę już została nagrodzona w Cannes. Co więcej za przepięknie sfilmowany Nowy Jork lat 50-tych Złotą Żabę na zeszłorocznym Camerimage w Bydgoszczy odebrał operator Edward Lachman, a w konkursie zdjęcia do „Carol” spodobały się jurorom bardziej niż np. zdjęcia do „Syna Szawła” (Brązowa Żaba, Srebrna trafiła do, też pokazywanego właśnie w kinach, filmu „Barany. Islandzka opowieść”). To tylko niektóre powody, by wybrać się do kina. To nie jest film przełomowy, byłby takim gdyby powstał pół wieku temu, ale nie będą to zmarnowane dwie godziny.

Scena warta uwagi:

Śmiesznie wygląda redakcja New York Timesa w latach 50-tych. Jak można było w takich warunkach robić gazetę?

czwartek, 11 lutego 2016

(Spotlight, 2015)

Reżyseria: Tom McCarthy

Scenariusz: Josh Singer, Tom McCarthy

Grają (ci istotni): Michael Keaton, Mark Ruffalo, Rachel McAdams, Liev Schreiber, Stanley Tucci, Billy Crudup

9/10

Film świetny zarówno jeśli chodzi o generalia, jak i o szczegóły. To przede wszystkim wzorowa lekcja dziennikarstwa śledczego, czyli zajęcia żmudnego, wyczerpującego psychicznie, w którym sukcesowi można pomóc głównie uporem, a jest on uzależniony często od przypadku. Jedna z zapadających w pamięć scen w filmie to ta w biurze naczelnego, tuż przed opublikowaniem pierwszego tekstu o systemie zamiatania pod dywan pedofilskich przestępstw w bostońskim Kościele. Wielkiej euforii po wielomiesięcznym śledztwie nie ma m.in. dlatego, że wszyscy obecni zdają sobie sprawę, że temat... powinien zostać opisany dekadę wcześniej. Historia jest opowiedziana najprościej jak się da. Nie liczcie na poboczne wątki o piciu jednego z głównych bohaterów, zdradzie innego, czy romansie kolejnych. To film o pracy. Jedynymi fajerwerkami są role, bo każdy z aktorów w inny sposób wymyślił swoją postać i każdy przykuwa uwagę. Mark Ruffalo i Rachel McAdams zyskali dzięki temu oscarowe nominacje, choć na dobrą sprawę można by było za ten film przyznać spokojnie z pięć. Tak dobrego zestawu (Amerykanie mówią na to „ensemble cast”) nie widziałem od „Bardzo poszukiwanego człowieka”.

Drobiazgi z kolei sprawiają, że przez „Spotlight” się płynie bez momentu zawahania, czy przypadkiem nie ma tam fałszu. Główni bohaterowie nawet między sobą – takie skrzywienie zawodowe - rozmawiają jak dziennikarze (pytanie-odpowiedź to rozmowa choćby Sachy i Michaela, Baron na pierwszym spotkaniu z Robbym nawet wyciąga notatnik). Cały czas ma się poczucie, że prawie nikt – czy to dziennikarze, czy szefowie – nie pozbywa się wątpliwości, czy przedsięwzięcie się uda, czy czekać, z kim porozmawiać, kogo się skrzywdzi. Bardzo podobała mi się scena w której Sacha przynosi babci gazetę z artykułem. Film pozwala poczuć atmosferę tamtego Bostonu. Z każdą minutą widz coraz lepiej rozumie jak odkrywany przez Spotlight system mógł działać przez dziesieciolecia i że tematem skandalu nie jest seks czy homoseksualizm, ale właśnie nieformalna władza, dzięki której ksiądz nie tyle był w stanie przekonać/przekupić/zastraszyć policjanta czy sędziego, ale w ogóle nie stawał przed sądem. Każdego z dziennikarzy, co też nienatrętnie ale efektownie zasugerowano, cała badana sprawa bezpośrednio dotyczy. Wyjątek to naczelny Marty Baron – nieżonaty Żyd, w dodatku nieinteresujący się baseballem. Nie trzeba dodawać że przyjezdny, nie z Bostonu.

Podczas niedawnego festiwalu Watch Docs w Warszawie jednym z najlepszych pokazywanych tam dokumentów był „Atakując diabła: Harold Evans i ostatnia nazistowska zbrodnia wojenna” - film o trwającym całe lata dziennikarskim śledztwie „Sunday Timesa” dotyczącym taliomidu, leku uspokajającego, który szkodził kobietom i dzieciom, z którymi były w ciąży. Zgodnie ze współgolądającym stwierdziliśmy, że to film, który obowiązkowo powinni oglądać studenci dziennikarstwa. „Spotlight” też by mogli.

Scena warta uwagi:

Mnóstwo. Mi najbardziej podobała się ta w gabinecie Marty'ego Barona wspomniana na początku notki

P.S. W oscarowym rankingu Filmotatnik obejrzał już prawie wszystkie filmy i „Spotlight” - film ważny i błyskotliwie zrealizowany – zdecydowanie zasługuje na nagrodę.

1. „Spotlight”  - 9/10
2. „Big Short” - 8/10
3. „Pokój” - 7/10
4. „Zjawa” – 7/10
5. „Marsjanin” - 5/10
6. „Most szpiegów” - 5/10
7. „Mad Max: Na drodze gniewu” - 4/10

Do ocenienia: „Brooklyn”

sobota, 06 lutego 2016

(Room, 2015)

Reżyseria: Lenny Abrahamson

Scenariusz: Emma Donoghue na podstawie własnej powieści

Grają (ci istotni): Brie Larson, Jacob Tremblay, Joan Allen, William H. Macy

7/10

To wyjątkowo sugestywnie opowiedziana historia Joy i jej syna Jacka, którzy są więzieni w szopie. Joy zostałą porwana jako 17-latka. Pięcioletni Jack spędził w tytułowym pokoju całe życie. To nie jest jednak film kryminalny ani horror, ale raczej opowieść o granicach świata. Świat jest wielki, tylko że ta wielkość jest względna. Początkowo ogranicza się do kwadratu trzy na trzy metry. Fascynujące jest oglądanie go oczami chłopca, który jednocześnie o nim opowiada. Mamy przed oczami wiernie oddany punkt widzenia, w który samemu właściwie trudno byłoby się wczuć. Wydawałoby się, że w kolejnych wariacjach historii Josepha Fritzla, choć zawsze wstrząsających, nie da się opowiedzieć nic nowego. Tutaj się udało.

Filmem zachwycili się amerykańscy krytycy. Wcześniej dostał nagrodę publiczności na festiwalu w Toronto, a potem nagrodzili go widzowie w Warszawie (Filmotatnik rzecz jasna ten film pominął, oglądając podczas WFF jakieś głupoty, klasyka). Teraz czeka na Oscary w czterech kategoriach, w tym za najlepszy film. Ale najistotniejsze w nim są dwie role. Jacob Tremblay (w rzeczywistości ma dziewięć lat) najprawdopodobniej urodził się, by grać. Gdyby Abrahamson nie znalazł tak świetnego odtwórcy tej roli, film by się po prostu nie udał. Grająca Joy Brie Larson już zgarnęła Złotego Globa i jest oscarową faworytką (może i słusznie), ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pominięcie Trembleya w nominacjach jest jednak błędem.

Scena warta uwagi:

Są dwie, obie wybitnie zagrane przez małego Trembleya. Pierwsza, kluczowa dla całego filmu, gdy Joy tłumaczy mu, że poza pokojem coś jednak jest (to popis obojga). Druga, gdy Jack rozmawia w radiowozie z policjantką.

P.S. Nie wiem czy kiedyś się tak zdarzyło. Ale w tym roku do Oscara za pierwszoplanową rolę nominowane są dwie aktorki grające postać o imieniu Joy.

P.P.S. Filmotatnik zawsze chętnie zwraca uwagę na świetne plakaty. Ten jest świetny.

P.P.P.S. „Pokój” to film wybitnie zagrany, ale sam w sobie raczej bardzo dobry i chyba nic ponadto. W otoczeniu tegorocznej mizerii plasuje się rzecz jasna dość wysoko, ale nie wyżej niż „Big Short”. Poniżej ranking na teraz z linkami do poprzednich notek.

1. „Big Short” - 8/10
2. „Pokój”  - 7/10
3. „Zjawa” – 7/10
4. „Marsjanin” - 5/10
5. „Most szpiegów” - 5/10
6. „Mad Max: Na drodze gniewu” - 4/10

Do ocenienia: „Spotlight”, „Brooklyn”

22:36, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 lutego 2016

(The Revenant, 2015)

Reżyseria: Alejandro Gonzalez Inarritu

Scenariusz: Mark L. Smith, Alejandro Gonzalez Inarritu na podstawie "The Revenant" Michaela Punke

Grają (ci istotni): Leonardo DiCaprio, Tom Hardy, Domhnall Gleeson

7/10

Być może Leonardo DiCaprio uznał, że jeśli nie dostał Oscara za taki popis aktorski, jakim było zczołgiwanie się ze schodów w „Wilku z Wall Street” (a to było zczołgiwanie się wybitne), to musi to po prostu zrobić bardziej. I poszedł na całość. Jako amerykański traper z początków XIX w., którego towarzysze zostawili na pewną śmierć, czołga się właściwie przez cały film. A jeśli dodać do tego całą resztę tego co robi na ekranie, jakie cierpi katusze, jak bardzo jest poharatany, ile razy chcą go zastrzelić/zadźgać/udusić, ile razy się topi, ile razy skądś spada, co musi jeść, co jego chce zjeść i w jakich warunkach to się dzieje (Mark Kermode w recenzji dla „Observera” napisał że „Nienawistna ósemka” to przy tym letnie wakacje) to jest to taki wyczyn fizyczny dla aktora, że brakuje właściwie tylko sceny łóżkowej. Co prawda trochę się tarmoszą z niedźwiedziem, ale to jednak nie to samo. Tyle że w sferze emocjonalnej, cóż... Ma rolę niezbyt wymagającą. Idzie, idzie, idzie i idzie (dwie i pół godziny, z przerwami na czołganie) żeby się zemścić i na końcu się mści. Na wyżyny aktorstwa wznosi się więc wyłącznie mściwie charcząc. Żebym był dobrze zrozumiany, to nie jest zła rola. I chyba wszyscy na świecie już wiedzą, że to właśnie on dostanie Oscara pod koniec lutego. Ale jeżeli wśród konkurentów ma Eddie'go Redmayne'a grającego malarza-transseksualistę w „Dziewczynie z portretu” to zwyczajnie nie powinien.

Sam film rozczarowuje, bo po Inarritu i zeszłorocznym genialnym „Birdmanie” spodziewałem się czegoś równie fenomenalnego, tymczasem to film dobry i tyle. Nie jest rzecz jasna tak, że w „Zjawie” nie ma elementów wybitnych. Zdjęcia Emmanuel Lubezkiego to poezja, a jedna z pierwszych sekwencji w filmie, w której Indianie napadają na obóz traperów, to jedna z najlepszych scen batalistycznych w historii kina. W tym wypadku Oscar to obowiązek Akademii. Na ekranie widać że zima, śnieg, mróz i wiatr nie są po prostu ładnie dobraną scenografią, ale czymś co dało w kość i aktorom i ekipie. Aktorskie otoczenie DiCaprio, szczególnie Tom Hardy, spisuje się wzorowo. Tyle że to film prosty, jak konstrukcja cepa (prawie go zabili, więc się mści), w którym retrospekcje głównego bohatera raczej szkodzą całości, niż jej pomagają, w dodatku z kiczowatą ostatnią sceną. Inarritu robił lepsze filmy, DiCaprio miał fajniejsze role, najbardziej przekonujący jest niedźwiedź.

Scena warta uwagi:

Inarritu paradoksalnie skromnie korzystał z animacji cyfrowej. Zdjęcia powstały w naturalnych krajobrazach Kanady i Argentyny, przy naturalnym świetle. Komputerowe są zwierzęta. I tu mamy dwie skrajności. Scena z niedźwiedziem bardzo mi się spodobała, za to w tej z bizonami komputer wyraźnie odtwarzał co chwilę tego samego, przebiegającego przez środek ekranu. Drobiazg, ale irytujący.

P.S. W oscarowym rankingu niewiele się zmienia. "Zjawa" jest dobra, efektowna. Ale Oscar? Wolne żarty... Poniżej ranking na dziś z linkami do poprzednich notek. Na ten moment wciąż jedynym filmem któremu można być dać statuetkę jest "Big Short".


1. „Big Short” - 8/10
2. „Zjawa” – 7/10
3. „Marsjanin” - 5/10
4. „Most szpiegów” - 5/10
5. „Mad Max: Na drodze gniewu” - 4/10

Do ocenienia: „Spotlight”, „Brooklyn”, „Room”

Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi