sensacyjny

środa, 18 stycznia 2017

(Konwój, 2016)

Reżyseria: Maciej Żak

Scenariusz: Maciej Żak

Grają (ci istotni): Janusz Gajos, Robert Więckiewicz, Łukasz Simlat, Ireneusz Czop, Przemysław Bluszcz

6/10

Po seansie ma się nadzieję, że jednak polskie służby mundurowe mają nieco mocniejszy kręgosłup moralny, bo jeśli jest tak, jak w filmie Żaka, to trochę strach. „Konwój” to krwiste kino gatunkowe, za oceanem zresztą kręcone dość regularnie, w którym grupa bandziorów podejmuje jakieś wspólne przedsięwzięcie. A ponieważ są ludźmi uwikłanymi w rozmaite ciemne sprawki, a wśród nich też zawsze zaplącze się jeden uczciwy, w pewnym momencie zaczynają się tłuc między sobą. W tym wypadku mamy przypadek więźnia, który ma zostać przewieziony przez pół Polski, ale różnym osobom zależy, żeby do miejsca przeznaczenia nie dojechał.

Wielkiej filozofii czy artyzmu w „Konwoju” nie ma. Nie dostał żadnej nagrody i nie był na żadnym festiwalu. Są klasyczne klisze filmowych thrillerów. Jest też jednak bardzo porządny warsztat, który sprawia, że film ogląda się spokojnie i z zadowoleniem. Historia rozwija się tak jak trzeba, tajemnice zasygnalizowane na początku, odsłaniają się powoli z biegiem filmu, a na końcu jest kilka niespodziewanych rozstrzygnięć. Postacie są wyraziste. Więckiewicz rolę nawalonego, przetrąconego przez życie frustrata przećwiczył już w „Pod Mocnym Aniołem”, a Gajos w rolę cynicznego człowieka u władzy wdrażał się w „Układzie zamkniętym”, czy dużo wcześniej w „Psach”. Zdjęcia są dynamiczne gdy takie mają być, a muzyka dudniąca, gdy trzeba dudnić. Wielkie kino to nie jest, ale bardzo solidne.

Scena warta uwagi:

Jest scena – oszczędzę szczegółów – gdy się wzdrygnąłem. To scena podobna do sytuacji w czasie meczu piłkarskiego, gdy piłkarz dozna krótkotrwałej, ale bardzo bolesnej i nieszczęśliwej kontuzji. Jakby co, to ostrzegałem.

sobota, 15 października 2016

(Chouf, 2016)

Reżyseria: Karim Dridi

Scenariusz: Karim Dridi

Grają (ci istotni): Sofian Khammes, Foued Nabba

5/10

Ten film ma wszystko, żeby francuskie dzieciaki, bawiły się na podwórku w gang, a aktorzy stali się idolami nastolatek. Tak to jest z filmami gangsterskimi, a pokazywany właśnie na Warszawskim Festiwalu Filmowym "Chouf" to najklasyczniejszy z klasycznych tego rodzaju. Jest brutalny i prawdziwy. Dzieje się na marsylskim osiedlu, gangsterzy to właściwie dzieciaki, mówią z takim akcentem jak trzeba. Ma się wrażenie, że wojny haszyszowych gangów ogłada się od środka, w dodatku słuchając francuskiego rapu. W klimacie to film zbliżony do rewelacyjnego "Miasta Boga" Fernando Meirelesa i Katii Lund. Ale jeśli lubicie "Chłopców z ferajny", "Infiltrację" i "Psy" to ten film się wam spodoba.

Ale jeśli nie lubicie, to od razu dostrzeżecie scenariuszową mieliznę. Francuzi zrobili film schematyczny, wokół haseł bohater-gang-zdrada-narkotyki-dziewczyna. Kto zdradził, można się domyślić w połowie filmu. Zakończenie wydaje się oczywiste, w tym sensie, ze nie musiało się tak skończyć, ale tak kończą się zwykle tego rodzaju historie. To niestety powoduje, że "Chouf" ogłada się przyjemnie, ale film nie wciąga. Miał premierę na festiwalu w Cannes i chyba trochę na wyrost.

Scena warta uwagi:

Wszystkie ujęcia marsylskiego osiedla są niesamowicie malownicze. Osobnym bohaterem jest miejsce, w którym dzieje się cała historia, w które wrośnięci są bohaterowie. Temu głównemu wydawało się, że nie, ale okazuje się, że on też.

13:07, kubadybalski , sensacyjny
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 sierpnia 2016

(Jason Bourne, 2016)

Reżyseria: Paul Greengrass

Scenariusz: Paul Greengrass, Christopher Rousse

Grają (ci istotni): Matt Damon, Tommy Lee Jones, Alicia Vikander, Vincent Cassel, Julia Stiles, Riz Ahmed

5/10

Prawie półtorej dekady temu Matta Damona obsadzono w głównej roli w filmie, który zapoczątkował najlepszą serię filmów sensacyjnych w historii kina (lepszą niż ta o Bondzie, Jamesie Bondzie). „Tożsamość Bourne'a”, choć brzmi to jak bluźnierstwo i na dobrą sprawę nie umiem podać innego przykładu, była lepsza niż literacki, nieco nudny, pierwowzór. Reżyser Doug Liman, ani wcześniej ani później nie doskoczył swoimi filmami do tego poziomu. Paul Greengrass, który wyreżyserował dwie kolejne części, coraz mniej związane z powieściami Roberta Ludluma, utrzymał ten klimat. Bourne bił każdego, przeważnie gołymi pięściami, ale zwykle bez bondowskich atrakcji. To prostota była w tych filmach efektowna. Zagubiony bohater, budził sympatię choć był maszyną do zabijania. Na swojej drodze spotykał fajnie napisane i zagrane postaci, które się bały, miały wątpliwości i przejawiały szereg ludzkich odruchów, rzadko spotykanych w innych filmach tego gatunku. Choć cały główny wątek serii jest nie mniej wzięty z sufitu, co ten z Bonda, nie raził fałszem. Nawet „Dziedzictwo Bourne'a” okazało się bardzo porządnym filmem, choć na pierwszy rzut oka było skazane na porażkę – bez Damona, kompletnie oderwane od literackiej serii. Ale za kamerą stanął Tony Gilroy, który po pierwsze napisał scenariusze do poprzednich części, a po drugie Tony Gilroy to Tony Gilroy.

Teraz Gilroya zabrakło. Choć wrócił Damon i Greengrass, to widać od razu kogo brakuje, bo nowy „Bourne” jest pozbawiony prawie wszystkiego, co odróżniało poprzednie filmy od sensacyjnej sieczki. Owszem, to wciąż bardzo efektowne kino. Reżyser umie zrobić fajerwerki, niestety nie widzi, kiedy dach zaczyna płonąć. O ile jeszcze rozbudowana scena w Atenach ma klimat z poprzednich filmów, to już w tej w Las Vegas autorom puściły wszelkie hamulce. Skoro wiadomo już ze zwiastunu, że Bourne potrafi znokautować jakiegoś osiłka jednym pacnięciem, to dlaczego Damon z Vincentem Casselem napieprzają się przez pięć minut (i oczywiście raz jeden umiera, raz drugi)? Dla obsługi kolejnych scen sensacyjnych wymyślono ckliwą, teoretycznie niezwykle zaskakującą, przeszłość głównego bohatera i skutecznie wyrzucono do rynsztoka całą aurę tajemnicy utrzymywaną przez poprzednie filmy. Wreszcie całkiem fajna, złożona z porządnych nazwisk obsada, właściwie bez wyjątku gra poniżej możliwości. Alicia Vikander, Tommy Lee Jones i Cassel mają jedną minę przez cały film, Damon ma ze dwie. Ani nikt się nie boi, ani nikt nad niczym nie traci kontroli, ani nawet nikt się nie uśmiecha, co w połączeniu z poprzednimi zarzutami sprawia, że w głównej roli z powodzeniem można było obsadzić Stevena Segala. Odnalazłby się w tym filmie.

Scena warta uwagi:

Jedyna fajna rola przypadła Rizowi Ahmedowi. To brytyjski raper i bardzo porządny aktor, który debiutował przed dekadą w „Drodze do Guantanamo” Michaela Winterbottoma, i który z racji aparycji przeważnie gra terrorystów, a jeśli nie Arabów, albo Persów to Hindusów. Tutaj gra wzorowanego na Marku Zuckerbergu szefa globalnego serwisu społecznościowego i scena, w której prezentuje publiczności swój produkt, to najlepiej zagrana scena w filmie.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

(Blackhat, 2015)

Reżyseria: Michael Mann

Scenariusz: Morgan Davis Foehl, Michael Mann

Grają (ci istotni): Chris Hemsworth, Viola Davis

5/10

Ci, którzy lubią filmy Michaela Manna (a Filmotatnik zalicza się do jego niereformowalnych, bezkrytycznych wyznawców) znajdą w „Hakerze” wszystko to co sprawia, że jest reżyserem nie do podrobienia. Zdjęcia kręcone kamerą cyfrową, zamiłowanie do filmowania miasta w nocy dużo częściej, niż wynikałoby to z fabularnej konieczności, bezbłędnie dobrane role drugoplanowe i epizody, szczególnie jeśli chodzi o czarne charaktery, klimatyczną muzykę, leniwie rozwijającą się historię prowadzącą do efektownego końca, moralne dylematy sprowadzające się zawsze do ostatecznego pytania - obowiązek, czy kobieta – z oczywistym, ostatecznym wyborem. No i najlepsze (najlepsze!) strzelaniny jakie w historii kina zaprezentowano widzom. W „Hakerze” co najmniej dwie, w Hong Kongu i Dżakarcie, są równie dobre, jak te z poprzednich filmów Manna.

Mimo tego nie ma co się dziwić, że film odniósł w zeszłym roku spektakularną finansową klapę, jak żaden z poprzednich jego filmów (fakt, że może sobie na to pozwolić, bo przeważnie to co nakręci kosztuje dużo, ale zarabia jeszcze więcej). Mann wyraźnie nienajlepiej czuje się w klimatach komputerowych i wśród cyberterrorystów. Gdy w „Miami Vice” chodziło o przemyt narkotyków, film był pełen emocji w każdej scenie. Ale trudno wywołać napięcie gdy bohater gapi się w ekran komputera, nawet jeśli jest Chrisem Hemsworthem i tłumaczy, że właśnie się włamał do komputera NSA. Gdyby nie sceny akcji, kończyłoby się przysypianiem.Z filmami Manna jest generalnie tak, że z każdym kolejnym obejrzeniem, film wydaje się fajniejszy. To naprawdę niezwykły efekt, przetestowany przez Filmotatnik na różnych tytułach. Niestety „Haker” obejrzany po raz drugi jest równie miałki, jak za pierwszym razem. Tak więc dla wyznawców. Reszta może sobie darować.

Scena warta uwagi:

Z dwóch wspomnianych scen strzelanin fajniejsza jest chyba ta w Dżakarcie, bo dzieje się w nocy. Mistrz.

czwartek, 24 marca 2016

(Triple 9, 2016)

Reżyseria: John Hillcoat

Scenariusz: Matt Cook

Grają (ci istotni): Chiwetel Ejiofor, Casey Affleck, Kate Winslet, Woody Harrelson, Anthony Mackie

4/10

Trzy dziewiątki (nawiasem mówiąc kolejny, bezsensownie przetłumaczony na polski, fajny angielski tytuł) to kod, którym policjanci w Altancie informują przez radio, że ich kolega został zastrzelony. Wokół tego osnuta jest intryga, w której grupa bandziorów dokonuje napadu na polecenie rosyjskiej mafii. To całkiem dobry pomysł na film sensacyjny. No chyba, że trafi się na ekipę, której wydaje się, że wystarczy trochę postrzelać, porzucać mięsem, wsadzić do filmu ruskich gangsterów i kazać im kilka razy cokolwiek mówić po rosyjsku, a także męczyć ucho widza głośnymi basami w co drugiej scenie i wyjdzie coś na kształt drugiej „Gorączki”. Niestety. O ile w „Psach mafii” całkiem znośnie wychodzą sceny walki, to gdy aktorów nie zagłuszają strzelaniny, jest dużo gorzej.

Sama historia jest kompletnie niewiarygodna, bo opiera się na policjantach, którzy rano napadają na banki i po południu zakładają odznakę i idą na komisariat (nie naciągam, naprawdę), oraz na przedziwnym rosyjsko-żydowsko-czarnoskórym mezaliansie. Gangsterzy niby tworzą świetnie zgraną ekipę, ale jednocześnie się nie lubią i właściwie nawet dobrze nie znają. Z kolei po stronie policyjnej śledztwo właściwie nie do końca wiadomo dlaczego posuwa się do przodu. Opiera się tylko na pewnej chińskiej policjantce, która wiedzę kto z kim trzyma, kto strzelał i kogo aresztować, czerpie z laptopa. Porucznik, gdy utknie, to do niej dzwoni. Nie pomagają aktorzy. Oczywiście wiadomo, że Casey Affleck (którego zresztą nawet lubię) od dwóch dekad ma ten sam wyraz twarzy i choć trudno w to uwierzyć, jest chyba bardziej „drewnianym” aktorem niż jego własny brat. Ale Kate Winslet i Chiwetel Ejiofor raczej nie powinni się w CV chwalić tym filmem. Nie żeby od oglądania ich bolały zęby, ale mogą to po prostu pominąć. Tak jak widz może pominąć ten film.

Scena warta uwagi:

Tylko na początku, podczas napadu na bank, można mieć nadzieję, że będzie to sensacja przynajmniej zbliżona poziomem choćby do „Miasta złodziei”, albo wspomnianej wcześniej rewelacyjnej „Gorączki”. Ale potem zaczyna się intryga.

środa, 11 listopada 2015

(Spectre, 2015)

Reżyseria: Sam Mendes

Scenariusz: John Logan, Neal Purvis, Robert Wade, Jez Butterworth

Grają (ci istotni): Daniel Craig, Christoph Waltz, Lea Seydoux, Ralph Fiennes, Ben Whishaw, Monica Belucci

2/10

Gigantyczna porażka. W porównaniu z poprzednimi „bondami” to film o klasę, albo o dwie klasy gorszy. W każdym elemencie. Pierwsza scena – w Meksyku – jest efektowna, ale nie jakoś tam szczególnie wymyślna. Potem jest gorzej. Piosenka z czołówki mogłaby co najwyżej buty czyścić tej, którą w „Skyfall” śpiewała Adele. Miejsca na świecie, które odwiedza Bond, zawsze robiły olbrzymie wrażenie (wyspa Hashima w „Skyfall”!). Tym razem – Rzym, austriackie góry, jakaś pustynia, dużo Londynu - nie zainteresowałyby żadnego średnio rozgarniętego backpackersa. Najbardziej wymyślny gadżet jaki Q przygotował dla swojego najlepszego agenta to wybuchający zegarek. Ucieczka z głównej siedziby czarnego charakteru zajmuje dziesięć sekund (gdzie te stare „bondy”, w których wszystko się waliło, paliło, zalewało wodą i wybuchało przez pół godziny, Bond rozstrzeliwał armię wrogów, ratował dziewczynę i rozbrajał ładunek nuklearny w tym samym czasie?). Film jest pełen nielogiczności. Nie chodzi mi o takie klasyczne, że 007 zabija pół świata, bo to w końcu film o Bondzie, ale takie najzwyklejsze bzdury, które biją w oczy (scena tortur poprzedzająca wspomnianą ucieczkę jest bezsensowna – o co tam chodzi?).

Poprzednie „bondy” z Danielem Craigiem musiały jakoś tchnąć życie w ciągnięty przez dziesięciolecia wątek brytyjskiego agenta z licencją na zabijanie, który już dawno powinien się widzom znudzić. I to się udało, bo po prostu robiono efektowne, ale przede wszystkim ciekawe filmy. Tam były pomysły, których tutaj nie ma za grosz. Zachowując konwencję, jednocześnie się z nią bawiono, trochę naginano. Bond stał się ciekawy jako osoba, a Craig dał tej postaci cechy jakich wcześniej nie miała – trochę brutalności, trochę melancholii – i widzowie to kupili. Ja kupiłem. W „Spectre” tego nie ma. Dialogi są tak drewniane, że bolą zęby. Bond, który zawsze był przykładem stonowanego, brytyjskiego humoru, tym razem bije się o tytuł „króla sucharów”. Scenariusz momentami staje się karykaturą bondowskiej serii. Jego jakość sugerowałaby obsadzenie w głównej roli raczej Dolpha Lundgrena, albo Michaela Dudikoffa. Bliżej mu do „Komando Foki 2”, a nie do wspomnianego „Skyfall”. A sam Craig – tak na dokładkę - niestety się zestarzał i to widać.

Pewnie i tak na ten film pójdziecie, ale gdybym miał radzić, to nie idźcie, bo nie warto. „Casino Royale”, „Skyfall”, nawet „Quantum of Solace” to „bondy”, które się pamięta. „Spectre” mogłoby nie być, serii by to nie zaszkodziło.

Scena warta uwagi:

Scena tortur, której najzwyczajniej w świecie nie rozumiem. Po co wierci, jeśli nic z tego nie wynika? Po co siedzi tam dr Swann, a jeśli już siedzi, to dlaczego potem jak niby nigdy nic wstaje i się przechadza? Dokąd uciekają? O co chodzi?

czwartek, 29 października 2015

(Ostatni kurs, 1963)

Reżyseria: Jan Batory

Scenariusz: Joe Alex na podstawie własnego kryminału „Śmierć i Kowalski” podpisanego jako Kazimierz Kwaśniewski, przy czym to wszystko pseudonimy Macieja Słomczyńskiego

Grają (ci istotni): Stanisław Mikulski, Barbara Brylska, Emil Karewicz, Ryszard Pietruski

7/10

Wybitny film edukacyjny o tym, dlaczego nie należy emigrować do Szwecji, dlaczego nie należy zawierać znajomości w barach na wybrzeżu, dlaczego nie należy ufać piosenkarkom i jak niebezpieczne bywa Orłowo w deszczu. Poza tym mamy tu wszystko, za co kocha się historie milicyjne (Milicja Obywatelska była profesjonalnym konsultantem merytorycznym filmu, co widać np. w scenie oględzin miejsca zbrodni – wszyscy w rękawiczkach), czyli jest: prawy obywatel-amant, ale wierny, inteligentny komisarz milicji starszej daty, zawsze w mundurze, który suflując dobre rady posuwa śledztwo do przodu, oficer śledczy o ciętym dowcipie (nigdy w mundurze), na pewno z przeszłością, ale o tym cicho sza, oraz rzecz jasna femme fatale w najlepszym gatunku jaki tylko Polska gomułkowska mogła wydać. No i jest banda opryszków. Bez bandy opryszków film jest nieważny.

Jan Batory (który nawiasem mówiąc w historii polskiej kinematografii wsławił się odkryciem dwóch istotnych talentów, bo w swoim poprzednim, zrealizowanym rok wcześniej, filmie – do którego też napisał scenariusz – zatrudnił w głównych rolach pewnych bliźniaków; co prawda nie okazali się talentami aktorskimi, ale potem jeden został prezydentem, a drugi Naczelnikiem Państwa) chciał zrobić film sensacyjny w stylu angielskim, nieco groźny, nieco z przymrużeniem oka. Efekt jest udany. Choć to nie jest kino, które przetrwało upływ czasu (chociaż remake chętnie bym obejrzał), to historia jest wciągająca i wartka. Duża w tym zasługa scenarzysty, bo Batory nie zmienił wiele z książkowego pierwowzoru, choć nie mogę mu darować zmiany imienia narzeczonej głównego bohatera, którą w filmie jest Marysia, a w książce – Marlena. Nie wiem dlaczego, ale mam słabość do imienia Marlena. W każdym razie polecam, jeśli macie ochotę na kryminał sprzed pół wieku. W niczym nie ustępuje amerykańskim.

Scena warta uwagi:

- Pan to chyba nie jest z milicji... - Dlaczego? - Bo oni chyba są grzeczniejsi. - Bo ja jestem nietypowy...



23:19, kubadybalski , sensacyjny
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 października 2015

(Sicario, 2015)

Reżyseria: Denis Villeneuve

Scenariusz: Taylor Sheridan

Grają (ci istotni): Emily Blunt, Benicio Del Toro, Josh Brolin

7/10

W natłoku promocji efektownych filmów, czyli między „Everestem” a „Marsjaninem”, nowy film Denisa Villeneuve'a mógł nieco umknąć. Ale jeśli recenzenci w entuzjastycznych opisach rozdają aktorom z tego filmu oscarowe nominacje, to warto się mu przyjrzeć. Tym bardziej, że Villeneuve to reżyser świetnego, zeszłorocznego „Wroga” z podwójną rolą Jake'a Gyllenhaala. Jeśli z tamtego filmu pamiętacie – tak jak ja – rewelacyjne ujęcia Toronto z lotu ptaka i przytłumioną, niepokojącą muzykę, to „Sicario” się wam spodoba. Jeśli chodzi o obraz (zdjęcia są autorstwa ulubionego operatora braci Cohen Rogera Deakinsa, który co ciekawe był do Oscara nominowany... 12 razy i ani razu nie wygrał) i dźwięk to miałem wrażenie, że oglądam najlepsze sceny z „Helikoptera w ogniu” przemieszane z najlepszymi z „Wroga nr 1” (nie przesadzam). Jeśli w dodatku lubicie tematy narkotykowe z granicy amerykańsko-meksykańskiej. „Traffic” oglądaliście sto razy, a dialogi z takich seriali jak „Breaking Bad” czy „Detektyw” możecie cytować obudzeni w środku nocy, to się w tym filmie zakochacie.

„Sicario” jest bardzo brutalny, wciągająco brutalny. Często bardziej brutalny przez to czego reżyser postanowił nie pokazać, niż przez epatowanie krwią, której i tak jest sporo. Oscary dla trójki odtwórców głównych ról byłby może przesadą, ale nie zaskoczeniem, bo szczególnie Benicio Del Toro gra hipnotyzująco. Pojedyncze sceny są przemyślane w najdrobniejszych szczegółach. Ciekawe są relacje między doświadczoną agentką FBI, która trafia w środowisko, w którym do statusu żółtodzioba wiele jej brakuje, działającym na granicy prawa agentem wywiadu i tajemniczym Kolumbijczykiem. Dzieli ich wszystko a łączy cel, niewiele o nich wiadomo. Problem z tym, świetnym w szczegółach, filmem, polega tylko na tym, że... generalnie fabuła jest dość banalna. Pasuje raczej do kina klasy B. To absolutnie klasyczna historia o tym, że między USA a Meksykiem jest kraina gorsza od piekła, źli bossowie zarabiają na narkotykach miliony, biedni Meksykanie żyją w świecie bez przyszłości, a ci którzy reprezentują prawo oraz mściciele (zawsze musi być w kinie klasy B jakiś mściciel), sami przesiąkają zepsuciem bandziorów, aż w końcu trudno odróżnić jednych od drugich. Jeśli jednak przymkniecie jedno oko na to, że obejrzycie tę samą historię po raz sto siedemnasty, drugim (oraz uszami) można chłonąć. Myślę, że warto.

Scena warta uwagi

Wiele. Każda niezwykle klimatyczna. Bardzo podobała mi się cała akcja przewiezienia meksykańskiego bossa z Ciudad Juarez przez granicę do El Paso. Jest tam wszystko co najfajniejsze w tym filmie.

wtorek, 25 sierpnia 2015

(The Man from U.N.C.L.E., 2015)

Reżyseria: Guy Ritchie

Scenariusz: Guy Ritche, Lionel Wigram

Grają (ci istotni): Henry Cavil, Alicia Vikander, Armie Hammer, Elizabeth Debicki, Hugh Grant

5/10

Siedzę sobie grzecznie w kinowym fotelu, choć resztę widowni, gnaną niezrozumiałym dla mnie obyczajem wyjścia z kina momentalnie po ostatniej scenie (sceny po napisach... muzyka... nie interesują polskich widzów...), wywiało. Przeglądam obsadę, bo chciałem się upewnić jak nazywał się ten człowiek grający Rosjanina. Aż tu nagle na liście aktorów... David Beckham. Wielkiej roli nie miał, raczej epizod, ale tak skrojony przez reżysera, żeby był widoczny i zmieścił się w napisach. A ja go nie poznałem! Więc uważnym nie będę odbierał przyjemności znalezienia go w tym filmie. A warto na marginesie zauważyć, że Vinnie Jones – dla wielu wciąż bardziej bandzior z Wimbledonu, niż aktor – swoją karierę na ekranie zaczynał właśnie u Guya Ritchiego w „Porachunkach”. I wcale nie miał tam epizodu, ale kawał poważnej roli. Może więc ten reżyser ma talent do przerabiania piłkarzy w aktorów. Życzę Beckhamowi powodzenia.

Sam Ritchie po raz kolejny udowadnia, że jest wysokiej klasy efekciarzem. Nie jest to obelga. Świetnie dobrał aktorów, film jest doskonale zilustrowany muzycznie, miejsca akcji są imponujące a zdjęcia i montaż wbijają w fotel. W długiej scenie, w której Solo w buggy'm, a Kuryakin na motocyklu ścigają porwaną Gaby, Ritchie przechodzi sam siebie. Wszystko śmiga, lata, fruwa i nie można oderwać wzroku od ekranu. Problem tylko w tym, że Ritchie miał słabość do efektownych i niekonwencjonalnych ujęć odkąd zaczął kręcić filmy, ale za co innego się go uwielbia. Brutalny humor i cięte riposty obecne w każdej scenie w „Porachunkach” i „Przekręcie”, w „Kryptonimie U.N.C.L.E.” bywają, ale sporadycznie. Sama historia jest banalna i nudna. Ja wiem, że to ekranizacja serialu/gry/komiksu (niepotrzebne skreślić), ale nikt mnie nie przekona, że z takiego materiału nie da się zrobić jednocześnie efektownego i ciekawego filmu, tym bardziej, że „Kingsman” dostał jakiś czas temu od Filmotatnika niezłą ocenę. A zwłaszcza Guy Ritchie mógłby się jednak trochę wysilić.

Scena warta uwagi:

Ta opisana wyżej jest naprawdę świetna. Ale przesympatyczna jest też ta, w której Kuryakin próbuje grać w szachy a za jego plecami, nastukana jak pingwin Gaby, próbuje tańczyć.

piątek, 19 czerwca 2015

(La French, 2014)

Reżyseria: Cedric Jimenez

Scenariusz: Audrey Diwan, Cedric Jimenez

Grają (ci istotni): Jean Dujardin, Gilles Lellouche

4/10

Zaczyna się od takiej sceny: słońce, wybrzeże Morza Śródziemnego, wiatr, autostrada, rok 1975, muzyka, dwóch motocyklistów wyprzedza kolejne samochody, wreszcie zmusza jeden z nich do zatrzymania się, po czym jeden z dwóch mężczyzn w kasku strzela kilka razy do kierowcy, poprawia z bliska, po czym odjeżdża. Tak Korsykanie w Marsylii w latach 70-tych rozwiązywali problemy. Klimat w filmie jest świetny. Muzyka, urywki z telewizji z tamtych lat, stylizacja (warto zwrócić uwagę, że logo wytwórni Gaumont, które pojawia się na samym początku filmu, pochodzi z lat 80-tych)... I chciałoby się, żeby ten film był lepszy. Niestety jest źle napisany. Łatwo można zgubić wątek, zdarzenia są naciągane, a decyzje bohaterów niezrozumiałe. To jeden z tych filmów, które przyjemnie się ogląda, ale próbując śledzić historię ma się wrażenie, że coś nie styka...

Film jest oparty na prawdziwych wydarzeniach i postaciach, takich jak sędzia Pierre Michel, policjant Lucien Aime-Blanc, czy gangsterzy Gaetan „Tany” Zampa i Jacky Le Mat zwany „Le Fou”. Ale tylko niektóre sceny wydarzyły się w rzeczywistości. Scenarzyści trochę puścili wodze fantazji, zaserwowali widzom coś na kształt „Francuskiego łącznika”, tyle, że widzianego od francuskiej strony. I fajnie, tylko szkoda, że zrobili film nieciekawy, który nie trzyma w napięciu. Tym bardziej szkoda, że w robieniu „polarów” (filmowa opowieść policyjna, z francuska - roman policier, jest w skrócie nazywana „polar”, albo „rompol”) mają duże doświadczenie. Zmarnowany temat.

Scena warta uwagi:

Opisałem ją na samym początku. Piosenka, przy której się rozgrywa, jest poniżej i jest świetna.



 
1 , 2 , 3
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi