obyczajowy

wtorek, 05 lutego 2019

(Vice, 2018)

 

Reżyseria: Adam McKay

Scenariusz: Adam McKay

Grają (ci istotni): Christian Bale, Steve Carell, Amy Adams, Jesse Plemons, Sam Rockwell, Naomi Watts

7/10

Film w gwiazdorskiej obsadzie z popisową rolą Christiana Bale’a, którym reżyser i scenarzysta Adam McKay mógłby z powodzeniem zawstydzić Olivera Stone’a i Spike’a Lee razem wziętych. „Vice” to filmowa biografia Dicka Cheneya, republikańskiego urzędnika, potem kongresmena, potem biznesmena branży zbrojeniowej, a w końcu (w tej roli go znamy) wiceprezydenta u George’a Busha juniora. Cheney w filmie McKaya to czyste zło. Polityk, który władzę wykorzystuje nawet nie dla pieniędzy, ale dla zdobycia jeszcze większej władzy. To Cheney, jak sugeruje nam film, w praktyce rządził Ameryką przez osiem bushowych lat, to on podejmował decyzje po zamachach 9/11 i to w istocie wywołał wojnę w Iraku. W całym filmie jest jedna (słownie: jedna) scena, w której tytułowy bohater okazuje serce (w przenośni, bo dosłownie też okazuje). W dodatku, żeby nie zdradzać, ma to potem konsekwencje.

McKay to w Hollywood postać specyficzna. To człowiek, który znany był z tego, że pisał i reżyserował komedie z Willem Ferrellem. Aż kilka lat temu nakręcił „Big Short”, świetny dramat o przyczynach krachu na rynku kredytów hipotecznych w USA, który przerodził się w gigantyczny kryzys finansowy. Film był tak zjawiskowo i nowatorsko opowiedzianą historią, że McKayowi przyniosło to Oscara za scenariusz. „Vice” jest opowiadany w podobny sposób. Można się pogubić w wątkach, ale nie ominie was atmosfera filmu. Rzecz w tym, że film nawet nie sili się, na jakiekolwiek cieniowanie, próbę ważenia racji, etc. Cheney to według McKaya diabeł i tyle. Fakt, że jest to paszkwil wybitnie efektowny.

Scena warta uwagi:

Z przyjemnością patrzy się na wszystkie chrząknięcia, tiki, mruknięcia które Bale daje swojemu Cheneyowi. To doskonała rola. Co prawda Liz Cheney, córka byłego wiceprezydenta, dziś kongresmenka z Wyoming, zapytana o film, odparła, że „Bale miał okazję wreszcie zagrać prawdziwego superbohatera i totalnie to spartolił”. Ale cóż, bezczelność odziedziczyła po tacie.

Ściąga oscarowa

1. Roma 8/10
2. Green Book 8/10
3. Narodziny gwiazdy 7/10
4. Vice 7/10
5. Czarne Bractwo. BlacKkKlansman 3/10

Do obejrzenia: „Bohemian Rhapsody", „Czarna pantera", „Faworyta".

sobota, 02 lutego 2019

(BlacKkKlansman)

 

Reżyseria: Spike Lee

Scenariusz: Charlie Wachtel, David Rabinowitz, Kevin Willmott, Spike Lee

Grają (ci istotni): John David Washington, Adam Driver

3/10

Tępa agitka, która ma na celu przekonanie widza, że USA wciąż są krajem rasistowskim, a za wszystko jest odpowiedzialny Donald Trump, który co najmniej zezwala na to, by Ku Klux Klan mordował czarnoskórych Amerykanów (Trump pojawia się na końcu, choć nie ma to żadnego związku z fabułą, ale Spike Lee go nie lubi). Rzecz w tym, że taką agitkę można zrobić efektownie (np. w jeszcze nieopisanym na Filmotatniku „Vice”), albo topornie. „Czarne bractwo…”, niestety, to ten drugi przykład. Ale, że w tym roku Oscary zapowiadają się na imprezę wybitnie polityczną, z coraz wyraźniejszą, jak się Filmotatnikowi wydaje, szkodą dla filmowej jakości, trzeba to przeboleć. Zresztą nie tylko w Hollywood się mylą, bo film dostał też Grand Prix, czyli drugą co do ważności nagrodę, w Cannes.

Najlepszy w  tym filmie jest pomysł, zresztą oparty na wspomnieniach prawdziwego policjanta Rona Stallwortha. Tenże, świeżo przyjęty do policji w Colorado Springs, pierwszy policjant-Afoamerykanin w mieście, postanawia zadzwonić do Ku Klux Klanu, który… ogłasza się w gazecie. W ten sposób zostaje członkiem, a gdy trzeba się pokazać braciom, zastępuje go partner z policji. Tu dobre się kończy. Film ma potencjał komediowy, ale nie jest zabawny. Ma potencjał na dramat, ale ten Ku Klux Klan jest zbyt rozlazły, żeby się go bać. Ma potencjał, by pokazać że szowinizm, nawet wyznawany, przez troglodytów z prowincji, może się skończyć tragedią, ale ten przekaz gdzieś się rozpływa. Ma potencjał by pokazać, że nienawiść zarówno ze strony „białej” (KKK) i „czarnej” („Czarne Pantery”) jest równie destrukcyjna, ale reżyser przez cały film nie może się zdecydować, czy rzeczywiście chce powiedzieć to, czy może zupełnie przeciwnie – że biedni Afroamerykanie byli uciskani przez opresyjny system. Wyszedł z tego nudny film.

Scena warta uwagi:

Scena w której świadek linczu o nim opowiada mogłaby być mocna, gdyby nie przebitki raz za razem na potakujących i płaczących studentów. Wyszło łopatologicznie.

Ściąga oscarowa

1. Roma 8/10
2. Green Book 8/10
3. Narodziny gwiazdy 7/10
4. Czarne Bractwo. BlacKkKlansman 3/10

Do obejrzenia: „Bohemian Rhapsody", „Czarna pantera", „Faworyta", „Vice". 

 

19:19, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 stycznia 2019

(Green Book, 2018)

Reżyseria: Peter Farrelly

Scenariusz: Peter Farrelly, Brian Currie, Nick Vallelonga

Grają (ci istotni): Viggo Mortensen, Mahershala Ali

8/10

Czarnoskóry wirtuoz fortepianu, dr Don Shirley jedzie w trasę koncertową do południowych stanów USA. Jest początek lat 60-tych. „Będą z tego kłopoty" – mówi mu Tony Vallelonga, zatrudniony przez niego kierowca, choć też trochę ochroniarz, a trochę asystent. Tony jest Włochem z Bronxu, który właśnie na parę miesięcy stracił zatrudnienie jako wykidajło w klubie „Copacabana", bo trwa tam remont. Nie wiadomo początkowo po co dr Shirley pcha się na południe, ale z biegiem czasu widać, że Tony miał rację. To nie jest film tylko o tym, że amerykański rasizm sprzed pół wieku był okrutny, czy nieludzki. „Green Book" pokazuje jak kompletnie był on nielogiczny i absurdalny. To chyba tradycja (bo co innego?) skłaniało ludzi by artyście, którego przed momentem szczerze oklaskiwali, pokazywać sławojkę pod drzewem, gdy pytał o toaletę. Shirley na południu narażał się na to, by dostać w barze po pysku tylko dlatego, że jest Murzynem. Ale to w kinie nic nowego. Filmów o amerykańskim apartheidzie i stojącym za nim szowinizmie było na pęczki. Uderzający jest rasizm na salonach i obelgi wypowiadane z przepraszającym uśmiechem przez właścicieli sal koncertowych i melomanów z wyższych sfer. Raz czy dwa, ogląda się to ze zdziwieniem. Gdy widać taką scenę po raz kilkunasty, można powoli domyślić się w jakim świecie żył Don.

Farrelly'emu, który do tej pory zajmował się kręceniem średniej jakości komedii, takich pełnych żartów o cyckach, wyszedł tym razem film zbilansowany i przezabawny. Po tym co powyżej możecie się spodziewać, że „Green Book" to smutny dramat z jakimś tragicznym zakończeniem. Nic z tego, to arcypogodny film, który wzorowo rozgrywa niezgodność charakterów między dwoma głównymi bohaterami. Zasługa obu aktorów jest niezaprzeczalna. O ile Ali pasuje do roli dystyngowanego, wykształconego artysty, to Filmotatnik nigdy by nie pomyślał, że Mortensen mógłby zagrać włoskiego cwaniaczka z Nowego Jorku. A robi to brawurowo. Cała sala w kinie, sądząc po reakcjach, świetnie się bawiła. Jeden żart o cyckach się ostał, ale też jest zabawny. „Green Book" to pewnie nie jest film na Oscara, chciałoby się, żeby statuetkę dostał jakiś bardziej zjawiskowy film, ale nominacja jest całkowicie zasłużona.

Scena warta uwagi:
Fragmencik zmieścił się do zwiastunu, ale w całości rewelacyjne jest scena, gdy Tony i Don jedzą kurczaka w panierce w samochodzie. Sposób w jaki Ali wyrzuca za okno obgryzione udko jest kameralnym arcydziełem aktorstwa.

P.S. Znane są już nominacje Oscarowe. Filmotatnik, jak co roku, podsumuje wam nominowane filmy i wyjaśni, co powinno wygrać (zwykle rzecz jasna wygrywa coś zupełnie innego, jak np. film o człowieku-rybie, ech...). W każdym razie póki co obejrzane filmy trzymają wysoki poziom.

1. Roma 8/10
2. Green Book 8/10
3. Narodziny gwiazdy 7/10

Do obejrzenia: „Bohemian Rhapsody", „Czarna pantera", „Czarne bractwo. BlacKkKlansman", „Faworyta", „Vice". 

sobota, 12 stycznia 2019

(Roma, 2018)

Reżyseria: Alfonso Cuaron

Scenariusz: Alfonso Cuaron

Grają (ta istotna): Yalitza Aparicio

 

8/10

Czarno-biały, efektowny, choć toczący się w powolnym tempie film o tym, że gdyby nie kobiety, to cały ten świat by się zawalił i rozpadł. Mężczyzna to element destrukcyjny, ewentualnie kuriozalnie bezsensowny, co w efekcie i tak prowadzi do destrukcji. To kobiety trzymają rzeczywistość (na każdym poziomie - indywidualnych relacji, rodziny, w końcu państwa) w kupie. Na tyle, na ile są w stanie. Szczególnie główna bohaterka, Cleo (ale dotyczy to w większym, lub mniejszym stopniu wszystkich kobiet, które pojawiają się na ekranie) która niezmiennie, dzień za dniem, tworzy, otacza opieką, wychowuje, sprząta, pilnuje, czasem ratuje życie, choć w świecie zarządzanym przez mężczyzn to nie jest łatwe, bo gamonie bez przerwy rzucają kłody pod nogi.

I choćby z powodu tego feministycznego charakteru filmu, który Cuaron napisał, wyreżyserował, jest autorem zdjęć, a na dodatek jeszcze zmontował (a w ogóle w nawiasie trzeba dodać, że to film częściowo autobiograficzny, Cuaron mieszkał w meksykańskiej dzielnicy Colonia Roma w domu naprzeciwko tego, w którym nakręcił większość scen) szanse „Zimnej wojny” na Oscara wyglądają marnie. Nie dlatego że film Pawlikowskiego jest gorszy (na gust Filmotatnika nawet lepszy), ale „Roma” to właśnie film głęboko feministyczny, a takie ostatnio w Hollywood lubią nagradzać, w dodatku Amerykanie mogą się co nieco dowiedzieć o swoim bliskim sąsiedzie (poza tym feminizmem, „Roma” to języku filmu opowieść takiego rodzaju, jak fenomenalna „Rozmowa w Katedrze” w języku literatury), a jak wiadomo, bliska ciału koszula sąsiada, niż koszula gdzieś na wschodzie Europy. Ale może nie będzie źle. „Ida” też nie miała szans by wygrać.

Scena warta uwagi:

Polecam obejrzenie każdej sceny właśnie mając w pamięci to ciekawe rozróżnienie – mężczyźni bez wyjątku zachowują się destrukcyjnie, tchórzliwie lub bezsensownie. Kobiety, wręcz przeciwnie.

20:40, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 listopada 2018

(First Man, 2018)

Reżyseria: Damien Chazelle

Scenariusz: Josh Singer na podstawie "First Man: The Life of Neil A. Armstrong"

Grają (ci istotni): Ryan Gosling, Claire Foy, Jason Clarke, Kyle Chandler, Ciaran Hinds

8/10

To nie jest film o lądowaniu na Księżycu, choć właśnie ta scena, ilustrowana zapadającą w pamięć muzyką Justina Hurwitza, ma szansę przejść do historii kina. Nieprzypadkowo Księżyc nie zmieścił się w tytule. Nieprzypadkowo też Amerykanie nie mieli do tej pory porządnego filmu o Armstrongu i szybciej doczekał się go Lance, największy oszust w historii sportu, niż Neil, pewnie najbardziej znany podróżnik w historii ludzkości. Trudno bowiem zrobić wciągający film o małomównym, raczej naukowcu niż pilocie. Trio, które podjęło się wyzwania to scenarzysta Josh Singer, reżyser Damien Chazelle i aktor Ryan Gosling, czyli w sumie sześć nominacji i dwa Oscary. Razem stworzyli spójną i wielowymiarową, a jednocześnie bardzo kameralną historię o człowieku, współczesnym Hiobie, który mimo, że wielokrotnie dostawał w kość to ani na moment nie zwątpił, że niemożliwe nie istnieje. I jakkolwiek sztampowo brzmi zdanie, które przed chwilą przeczytaliście, to o tym właśnie jest ten film, w dodatku bez grama sztampy, więc ogląda się go świetnie.

Gosling znów, jak w “Drive” czy “Tylko Bóg wybacza”, mówi mało. Ale tym razem to małomówność dojrzalsza, o wiele trudniejsza do zagrania niż “taki jestem nieśmiały, ale mogę dać ci po gębie”. Jego Armstrong to człowiek, którego właściwie nie należałoby wpuścić do kokpitu. Człowiek, który popełniał mnóstwo błędów, przytłoczony prywatną tragedią. Kto inny jednak miał większe doświadczenie, by dokonać czegoś, czego nikt wcześniej nie dokonał i poradzić sobie z górą problemów, z jaką nikt wcześniej sobie radzić nie musiał? Singer z Chazellem całą historię zamknęli klamrą. Ich Armstrong to człowiek, który podjął się rzeczy niemożliwej. Na początku filmu mu się nie udaje, ale udaje się na końcu.

Mnóstwo w tym filmie drobiazgów opowiedzianych bez zadęcia. Gdy szef astronautów w NASA Deke Slayton tłumaczy przyszłym pilotom, jeszcze na początku projektu Gemini, skalę wyzwania, używa dwóch tablic. Banalne, ale tak właśnie ta scena mogła wyglądać. Gdy Armstrong, po kilku śmiertelnych wypadkach jest pytany, czy cały ten wyścig w kosmos ma sens, odpowiada, że teraz za późno, by się wycofać. Najsensowniejsza odpowiedź. Czasem ma się wrażenie, że kilku wątków nie pociągnięto. Że fascynujący byłby film o ściganiu się z Rosjanami, albo skupiający się na tym, jak kosmicznie (nomen omen) niewykonalnym zadaniem był pomysł, by polecieć na Księżyc. Ale, jak ustaliliśmy na początku, nie jest film o Księżycu.

Scena warta uwagi:

Lądowanie. Poniżej muza.

środa, 14 marca 2018

(Lady Bird, 2017)

Reżyseria: Greta Gerwig

Scenariusz: Greta Gerwig

Grają (ci istotni): Saoirse Ronan, Lucas Hedges, Timothee Chalamet

5/10

Przed rokiem, ci, którzy wytrwali, zachwycali się filmem o kierowcy autobusu mieszkającym w prowincjonalnym Paterson, który był osobą absolutnie szczęśliwą i zadowoloną z miejsca w jakim się znajduje i czerpiącą codzienne, małe przyjemności z codziennych małych rzeczy. Tytułowa Lady Bird to nastolatka mieszkająca w Sacramento (które najwyraźniej w Kalifornii również jest jakieś prowincjonalne, w każdym razie w porównaniu do Los Angeles i San Francisco) i jej z kolei miejsce w które los ją rzucił bardzo przeszkadza. Nie tylko zresztą miejsce ale też parę innych rzeczy. Lady Bird stoi na progu dorosłości, dokonuje wyborów mniejszych i takich, które zaważą na jej przyszłym życiu. To pozornie bardzo prosty film (nie, Lady Bird nie wpada w narkotyki, nikogo nie morduje, nie szlaja się ze złym towarzystwem), bo Gerwig i Ronan przekonują, że w najzwyklejszym życiu nie ma niczego prostego. Nic nie jest czarne lub białe, nikt nie jest całkiem zły, albo całkiem dobry. Wręcz przeciwnie, wszyscy są raczej przeciętni, ewentualnie wychyleni w tę, czy inną stronę. I to dobrze.

Osią filmu jest relacja córki i matki. Ta druga jest zaborcza, jest momentami staroświecka w wychowaniu córki, ale szybko zdajemy sobie sprawę, że to nie jest film, w którym widz będzie kibicował bohaterce w wyrwaniu się z zabitej dechami dziury, do wymarzonego Nowego Jorku. Marion kocha córkę i troszczy się o nią najpiękniejszą matczyną miłością, tak samo jak Lady Bird czasem ma matki dość, ale też nie wyobraża sobie bez niej życia. Ot, taka historia, w której obie strony popełniają błędy, obie czasem sobie nie radzą, ale w porównaniu z więzią, która je łączy, to drobiazgi. Nie jest to może zbyt odkrywcze (i na pewno nie uzasadnia oscarowej nominacji), ale pokazane umiejętnie.

Scena warta uwagi

Mimo wszystko wzruszająca jest scena nieudanego pożegnania na lotnisku, podobnie zresztą jak rozmowa Lady Bird i matki w przymierzalni.

P.S. Oscary rozdane, ale ponieważ Filmotatnik z różnych powodów nie mógł w tym roku się na nie przygotować to i tak przygotuje własny ranking. Tym bardziej, że już widać, że wybór akademii tym razem był kompletnie chybiony (tytuły to kilkalne linki do notek).

1. „Dunkierka” 8/10

2. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” 7/10

3. „Czwarta władza” 7/10

4. “Lady Bird” 5/10

5. „Kształt wody” 4/10

6. „Czas mroku” 3/10

Do obejrzenia: „Nić widmo”, „Tamte dni, tamte noce”, „Uciekaj"

20:21, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 marca 2018

(The Post)

Reżyseria: Steven Spielberg

Scenariusz: Liz Hannah, Josh Singer

Grają (ci istotni): Meryl Streep, Tom Hanks, Bob Odenkirk

7/10

Bardzo porządny film, który na pewno spodoba się wszystkim tym, którym podobał się „Spotlight”, bo to rzecz o tych pięknych czasach, gdy gazeta miała siłę, bo potrząsnąć rządem. Spielberg zrobił co prawda film pełen machania amerykańską flagą, w dodatku wśród waszyngtońskiej śmietanki, gdzie decyzje o demokracji, racji stanu, generalnie „tym co ważne” są podejmowane wśród wyższych sfer. Jakoś ani przez moment nie ma się wrażenia, choć twórcy próbują nas przekonać, że jest inaczej, że te wyższe sfery ryzykują więzieniem, bankructwem czy czymkolwiek. Co innego małe żuczki, które odwalają brudną robotę. To m.in. różni ten film od wspomnianego wcześniej „Spotlightu”, gdzie bohaterami są dziennikarze, podczas gdy tu głównymi postaciami filmu jest bajecznie bogata właścicielka gazety i jej, nie mniej ustosunkowany naczelny. To chyba mniej ciekawy wybór i chyba dlatego tamten film zasłużył na Oscara, a „Czwarta władza” nie.

Co nie zmienia faktu, że film Spielberga z doskonałą obsadą i świetną ekipą (zdjęcia Janusza Kamińskiego, muzyka Johna Williamsa) ogląda się bardzo przyjemnie i widać, m.in. od strony technicznej, że wzięli się za niego profesjonaliści, którzy świetnie potrafią oddać choćby atmosferę przełomu lat 60-tych i 70-tych i doskonale wytłumaczyli postacie odtwórcom głównych ról. Kupując niemieckie auto płaci się za pewność jakości. To samo czeka widza, który wybierze się na ten film. Streep i Hanks grają swoje role wzorowo. Ich postacie są nieoczywiste (właścicielka gazety czuje się niepewnie w męskim świecie i jest jakąś taką niezdecydowaną gęsią, redaktor naczelny „Washington Post” to stary wyjadacz, ale ze świadomością, że jego „Post” to jedna z mniejszych gazet i porażka w niej będzie jego emeryturą), ale takiej ekranowej parze zagranie ich nie sprawia najmniejszego kłopotu. Pewny strzał jeśli chodzi o wybór filmu, z którego wyjdziecie zadowoleni.

Scena warta uwagi:

Wszystkie w redakcji są fajne.

P.S. Oscary rozdane, ale ponieważ Filmotatnik z różnych powodów nie mógł w tym roku się na nie przygotować to i tak przygotuje własny ranking. Tym bardziej, że już widać, że wybór akademii tym razem był kompletnie chybiony (tytuły to kilkalne linki do notek). 

1. „Dunkierka” 8/10
2. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” 7/10
3. „Czwarta władza” 7/10
4. „Kształt wody” 4/10
5. „Czas mroku” 3/10

Do obejrzenia: „Lady Bird”, „Nić widmo”, „Tamte dni, tamte noce”, „Uciekaj!”

niedziela, 28 stycznia 2018

(Darkest Hour, 2017)

 

Reżyseria: Joe Wright

Scenariusz: Anthony McCarten

Grają (ci istotni): Gary Oldman, Kristin Scott Thomas, Ben Mendelsohn, Stephen Dillane, Lily James

3/10

Tępo ciosana propagandówka o tym, że Winston Churchill z Hitlerem walczył choćby nie wiadomo co i przez większość filmu, chlejąc na umór i paląc jak smok, łazi w te i we wte i pokazuje hart ducha i że się nie podda, potem nachodzą go wątpliwości, potem wysiada z limuzyny i jedzie jeden przystanek metrem (co trwa dziesięć minut) z brytyjskim ludem i pyta się ludu, czy będą walczyć do końca, a lud odpowiada mu, że do końca i „prowadź wodzu”, więc wraca mu hart ducha. Przy okazji scenariusz jest tak toporny, że pasowałby, przy przymknięciu oka na mielizny, do „Sensacji XX wieku” i niczego więcej. W drugiej scenie filmu jeden z polityków tłumaczy swoim kolegom, że Halifax to minister spraw zagranicznych, choć wszyscy w pokoju doskonale wiedzą kim jest Halifax. Ale widz nie wie, więc trzeba mu to powiedzieć, tylko dlaczego w ten sposób? Zaplecze polityki wygląda w „Czasie mroku” jak sztuka teatralna i to marna.

Byłoby niezmiernie ciekawe obejrzeć w kinie podwójny rewers. Podwójny, bo „Czas mroku” to nie tylko spojrzenie z drugiej strony na, również nominowaną do Oscara, „Dunkierkę”, ale też na zekranizowaną dekadę temu przez Joe Wrighta „Pokutę”. Niestety wyszła filmowa szmira, którą podciąga za uszy głównie Gary Oldman w roli tytułowej. Tak jak sam film jest zły, tak Oldman (który nie wygląda jak Oldman, nie mówi jak Oldman, a czasem nawet nie patrzy jak Oldman) jest świetny i akurat Oscar dla niego nie będzie żadną niespodzianką. Akurat przemówienia Oldmana-Churchilla nie są toporne, a wręcz porywające. Promyczków w filmie jest jeszcze kilka, choćby muzyka, czy Ben Mendelsohn jako „król-jąkała”, ale mizeria scenariuszowa odrzuca. To jeden z najgorszych filmów które mają szansę na Oscara, w ostatnich latach.

Scena warta uwagi:

Kilkakrotnie w filmie operator pokazuje scenę z góry, co wygląda niezwykle malowniczo. Zwłaszcza pierwsza, z widokiem na Izbę Gmin, robi wrażenie.

P.S. Oscarowe nominacje są znane. Na razie, spośród obejrzanych przez Filmotanik, średnia ocen nie rzuca na kolana. Ranking wygląda jak poniżej i miejmy nadzieję, że będzie lepiej.

1. „Dunkierka” 8/10

2. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” 7/10

3. „Kształt wody” 4/10

4. „Czas mroku” 3/10

Do obejrzenia: „Czwarta władza”, „Lady Bird”, „Nić widmo”, „Tamte dni, tamte noce”, „Uciekaj!”

niedziela, 21 stycznia 2018

(Three Billboards Outside Ebbing, Missouri, 2017)

 

Reżyseria: Martin McDonagh

Scenariusz: Martin McDonagh

Grają (ci istotni): Frances McDormand, Sam Rockwell, Woody Harrelson, Peter Dinklage, John Hawkes, Abbie Cornish

7/10

Nie jest to film pogodny, choć widownia co i rusz wybucha śmiechem. Nie jest to dreszczowiec, choć cała historia oparta jest na brutalnej śmierci i nie jest ona jedyną w tym filmie. Nie jest to też film obyczajowy, o życiu w małym mieście na Środkowym Zachodzie USA, bo jednak podpalenia, pobicia, wyrzucanie przez okno, przemoc domowa, rasizm, etc. to jednak dość sporo na zwykły „obyczaj”. To jest jakiś taki miks wszystkiego co powyżej, w dodatku miks bardzo sprawnie opowiedziany i z nieoczywistym zakończeniem. McDonagh po mistrzowsku bawi się z widzami, każąc im śmiać się gdy za chwilę sprawy przybierają śmiertelnie poważny obrót i zadumać się, gdy sytuacja robi się w zasadzie absurdalna. Nie pozwala polubić żadnego z głównych bohaterów, ale też nie pozwala żadnego znienawidzić. Dawno nie było filmu, który tak umiejętnie zmusza do wstrzymania się z ocenami, a jednocześnie ewidentnie wciąga. Bo każdy chce wiedzieć jak skończy się batalia Mildred o to, by ktoś ruszył tyłek i znalazł zabójców jej córki.

Wygląda na to, że „Trzy billboardy…” to jeden z głównych oscarowych faworytów, bo zgarnął cztery Złote Globy w ważnych kategoriach (film dramatyczny, scenariusz, główna rola żeńska, drugoplanowa rola męska) . Może się Akademii spodobać, bo jest w każdym calu „amerykański”. Fajne jest też to, że McDonagh oparł obsadę na starszych aktorach, a główną rolę dał być może najbardziej niedocenianej (przez widzów i media, bo raczej nie przez reżyserów) amerykańskiej aktorce, czyli Frances McDormand, która mimo, że kiedyś tam zagrała w „Fargo”, przewija się zwykle gdzieś na drugim planie. Jednego Oscara już ma (właśnie za „Fargo”). Rzecz w tym, że sam film, choć bardzo dobry, z doskonałymi rolami i świetnie napisany, jest właśnie - bardzo dobry, ale nie świetny. Ani przełomowy, ani innowacyjny, ani olśniewający jakimś elementem. Na statuetkę Akademii jednak chyba nie zasługuje. Jeśli wygra, to dzięki słabej konkurencji, a tego bym nie chciał.

Scena warta uwagi:

Gdy Charlie, były mąż Mildred, wpada do ich domu, zrobić awanturę o billboardy. Ta jedna scena, w której uczestniczą cztery osoby, mogłaby być egzaminem na każdej aktorskiej uczelni. Każda z postaci musi w mig zmienić nastrój, emocje, tempo i ton mówienia. W filmie wychodzi majstersztyk.

środa, 10 stycznia 2018

(Molly’s Game, 2017)

Reżyseria: Aaron Sorkin

Scenariusz: Aaron Sorkin

Grają (ci istotni): Jessica Chastain, Idris Elba, Kevin Costner, Chris O’Dowd

 4/10

Jeśli w „Steve Jobs” przysypialiście na bezsensownie długich, bilateralnych rozmowach kilkorga głównych bohaterów o ich własnych uczuciach, a akcja posuwała się do przodu dzięki zmianie konfiguracji rozmawiających i przeskakiwaniu o kilka lat wte i we wte, to przeżyjecie deja vu. Historię Molly Bloom, która przez kilka lat organizowała grę w pokera najbardziej znanym i najmajętniejszym Amerykanom napisał i debiutancko wyreżyserował Aaron Sorkin, czyli scenarzysta tamtego filmu. To zresztą scenarzysta kilku bardzo udanych filmów, dlatego boli, że właśnie scenariusz w „Grze o wszystko” kuleje tak, że bolą zęby. Do końca filmu nie dowiedziałem się, czy oglądam film gangsterski, dramat psychologiczny, film biograficzny. Nie dowiedziałem się też, czy to co robiła pani Bloom, a co jest główną osia filmu, właściwie jest legalne, czy nielegalne.

Bo historia trafiła się Sorkinowi absolutnie fascynująca i rzecz jasna jest oparta na faktach i na książce, którą prawdziwa Molly napisała. Dziewczyna, niedoszła olimpijka w narciarstwie organizowała grę w pokera w Los Angeles, gdzie znani aktorzy (m.in. Tobey Maguire, Ben Affleck czy Leonardo DiCaprio) w wynajętym przez nią pokoju hotelowym przegrywali i wygrywali duże sumy, a także w Nowym Yorku, gdzie z jej usług korzystali rosyjscy mafiosi. Co z tego, kiedy zamiast krwisty film o pokerze, oglądamy, jedna za drugą, rozmowy o życiu, przerywane scenami w których Molly przeżywa rozmaite rozterki a z offu opowiada, że je przeżywa. Ponieważ do filmu zatrudniono niezłych aktorów, a oni się starają, wychodzi czasem przedziwnie. W jednej ze scen, gdy Molly rozmawia z ojcem, co w założeniu miało być najbardziej wzruszającą sceną w filmie, publiczność w kinie się śmiała.

Scena warta uwagi:

Pierwsza, wprowadzająca do filmu. To najlepsza jaką w życiu widziałem, kilkuminutowa sekwencja nagrana głównie po to, bo na końcu powiedzieć „fuck you!”. To akurat twórcom filmu wyszło.

Scena warta uwagi

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi