obyczajowy

środa, 14 marca 2018

(Lady Bird, 2017)

Reżyseria: Greta Gerwig

Scenariusz: Greta Gerwig

Grają (ci istotni): Saoirse Ronan, Lucas Hedges, Timothee Chalamet

5/10

Przed rokiem, ci, którzy wytrwali, zachwycali się filmem o kierowcy autobusu mieszkającym w prowincjonalnym Paterson, który był osobą absolutnie szczęśliwą i zadowoloną z miejsca w jakim się znajduje i czerpiącą codzienne, małe przyjemności z codziennych małych rzeczy. Tytułowa Lady Bird to nastolatka mieszkająca w Sacramento (które najwyraźniej w Kalifornii również jest jakieś prowincjonalne, w każdym razie w porównaniu do Los Angeles i San Francisco) i jej z kolei miejsce w które los ją rzucił bardzo przeszkadza. Nie tylko zresztą miejsce ale też parę innych rzeczy. Lady Bird stoi na progu dorosłości, dokonuje wyborów mniejszych i takich, które zaważą na jej przyszłym życiu. To pozornie bardzo prosty film (nie, Lady Bird nie wpada w narkotyki, nikogo nie morduje, nie szlaja się ze złym towarzystwem), bo Gerwig i Ronan przekonują, że w najzwyklejszym życiu nie ma niczego prostego. Nic nie jest czarne lub białe, nikt nie jest całkiem zły, albo całkiem dobry. Wręcz przeciwnie, wszyscy są raczej przeciętni, ewentualnie wychyleni w tę, czy inną stronę. I to dobrze.

Osią filmu jest relacja córki i matki. Ta druga jest zaborcza, jest momentami staroświecka w wychowaniu córki, ale szybko zdajemy sobie sprawę, że to nie jest film, w którym widz będzie kibicował bohaterce w wyrwaniu się z zabitej dechami dziury, do wymarzonego Nowego Jorku. Marion kocha córkę i troszczy się o nią najpiękniejszą matczyną miłością, tak samo jak Lady Bird czasem ma matki dość, ale też nie wyobraża sobie bez niej życia. Ot, taka historia, w której obie strony popełniają błędy, obie czasem sobie nie radzą, ale w porównaniu z więzią, która je łączy, to drobiazgi. Nie jest to może zbyt odkrywcze (i na pewno nie uzasadnia oscarowej nominacji), ale pokazane umiejętnie.

Scena warta uwagi

Mimo wszystko wzruszająca jest scena nieudanego pożegnania na lotnisku, podobnie zresztą jak rozmowa Lady Bird i matki w przymierzalni.

P.S. Oscary rozdane, ale ponieważ Filmotatnik z różnych powodów nie mógł w tym roku się na nie przygotować to i tak przygotuje własny ranking. Tym bardziej, że już widać, że wybór akademii tym razem był kompletnie chybiony (tytuły to kilkalne linki do notek).

1. „Dunkierka” 8/10

2. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” 7/10

3. „Czwarta władza” 7/10

4. “Lady Bird” 5/10

5. „Kształt wody” 4/10

6. „Czas mroku” 3/10

Do obejrzenia: „Nić widmo”, „Tamte dni, tamte noce”, „Uciekaj"

20:21, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 marca 2018

(The Post)

Reżyseria: Steven Spielberg

Scenariusz: Liz Hannah, Josh Singer

Grają (ci istotni): Meryl Streep, Tom Hanks, Bob Odenkirk

7/10

Bardzo porządny film, który na pewno spodoba się wszystkim tym, którym podobał się „Spotlight”, bo to rzecz o tych pięknych czasach, gdy gazeta miała siłę, bo potrząsnąć rządem. Spielberg zrobił co prawda film pełen machania amerykańską flagą, w dodatku wśród waszyngtońskiej śmietanki, gdzie decyzje o demokracji, racji stanu, generalnie „tym co ważne” są podejmowane wśród wyższych sfer. Jakoś ani przez moment nie ma się wrażenia, choć twórcy próbują nas przekonać, że jest inaczej, że te wyższe sfery ryzykują więzieniem, bankructwem czy czymkolwiek. Co innego małe żuczki, które odwalają brudną robotę. To m.in. różni ten film od wspomnianego wcześniej „Spotlightu”, gdzie bohaterami są dziennikarze, podczas gdy tu głównymi postaciami filmu jest bajecznie bogata właścicielka gazety i jej, nie mniej ustosunkowany naczelny. To chyba mniej ciekawy wybór i chyba dlatego tamten film zasłużył na Oscara, a „Czwarta władza” nie.

Co nie zmienia faktu, że film Spielberga z doskonałą obsadą i świetną ekipą (zdjęcia Janusza Kamińskiego, muzyka Johna Williamsa) ogląda się bardzo przyjemnie i widać, m.in. od strony technicznej, że wzięli się za niego profesjonaliści, którzy świetnie potrafią oddać choćby atmosferę przełomu lat 60-tych i 70-tych i doskonale wytłumaczyli postacie odtwórcom głównych ról. Kupując niemieckie auto płaci się za pewność jakości. To samo czeka widza, który wybierze się na ten film. Streep i Hanks grają swoje role wzorowo. Ich postacie są nieoczywiste (właścicielka gazety czuje się niepewnie w męskim świecie i jest jakąś taką niezdecydowaną gęsią, redaktor naczelny „Washington Post” to stary wyjadacz, ale ze świadomością, że jego „Post” to jedna z mniejszych gazet i porażka w niej będzie jego emeryturą), ale takiej ekranowej parze zagranie ich nie sprawia najmniejszego kłopotu. Pewny strzał jeśli chodzi o wybór filmu, z którego wyjdziecie zadowoleni.

Scena warta uwagi:

Wszystkie w redakcji są fajne.

P.S. Oscary rozdane, ale ponieważ Filmotatnik z różnych powodów nie mógł w tym roku się na nie przygotować to i tak przygotuje własny ranking. Tym bardziej, że już widać, że wybór akademii tym razem był kompletnie chybiony (tytuły to kilkalne linki do notek). 

1. „Dunkierka” 8/10
2. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” 7/10
3. „Czwarta władza” 7/10
4. „Kształt wody” 4/10
5. „Czas mroku” 3/10

Do obejrzenia: „Lady Bird”, „Nić widmo”, „Tamte dni, tamte noce”, „Uciekaj!”

niedziela, 28 stycznia 2018

(Darkest Hour, 2017)

 

Reżyseria: Joe Wright

Scenariusz: Anthony McCarten

Grają (ci istotni): Gary Oldman, Kristin Scott Thomas, Ben Mendelsohn, Stephen Dillane, Lily James

3/10

Tępo ciosana propagandówka o tym, że Winston Churchill z Hitlerem walczył choćby nie wiadomo co i przez większość filmu, chlejąc na umór i paląc jak smok, łazi w te i we wte i pokazuje hart ducha i że się nie podda, potem nachodzą go wątpliwości, potem wysiada z limuzyny i jedzie jeden przystanek metrem (co trwa dziesięć minut) z brytyjskim ludem i pyta się ludu, czy będą walczyć do końca, a lud odpowiada mu, że do końca i „prowadź wodzu”, więc wraca mu hart ducha. Przy okazji scenariusz jest tak toporny, że pasowałby, przy przymknięciu oka na mielizny, do „Sensacji XX wieku” i niczego więcej. W drugiej scenie filmu jeden z polityków tłumaczy swoim kolegom, że Halifax to minister spraw zagranicznych, choć wszyscy w pokoju doskonale wiedzą kim jest Halifax. Ale widz nie wie, więc trzeba mu to powiedzieć, tylko dlaczego w ten sposób? Zaplecze polityki wygląda w „Czasie mroku” jak sztuka teatralna i to marna.

Byłoby niezmiernie ciekawe obejrzeć w kinie podwójny rewers. Podwójny, bo „Czas mroku” to nie tylko spojrzenie z drugiej strony na, również nominowaną do Oscara, „Dunkierkę”, ale też na zekranizowaną dekadę temu przez Joe Wrighta „Pokutę”. Niestety wyszła filmowa szmira, którą podciąga za uszy głównie Gary Oldman w roli tytułowej. Tak jak sam film jest zły, tak Oldman (który nie wygląda jak Oldman, nie mówi jak Oldman, a czasem nawet nie patrzy jak Oldman) jest świetny i akurat Oscar dla niego nie będzie żadną niespodzianką. Akurat przemówienia Oldmana-Churchilla nie są toporne, a wręcz porywające. Promyczków w filmie jest jeszcze kilka, choćby muzyka, czy Ben Mendelsohn jako „król-jąkała”, ale mizeria scenariuszowa odrzuca. To jeden z najgorszych filmów które mają szansę na Oscara, w ostatnich latach.

Scena warta uwagi:

Kilkakrotnie w filmie operator pokazuje scenę z góry, co wygląda niezwykle malowniczo. Zwłaszcza pierwsza, z widokiem na Izbę Gmin, robi wrażenie.

P.S. Oscarowe nominacje są znane. Na razie, spośród obejrzanych przez Filmotanik, średnia ocen nie rzuca na kolana. Ranking wygląda jak poniżej i miejmy nadzieję, że będzie lepiej.

1. „Dunkierka” 8/10

2. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” 7/10

3. „Kształt wody” 4/10

4. „Czas mroku” 3/10

Do obejrzenia: „Czwarta władza”, „Lady Bird”, „Nić widmo”, „Tamte dni, tamte noce”, „Uciekaj!”

niedziela, 21 stycznia 2018

(Three Billboards Outside Ebbing, Missouri, 2017)

 

Reżyseria: Martin McDonagh

Scenariusz: Martin McDonagh

Grają (ci istotni): Frances McDormand, Sam Rockwell, Woody Harrelson, Peter Dinklage, John Hawkes, Abbie Cornish

7/10

Nie jest to film pogodny, choć widownia co i rusz wybucha śmiechem. Nie jest to dreszczowiec, choć cała historia oparta jest na brutalnej śmierci i nie jest ona jedyną w tym filmie. Nie jest to też film obyczajowy, o życiu w małym mieście na Środkowym Zachodzie USA, bo jednak podpalenia, pobicia, wyrzucanie przez okno, przemoc domowa, rasizm, etc. to jednak dość sporo na zwykły „obyczaj”. To jest jakiś taki miks wszystkiego co powyżej, w dodatku miks bardzo sprawnie opowiedziany i z nieoczywistym zakończeniem. McDonagh po mistrzowsku bawi się z widzami, każąc im śmiać się gdy za chwilę sprawy przybierają śmiertelnie poważny obrót i zadumać się, gdy sytuacja robi się w zasadzie absurdalna. Nie pozwala polubić żadnego z głównych bohaterów, ale też nie pozwala żadnego znienawidzić. Dawno nie było filmu, który tak umiejętnie zmusza do wstrzymania się z ocenami, a jednocześnie ewidentnie wciąga. Bo każdy chce wiedzieć jak skończy się batalia Mildred o to, by ktoś ruszył tyłek i znalazł zabójców jej córki.

Wygląda na to, że „Trzy billboardy…” to jeden z głównych oscarowych faworytów, bo zgarnął cztery Złote Globy w ważnych kategoriach (film dramatyczny, scenariusz, główna rola żeńska, drugoplanowa rola męska) . Może się Akademii spodobać, bo jest w każdym calu „amerykański”. Fajne jest też to, że McDonagh oparł obsadę na starszych aktorach, a główną rolę dał być może najbardziej niedocenianej (przez widzów i media, bo raczej nie przez reżyserów) amerykańskiej aktorce, czyli Frances McDormand, która mimo, że kiedyś tam zagrała w „Fargo”, przewija się zwykle gdzieś na drugim planie. Jednego Oscara już ma (właśnie za „Fargo”). Rzecz w tym, że sam film, choć bardzo dobry, z doskonałymi rolami i świetnie napisany, jest właśnie - bardzo dobry, ale nie świetny. Ani przełomowy, ani innowacyjny, ani olśniewający jakimś elementem. Na statuetkę Akademii jednak chyba nie zasługuje. Jeśli wygra, to dzięki słabej konkurencji, a tego bym nie chciał.

Scena warta uwagi:

Gdy Charlie, były mąż Mildred, wpada do ich domu, zrobić awanturę o billboardy. Ta jedna scena, w której uczestniczą cztery osoby, mogłaby być egzaminem na każdej aktorskiej uczelni. Każda z postaci musi w mig zmienić nastrój, emocje, tempo i ton mówienia. W filmie wychodzi majstersztyk.

środa, 10 stycznia 2018

(Molly’s Game, 2017)

Reżyseria: Aaron Sorkin

Scenariusz: Aaron Sorkin

Grają (ci istotni): Jessica Chastain, Idris Elba, Kevin Costner, Chris O’Dowd

 4/10

Jeśli w „Steve Jobs” przysypialiście na bezsensownie długich, bilateralnych rozmowach kilkorga głównych bohaterów o ich własnych uczuciach, a akcja posuwała się do przodu dzięki zmianie konfiguracji rozmawiających i przeskakiwaniu o kilka lat wte i we wte, to przeżyjecie deja vu. Historię Molly Bloom, która przez kilka lat organizowała grę w pokera najbardziej znanym i najmajętniejszym Amerykanom napisał i debiutancko wyreżyserował Aaron Sorkin, czyli scenarzysta tamtego filmu. To zresztą scenarzysta kilku bardzo udanych filmów, dlatego boli, że właśnie scenariusz w „Grze o wszystko” kuleje tak, że bolą zęby. Do końca filmu nie dowiedziałem się, czy oglądam film gangsterski, dramat psychologiczny, film biograficzny. Nie dowiedziałem się też, czy to co robiła pani Bloom, a co jest główną osia filmu, właściwie jest legalne, czy nielegalne.

Bo historia trafiła się Sorkinowi absolutnie fascynująca i rzecz jasna jest oparta na faktach i na książce, którą prawdziwa Molly napisała. Dziewczyna, niedoszła olimpijka w narciarstwie organizowała grę w pokera w Los Angeles, gdzie znani aktorzy (m.in. Tobey Maguire, Ben Affleck czy Leonardo DiCaprio) w wynajętym przez nią pokoju hotelowym przegrywali i wygrywali duże sumy, a także w Nowym Yorku, gdzie z jej usług korzystali rosyjscy mafiosi. Co z tego, kiedy zamiast krwisty film o pokerze, oglądamy, jedna za drugą, rozmowy o życiu, przerywane scenami w których Molly przeżywa rozmaite rozterki a z offu opowiada, że je przeżywa. Ponieważ do filmu zatrudniono niezłych aktorów, a oni się starają, wychodzi czasem przedziwnie. W jednej ze scen, gdy Molly rozmawia z ojcem, co w założeniu miało być najbardziej wzruszającą sceną w filmie, publiczność w kinie się śmiała.

Scena warta uwagi:

Pierwsza, wprowadzająca do filmu. To najlepsza jaką w życiu widziałem, kilkuminutowa sekwencja nagrana głównie po to, bo na końcu powiedzieć „fuck you!”. To akurat twórcom filmu wyszło.

Scena warta uwagi

niedziela, 26 listopada 2017

(Cicha noc, 2017)

Reżyseria: Piotr Domalewski

Scenariusz: Piotr Domalewski

Grają (ci istotni): Dawid Ogrodnik, Arkadiusz Jakubik, Agnieszka Suchora, Tomasz Ziętek

8/10

Nie da się nie porównywać tego filmu do twórczości Wojciecha Smarzowskiego, bo w cichej nocy jest coś i z „Wesela”, i z „Domu złego”. Zresztą reżyser Piotr Domalewski nie oburza się na takie porównania, a nawet jak sam mówi, bardzo mu schlebiają. „Cicha noc” to jednak film nieco inny. Historia Adama, kilkuletniego już emigranta na saksach w Holandii, który wraca na święta w rodzinne strony głównie po to, by z rodzicami i rodzeństwem załatwić sprawę sprzedaży domu po dziadku i za te pieniądze urządzić się na stałe za granicą, jest jednak dużo bardziej wyważona i intymna. Tam, gdzie u Smarzowskiego alkohol lał by się wartkim strumieniem i w ruch poszłyby siekiery, u Domalewskiego jest jednak rodzina. Nie zawsze fajna, nie jak z obrazka, pełna zawiści, pretensji, wyrzutów i robienia dobrej miny do złej gry, ale jednak rodzina, w której każdy znajdzie mniej lub więcej tego, co zna z własnych Wigilii. Być może Polacy są szaleni, bo są tym jedynym na świecie narodem, którego przedstawiciele co roku spędzają wieczór z ludźmi których nie lubią w sposób, na który nie mają ochoty, ale Domalewski próbuje pokazać dlaczego. I choć ze wszystkich sił stara się zasugerować widzowi sympatię do głównego bohatera, który próbuje się z tego schematu wyrwać, na końcu ten bohater przegrywa. Może inaczej się nie da.

„Cicha noc” zgarnęła niedawno w Gdyni główną nagrodę i choć może nie jest to najlepszy polski film tego roku, to jeden z najlepszych. Niezły główny wątek filmu ma za tło rodzinę, która od lat zmaga się z kłopotem emigracji i na dobrą sprawę, nie ma znaczenia, że główny bohater wyjechał do Holandii, bo mógłby wyjechać choćby do Warszawy. Rzecz w tym, że go nie ma, tak jak nie było jego ojca, a życie w dwóch miejscach naraz jest niewykonalne, co daje tej historii większą uniwersalność, niż się wydaje. Aktorów się chłonie z ekranu. W Gdyni nagrodę, poza tą dla filmu, odebrał też Dawid Ogrodnik, choć może bardziej należałoby wyróżnić Jakubika, a przede wszystkim Domalewskiego za reżyserię. Twórca filmu zwodzi widza. Każe lubić granego przez Jakubika ojca, choć tylko z opowieści dowiadujemy się jakim przez poprzednie lata był nieobecnym pijakiem. Każe widzieć kogoś na kształt krętacza w Adamie, choć może on jako jedyny ma ambicję, pomysł i odwagę, żeby się wyrwać się z mazurskiego grajdołu. Każda z postaci objawia się w trzech wersjach – w opowieściach rodziny, „oficjalnie” przy stole na obraz ogólny i wreszcie prywatnie, gdy coś trzeba załatwić, komuś się zwierzyć, albo po prostu wypłakać. Historii w jednej rodzinie jest multum. Domalewski wybrał tylko kilka.

Scena warta uwagi

Chwytająca za serce jest rozmowa ojca z Adamem w starym domu dziadka.



czwartek, 16 listopada 2017

(Borg/McEnroe, 2017)

Reżyseria: Janus Metz Pedersen

Scenariusz: Ronnie Sandahl

Grają (ci istotni): Sverrir Gudnason, Shia LaBeouf, Stellan Skarsgard

7/10

Przydługi, bezsensownie rozdęty polski tytuł, skrywa jeden z bardziej wciągających filmów sportowych, jakie nakręcono w ostatnich latach. Rywalizacja Bjoerna Borga i Johna McEnroe to jedna z bardziej wciągających sportowych historii, ale jeśli spodziewacie się opowieści o tym co się działo pomiędzy tymi dwoma, to nie o tym jest ten film. Zresztą obaj główni bohaterowie przez cały film spotykają się tylko trzykrotnie. To zdecydowanie bardziej dwie osobne biografie, dwóch wybitnych tenisistów, które akurat w pewnym momencie się przecięły, więc widz może sobie obu porównać. A jest co porównywać, bo obaj to nienajlepiej przystosowani, marzący o triumfach chłopcy, którzy zwycięstw chcieli tak bardzo, że aż ich rozsadzało. Tyle, że żeby dość do perfekcji wybrali dwie drogi. Amerykanin potrafił wściekłość na całe otoczenie, które nie było wstanie zrozumieć co się dzieje w głowie najlepszego tenisisty na świecie i jaki stres przeżywa, przekuć w furię podczas meczu i to go nakręcało. Borg przeciwnie, wszystko tłumił w sobie, a całą generowaną energię wkładał w najbliższą wymianę. Marcin Piątek w „Polityce” bardzo trafnie porównał jego umowę zawartą w młodości z trenerem Bergelinem („doprowadzę się do mistrzostwa, jeśli już nigdy nie wybuchniesz na korcie”), do paktu Fausta z Diabłem. Obaj zresztą - i Bergelin, i Borg – dotrzymali umowy.

Siłą filmu są obie główne kreacje, choć trudniejszą rolę miał Gudnason, bo musiał pokazać to, czego kibice tenisa, pamiętający grę Szweda, widzieć nie mogli. I może dlatego to on w pewnym sensie kradnie film, bo ze swojej roli wywiązał się perfekcyjnie. Po jego Borgu oglądanym w samotności – w pokoju hotelowym, w szatni, na ulicy – widać w jak potwornym żył stresie i jak z biegiem czasu coraz więcej siły, właściwie do nieludzkich granic, kosztowało go pilnowanie własnych emocji. Strach przed porażką, nieodłączny towarzysz każdego sportowca, w przypadku Borga wydaje się nie do zniesienia, choć zdawać by się mogło, że czterokrotny zwycięzca Wimbledonu już nic nie musi. „Ale jeśli przegram wszyscy zapamiętają mnie jako tego któremu się nie udało wygrać po raz piąty, a nie jako czterokrotnego zwycięzcę” - mówi w pewnym momencie .

Scena warta uwagi

Hipnotyzująca jest jedna z pierwszych w filmie, gdy Borg przechyla się przez krawędź balkonu w swoim mieszkaniu w Monako. W tej jednej chwili widz w mig łapie całą złożoność postaci i co chwilę zmienia zdanie, zastanawiając się czy Szwed jest gotowy skoczyć, czy może właśnie tak doskonale się kontroluje, że może tak ryzykować bez stresu. Scena pozostawia widza bez odpowiedzi, a potem właściwie cały film jej nie daje.

P.S. Co ciekawe w Szwecji ten film nosi tytuł „Borg”.

wtorek, 07 listopada 2017

(Pewnego razu w listopadzie..., 2017)

Reżyseria: Andrzej Jakimowski

Scenariusz: Andrzej Jakimowski

Grają (ci istotni): Agata Kulesza, Grzegorz Palkowski, Jacek Borusiński

9/10

Najlepszemu polskiemu filmowi tego roku Filmotatnik poświecił już akapit podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego, ale ponieważ właśnie wszedł do kin, zasługuje na osobną notkę. Wprost - Jakimowski nakręcił film ważny i poruszający, a Kulesza zagrała zjawiskowo. Reżyser wziął się za tłumaczenie widzom w jakim kraju żyjemy, a ponieważ mówi o tym co tu i teraz, nigdy nie jest to łatwe. I nic dziwnego, że już dostaje mu się z obu stron. Z jednej, że jest bezczelnym lewakiem, z drugiej, że to wcale nie tak i zamiast pokazać prawdę, zrobił jakąś hollywoodzkopodobną bajkę. Obie opinie są bzdurne. To film mocny, bo prawdziwy. Po seansie na festiwalu widzowie dziękowali reżyserowi za ten film i to nie tak kurtuazyjnie, jak to często bywa, gdy publiczność dorwie się do mikrofonu, ale szczerze.

Historia emerytowanej nauczycielki i jej syna studenta, którzy, "wyczyszczeni" z mieszkania w śródmiejskiej kamienicy szukają dachu nad głowa, to właściwe zestaw scen, z których każda jest treściwa. Z jednej strony bije miedzy oczy tym, co przez ostatnie ćwierć wieku z hakiem poszło w tym kraju źle. Co nie zadziało się samo, ale za co był i jest odpowiedzialny każdy dorosły godząc się na wszechobecny kult pieniądza, i własności. Każdy kto podczas dowolnych świat czy imienin u cioci zachwycał się kuzynem, który sprowadził trzy samochody z Niemiec, a tego, który skończył filologię ale pracuje na kasie w Biedronce, w skrytości ducha uznał za frajera. Ten film jest oskarżycielski jak żaden inny w ostatnich latach.

Z drugiej strony to jednak dająca nadzieję opowieść o tym, że w tym całym nieludzkim chaosie ludzie są z gruntu dobrzy, że tam gdzie jest kłopot znajda się tacy, którzy pomogą, a wreszcie, że warto być po ludzku przyzwoitym. Jakimowski zagląda pod koc, którego przeciętny zjadacz chleba i słuchacz newsów raczej nie odkrywa. Tłumaczy, że żeby stracić dom nie trzeba być menelem, że bieda i kłopoty nie trafiają na tych "którzy sobie zasłużyli" (co niby prawie każdy wie, ale i tak prawie każdy posługuje się stereotypem, dlatego to tak istotne). Przygląda się i pokazuje też przedstawiciela tej zamaskowane zgrai, która podczas listopadowych zadym chce traktować "czerwoną hołotę" akcesoriami robotniczo-rolniczymi. To film z zacięciem edukacyjnym, społecznym, reporterskim i politycznym. Aż dziw, że tak dużo udało się w nim zmieścić. Koniecznie do obejrzenia.

Scena warta uwagi

Jakimowski nagrywał wydarzenia 11 listopada 2013 r. z zamiarem zmontowania dokumentu. Dopiero potem przyszedł pomysł na film fabularny. W efekcie prawdziwe sceny z ulicy są wprzęgnięte w zdjęcia z aktorami. Zrobiono to tak dobrze, że ostatnie pół godziny filmu ogląda się w dużych emocjach. Tu naprawdę czuć narastającą atmosferę zadymy i tylko można się pytać w myślach jak to możliwe, że bydło demolujące miasto i rzucające w ludzi kamieniami może to bezkarnie robić w Warszawie XXI w.

20:12, kubadybalski , obyczajowy
Link Komentarze (1) »
sobota, 16 września 2017

(The Square, 2017)

Reżyseria: Ruben Ostlund

Scenariusz: Ruben Ostlund

Grają (ci istotni): Claes Bang, Elizabeth Moss, Dominic West

6/10

Film o tym, że mimo tysięcy lat rozwoju kultury niezmienie wszystko sprowadza się do tego kto komu może przywalić i kto kogo zaciągnie za włosy do łóżka. Także o sytuacjach, w których ta, szeroko rozumiana, kultura, jest nieprzydatna / szkodliwa / bezduszna / nieetyczna / groźna dla jednostki / groźna dla społeczności / niesprawiedliwa (konkretne określenie można sobie dopasować do każdej sceny z filmu). Początkowo zapowiada się na zwykłą satyrę na sztukę nowoczesną, zresztą na żartach z niej głównie śmieje się widownia. To byłoby ciekawe, gdyby reżyser zamiast robić bekę z tego, że jest niezrozumiała (co powszechnie wiadomo), zauważył, że czasem jest niezwykle sensowna (co wiadomo dużo mniej powszechnie), ale to w filmie ginie. Potem śledzimy losy dyrektora muzeum sztuki współczesnej, któy najogólniej rzecz biorąc wpada w kłopoty, bo w głębi serca jest nieśmiałym tchórzem, choć świetnie poruszającym się na salonach i wśród socjety. Film zdobył Złotą Palmę w Cannes na wyrost, bo wyważa otwarte drzwi. Zadaje pytania i podnosi problemy, podnoszone w kinie już dziesiątki razy. Część poruszanych tam tematów w zeszłym roku, świetnie, skonsumował „Toni Erdmann”. W scenie wywiadu, jednej z pierwszych w filmie, ani dziennikarka ani sam dyrektor nie rozumieją bełkotu na temat wystawy ze strony internetowej muzeum. Ale już Ryszard Ochódzki w „Misiu” tłumaczył, że nie ma co się bać, że ktoś zapyta po co ten miś. Nikt tego nie wie, więc nikt nie zapyta.

Na filmie Ostlunda nie będziecie się dobrze bawić, bo ogląda się go źle. Nie tylko dlatego, że taki był zamysł reżysera, żeby widz się przeglądał w filmie jak w lustrze, a to przeważnie nie jest ładny i przyjemny widok. To byłoby do przełknięcia. Gorzej, że film jest chaotyczny. Reżyser mruga do widza, ale te mrugnięcia nie zawsze są zrozumiałe i są nierównej jakości. Pomysły świetne, jak uroczysta kolacja w muzeum z człowiekiem-małpą (trafiła na plakat), czy obie pokazane w filmie konferencje prasowe, przeplatane są łopatologicznym tłumaczeniem paradoksów, jakie istnieją w sytym i bogatym społeczeństwie. To, że Szwed (zresztą nie tylko Szwed) chętniej pomoże finansowo biednym dzieciom w Afryce, niż przechodniowi, który poprosi go o pomoc na ulicy, nie jest wybitnym odkryciem. Choć może dla jury w Cannes jest.

Scena warta uwagi:

Wstrząsająca jest, wspomniana wyżej i opisywana zresztą już wielokrotnie, scena bankietu w muzeum. Widz z jednej strony dziwi się „jak łatwo...”, a z drugiej czuje, że nie ma tam ani krzty fałszu, czy przesady.



20:52, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 marca 2017

(Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej, 2017)

Reżyseria: Maria Sadowska

Scenariusz: Krzysztof Rak

Grają (ci istotni): Magdalena Boczarska, Eryk Lubos, Piotr Adamczyk, Borys Szyc

6/10

Ten film ma kilka zalet i kilka wad. Choć w polskim kinie już parę lat temu coś drgnęło i produkuje filmy, na które nie tylko da się chodzić, ale wręcz chodzi się z przyjemnością, to cierpi wciąż na deficyt sympatycznych i uśmiechniętych bohaterów. Ci dostępni widzom, przeważnie cierpią bo przeżywają wewnętrzne rozterki („Zjednoczone Stany Miłości”), cierpią bo są społecznie dysfunkcjonalni („Ostatnia rodzina”), cierpią bo czasy są podłe („Powidoki”), albo zwyczajnie są przedmiotem niekontrolowanej fali zbrodni i okrucieństwa („Wołyń”). Istotnie trudno zachować dobry humor. Tym milej ogląda się pozytywnie nastawioną i pełną energii Michalinę Wisłocką, która przecież w życiu jakoś wybitnie wygodnie nie miała. W dodatku Magdalena Boczarska gra ją brawurowo. Po raz kolejny udowadnia, że to nazwisko na plakacie, to gwarancja jakości, a nie tylko (choć przecież również), kawałka nagości tu czy ówdzie. Dla Boczarskiej warto na ten film iść, bo jako jedyna nie wygląda jak rekwizyt, który ma widzowi przypominać, że rzecz dzieje się w PRL-u.

No i tu dochodzimy do minusów. „Sztuka kochania...” nie unika problemu wielu filmów opowiadających historię sprzed kilkudziesięciu lat, w których dużo uwagi zwraca się na to, żeby po ulicy przejechał autobus-ogórek, ale mniej, żeby ta ulica nie wyglądała jakby z niej przepędzono przed chwilą przechodniów, żeby nakręcić trzy sceny. Wychodzi z tego mało przekonujący obrazek. Naprawdę nie trzeba każdemu aktorowi przyprawiać wąsów, a każdej kobiecie fryzury z lat siedemdziesiątych. W ten PRL po prostu trudno uwierzyć, więc i historię ogląda się bez wielkich emocji. Historię, choć z gigantycznym potencjałem, to jednak dość chaotyczną, w której kilka postaci pojawia się nie wiadomo skąd i nie wiadomo gdzie ginie (mężczyzna spod prysznica, dozorca (?), przez kwadrans byłem przekonany, że Szyc gra jakiegoś konferansjera), a twórcy chcieli przekazać kilka morałów, kilka przestróg i kilka mrugnięć do widza, więc wszystko się miesza. Montażysta ciął aż miło. Ale film nie jest tak zły, jak moglibyście się obawiać, choć też nie tak dobry jak mógłby być.

Scena warta uwagi:

Eryk Lubos podrywający Boczarską jest bezbłędny.



19:00, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi