obyczajowy

środa, 10 stycznia 2018

(Molly’s Game, 2017)

Reżyseria: Aaron Sorkin

Scenariusz: Aaron Sorkin

Grają (ci istotni): Jessica Chastain, Idris Elba, Kevin Costner, Chris O’Dowd

 4/10

Jeśli w „Steve Jobs” przysypialiście na bezsensownie długich, bilateralnych rozmowach kilkorga głównych bohaterów o ich własnych uczuciach, a akcja posuwała się do przodu dzięki zmianie konfiguracji rozmawiających i przeskakiwaniu o kilka lat wte i we wte, to przeżyjecie deja vu. Historię Molly Bloom, która przez kilka lat organizowała grę w pokera najbardziej znanym i najmajętniejszym Amerykanom napisał i debiutancko wyreżyserował Aaron Sorkin, czyli scenarzysta tamtego filmu. To zresztą scenarzysta kilku bardzo udanych filmów, dlatego boli, że właśnie scenariusz w „Grze o wszystko” kuleje tak, że bolą zęby. Do końca filmu nie dowiedziałem się, czy oglądam film gangsterski, dramat psychologiczny, film biograficzny. Nie dowiedziałem się też, czy to co robiła pani Bloom, a co jest główną osia filmu, właściwie jest legalne, czy nielegalne.

Bo historia trafiła się Sorkinowi absolutnie fascynująca i rzecz jasna jest oparta na faktach i na książce, którą prawdziwa Molly napisała. Dziewczyna, niedoszła olimpijka w narciarstwie organizowała grę w pokera w Los Angeles, gdzie znani aktorzy (m.in. Tobey Maguire, Ben Affleck czy Leonardo DiCaprio) w wynajętym przez nią pokoju hotelowym przegrywali i wygrywali duże sumy, a także w Nowym Yorku, gdzie z jej usług korzystali rosyjscy mafiosi. Co z tego, kiedy zamiast krwisty film o pokerze, oglądamy, jedna za drugą, rozmowy o życiu, przerywane scenami w których Molly przeżywa rozmaite rozterki a z offu opowiada, że je przeżywa. Ponieważ do filmu zatrudniono niezłych aktorów, a oni się starają, wychodzi czasem przedziwnie. W jednej ze scen, gdy Molly rozmawia z ojcem, co w założeniu miało być najbardziej wzruszającą sceną w filmie, publiczność w kinie się śmiała.

Scena warta uwagi:

Pierwsza, wprowadzająca do filmu. To najlepsza jaką w życiu widziałem, kilkuminutowa sekwencja nagrana głównie po to, bo na końcu powiedzieć „fuck you!”. To akurat twórcom filmu wyszło.

Scena warta uwagi

niedziela, 26 listopada 2017

(Cicha noc, 2017)

Reżyseria: Piotr Domalewski

Scenariusz: Piotr Domalewski

Grają (ci istotni): Dawid Ogrodnik, Arkadiusz Jakubik, Agnieszka Suchora, Tomasz Ziętek

8/10

Nie da się nie porównywać tego filmu do twórczości Wojciecha Smarzowskiego, bo w cichej nocy jest coś i z „Wesela”, i z „Domu złego”. Zresztą reżyser Piotr Domalewski nie oburza się na takie porównania, a nawet jak sam mówi, bardzo mu schlebiają. „Cicha noc” to jednak film nieco inny. Historia Adama, kilkuletniego już emigranta na saksach w Holandii, który wraca na święta w rodzinne strony głównie po to, by z rodzicami i rodzeństwem załatwić sprawę sprzedaży domu po dziadku i za te pieniądze urządzić się na stałe za granicą, jest jednak dużo bardziej wyważona i intymna. Tam, gdzie u Smarzowskiego alkohol lał by się wartkim strumieniem i w ruch poszłyby siekiery, u Domalewskiego jest jednak rodzina. Nie zawsze fajna, nie jak z obrazka, pełna zawiści, pretensji, wyrzutów i robienia dobrej miny do złej gry, ale jednak rodzina, w której każdy znajdzie mniej lub więcej tego, co zna z własnych Wigilii. Być może Polacy są szaleni, bo są tym jedynym na świecie narodem, którego przedstawiciele co roku spędzają wieczór z ludźmi których nie lubią w sposób, na który nie mają ochoty, ale Domalewski próbuje pokazać dlaczego. I choć ze wszystkich sił stara się zasugerować widzowi sympatię do głównego bohatera, który próbuje się z tego schematu wyrwać, na końcu ten bohater przegrywa. Może inaczej się nie da.

„Cicha noc” zgarnęła niedawno w Gdyni główną nagrodę i choć może nie jest to najlepszy polski film tego roku, to jeden z najlepszych. Niezły główny wątek filmu ma za tło rodzinę, która od lat zmaga się z kłopotem emigracji i na dobrą sprawę, nie ma znaczenia, że główny bohater wyjechał do Holandii, bo mógłby wyjechać choćby do Warszawy. Rzecz w tym, że go nie ma, tak jak nie było jego ojca, a życie w dwóch miejscach naraz jest niewykonalne, co daje tej historii większą uniwersalność, niż się wydaje. Aktorów się chłonie z ekranu. W Gdyni nagrodę, poza tą dla filmu, odebrał też Dawid Ogrodnik, choć może bardziej należałoby wyróżnić Jakubika, a przede wszystkim Domalewskiego za reżyserię. Twórca filmu zwodzi widza. Każe lubić granego przez Jakubika ojca, choć tylko z opowieści dowiadujemy się jakim przez poprzednie lata był nieobecnym pijakiem. Każe widzieć kogoś na kształt krętacza w Adamie, choć może on jako jedyny ma ambicję, pomysł i odwagę, żeby się wyrwać się z mazurskiego grajdołu. Każda z postaci objawia się w trzech wersjach – w opowieściach rodziny, „oficjalnie” przy stole na obraz ogólny i wreszcie prywatnie, gdy coś trzeba załatwić, komuś się zwierzyć, albo po prostu wypłakać. Historii w jednej rodzinie jest multum. Domalewski wybrał tylko kilka.

Scena warta uwagi

Chwytająca za serce jest rozmowa ojca z Adamem w starym domu dziadka.



czwartek, 16 listopada 2017

(Borg/McEnroe, 2017)

Reżyseria: Janus Metz Pedersen

Scenariusz: Ronnie Sandahl

Grają (ci istotni): Sverrir Gudnason, Shia LaBeouf, Stellan Skarsgard

7/10

Przydługi, bezsensownie rozdęty polski tytuł, skrywa jeden z bardziej wciągających filmów sportowych, jakie nakręcono w ostatnich latach. Rywalizacja Bjoerna Borga i Johna McEnroe to jedna z bardziej wciągających sportowych historii, ale jeśli spodziewacie się opowieści o tym co się działo pomiędzy tymi dwoma, to nie o tym jest ten film. Zresztą obaj główni bohaterowie przez cały film spotykają się tylko trzykrotnie. To zdecydowanie bardziej dwie osobne biografie, dwóch wybitnych tenisistów, które akurat w pewnym momencie się przecięły, więc widz może sobie obu porównać. A jest co porównywać, bo obaj to nienajlepiej przystosowani, marzący o triumfach chłopcy, którzy zwycięstw chcieli tak bardzo, że aż ich rozsadzało. Tyle, że żeby dość do perfekcji wybrali dwie drogi. Amerykanin potrafił wściekłość na całe otoczenie, które nie było wstanie zrozumieć co się dzieje w głowie najlepszego tenisisty na świecie i jaki stres przeżywa, przekuć w furię podczas meczu i to go nakręcało. Borg przeciwnie, wszystko tłumił w sobie, a całą generowaną energię wkładał w najbliższą wymianę. Marcin Piątek w „Polityce” bardzo trafnie porównał jego umowę zawartą w młodości z trenerem Bergelinem („doprowadzę się do mistrzostwa, jeśli już nigdy nie wybuchniesz na korcie”), do paktu Fausta z Diabłem. Obaj zresztą - i Bergelin, i Borg – dotrzymali umowy.

Siłą filmu są obie główne kreacje, choć trudniejszą rolę miał Gudnason, bo musiał pokazać to, czego kibice tenisa, pamiętający grę Szweda, widzieć nie mogli. I może dlatego to on w pewnym sensie kradnie film, bo ze swojej roli wywiązał się perfekcyjnie. Po jego Borgu oglądanym w samotności – w pokoju hotelowym, w szatni, na ulicy – widać w jak potwornym żył stresie i jak z biegiem czasu coraz więcej siły, właściwie do nieludzkich granic, kosztowało go pilnowanie własnych emocji. Strach przed porażką, nieodłączny towarzysz każdego sportowca, w przypadku Borga wydaje się nie do zniesienia, choć zdawać by się mogło, że czterokrotny zwycięzca Wimbledonu już nic nie musi. „Ale jeśli przegram wszyscy zapamiętają mnie jako tego któremu się nie udało wygrać po raz piąty, a nie jako czterokrotnego zwycięzcę” - mówi w pewnym momencie .

Scena warta uwagi

Hipnotyzująca jest jedna z pierwszych w filmie, gdy Borg przechyla się przez krawędź balkonu w swoim mieszkaniu w Monako. W tej jednej chwili widz w mig łapie całą złożoność postaci i co chwilę zmienia zdanie, zastanawiając się czy Szwed jest gotowy skoczyć, czy może właśnie tak doskonale się kontroluje, że może tak ryzykować bez stresu. Scena pozostawia widza bez odpowiedzi, a potem właściwie cały film jej nie daje.

P.S. Co ciekawe w Szwecji ten film nosi tytuł „Borg”.

wtorek, 07 listopada 2017

(Pewnego razu w listopadzie..., 2017)

Reżyseria: Andrzej Jakimowski

Scenariusz: Andrzej Jakimowski

Grają (ci istotni): Agata Kulesza, Grzegorz Palkowski, Jacek Borusiński

9/10

Najlepszemu polskiemu filmowi tego roku Filmotatnik poświecił już akapit podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego, ale ponieważ właśnie wszedł do kin, zasługuje na osobną notkę. Wprost - Jakimowski nakręcił film ważny i poruszający, a Kulesza zagrała zjawiskowo. Reżyser wziął się za tłumaczenie widzom w jakim kraju żyjemy, a ponieważ mówi o tym co tu i teraz, nigdy nie jest to łatwe. I nic dziwnego, że już dostaje mu się z obu stron. Z jednej, że jest bezczelnym lewakiem, z drugiej, że to wcale nie tak i zamiast pokazać prawdę, zrobił jakąś hollywoodzkopodobną bajkę. Obie opinie są bzdurne. To film mocny, bo prawdziwy. Po seansie na festiwalu widzowie dziękowali reżyserowi za ten film i to nie tak kurtuazyjnie, jak to często bywa, gdy publiczność dorwie się do mikrofonu, ale szczerze.

Historia emerytowanej nauczycielki i jej syna studenta, którzy, "wyczyszczeni" z mieszkania w śródmiejskiej kamienicy szukają dachu nad głowa, to właściwe zestaw scen, z których każda jest treściwa. Z jednej strony bije miedzy oczy tym, co przez ostatnie ćwierć wieku z hakiem poszło w tym kraju źle. Co nie zadziało się samo, ale za co był i jest odpowiedzialny każdy dorosły godząc się na wszechobecny kult pieniądza, i własności. Każdy kto podczas dowolnych świat czy imienin u cioci zachwycał się kuzynem, który sprowadził trzy samochody z Niemiec, a tego, który skończył filologię ale pracuje na kasie w Biedronce, w skrytości ducha uznał za frajera. Ten film jest oskarżycielski jak żaden inny w ostatnich latach.

Z drugiej strony to jednak dająca nadzieję opowieść o tym, że w tym całym nieludzkim chaosie ludzie są z gruntu dobrzy, że tam gdzie jest kłopot znajda się tacy, którzy pomogą, a wreszcie, że warto być po ludzku przyzwoitym. Jakimowski zagląda pod koc, którego przeciętny zjadacz chleba i słuchacz newsów raczej nie odkrywa. Tłumaczy, że żeby stracić dom nie trzeba być menelem, że bieda i kłopoty nie trafiają na tych "którzy sobie zasłużyli" (co niby prawie każdy wie, ale i tak prawie każdy posługuje się stereotypem, dlatego to tak istotne). Przygląda się i pokazuje też przedstawiciela tej zamaskowane zgrai, która podczas listopadowych zadym chce traktować "czerwoną hołotę" akcesoriami robotniczo-rolniczymi. To film z zacięciem edukacyjnym, społecznym, reporterskim i politycznym. Aż dziw, że tak dużo udało się w nim zmieścić. Koniecznie do obejrzenia.

Scena warta uwagi

Jakimowski nagrywał wydarzenia 11 listopada 2013 r. z zamiarem zmontowania dokumentu. Dopiero potem przyszedł pomysł na film fabularny. W efekcie prawdziwe sceny z ulicy są wprzęgnięte w zdjęcia z aktorami. Zrobiono to tak dobrze, że ostatnie pół godziny filmu ogląda się w dużych emocjach. Tu naprawdę czuć narastającą atmosferę zadymy i tylko można się pytać w myślach jak to możliwe, że bydło demolujące miasto i rzucające w ludzi kamieniami może to bezkarnie robić w Warszawie XXI w.

20:12, kubadybalski , obyczajowy
Link Komentarze (1) »
sobota, 16 września 2017

(The Square, 2017)

Reżyseria: Ruben Ostlund

Scenariusz: Ruben Ostlund

Grają (ci istotni): Claes Bang, Elizabeth Moss, Dominic West

6/10

Film o tym, że mimo tysięcy lat rozwoju kultury niezmienie wszystko sprowadza się do tego kto komu może przywalić i kto kogo zaciągnie za włosy do łóżka. Także o sytuacjach, w których ta, szeroko rozumiana, kultura, jest nieprzydatna / szkodliwa / bezduszna / nieetyczna / groźna dla jednostki / groźna dla społeczności / niesprawiedliwa (konkretne określenie można sobie dopasować do każdej sceny z filmu). Początkowo zapowiada się na zwykłą satyrę na sztukę nowoczesną, zresztą na żartach z niej głównie śmieje się widownia. To byłoby ciekawe, gdyby reżyser zamiast robić bekę z tego, że jest niezrozumiała (co powszechnie wiadomo), zauważył, że czasem jest niezwykle sensowna (co wiadomo dużo mniej powszechnie), ale to w filmie ginie. Potem śledzimy losy dyrektora muzeum sztuki współczesnej, któy najogólniej rzecz biorąc wpada w kłopoty, bo w głębi serca jest nieśmiałym tchórzem, choć świetnie poruszającym się na salonach i wśród socjety. Film zdobył Złotą Palmę w Cannes na wyrost, bo wyważa otwarte drzwi. Zadaje pytania i podnosi problemy, podnoszone w kinie już dziesiątki razy. Część poruszanych tam tematów w zeszłym roku, świetnie, skonsumował „Toni Erdmann”. W scenie wywiadu, jednej z pierwszych w filmie, ani dziennikarka ani sam dyrektor nie rozumieją bełkotu na temat wystawy ze strony internetowej muzeum. Ale już Ryszard Ochódzki w „Misiu” tłumaczył, że nie ma co się bać, że ktoś zapyta po co ten miś. Nikt tego nie wie, więc nikt nie zapyta.

Na filmie Ostlunda nie będziecie się dobrze bawić, bo ogląda się go źle. Nie tylko dlatego, że taki był zamysł reżysera, żeby widz się przeglądał w filmie jak w lustrze, a to przeważnie nie jest ładny i przyjemny widok. To byłoby do przełknięcia. Gorzej, że film jest chaotyczny. Reżyser mruga do widza, ale te mrugnięcia nie zawsze są zrozumiałe i są nierównej jakości. Pomysły świetne, jak uroczysta kolacja w muzeum z człowiekiem-małpą (trafiła na plakat), czy obie pokazane w filmie konferencje prasowe, przeplatane są łopatologicznym tłumaczeniem paradoksów, jakie istnieją w sytym i bogatym społeczeństwie. To, że Szwed (zresztą nie tylko Szwed) chętniej pomoże finansowo biednym dzieciom w Afryce, niż przechodniowi, który poprosi go o pomoc na ulicy, nie jest wybitnym odkryciem. Choć może dla jury w Cannes jest.

Scena warta uwagi:

Wstrząsająca jest, wspomniana wyżej i opisywana zresztą już wielokrotnie, scena bankietu w muzeum. Widz z jednej strony dziwi się „jak łatwo...”, a z drugiej czuje, że nie ma tam ani krzty fałszu, czy przesady.



20:52, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 marca 2017

(Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej, 2017)

Reżyseria: Maria Sadowska

Scenariusz: Krzysztof Rak

Grają (ci istotni): Magdalena Boczarska, Eryk Lubos, Piotr Adamczyk, Borys Szyc

6/10

Ten film ma kilka zalet i kilka wad. Choć w polskim kinie już parę lat temu coś drgnęło i produkuje filmy, na które nie tylko da się chodzić, ale wręcz chodzi się z przyjemnością, to cierpi wciąż na deficyt sympatycznych i uśmiechniętych bohaterów. Ci dostępni widzom, przeważnie cierpią bo przeżywają wewnętrzne rozterki („Zjednoczone Stany Miłości”), cierpią bo są społecznie dysfunkcjonalni („Ostatnia rodzina”), cierpią bo czasy są podłe („Powidoki”), albo zwyczajnie są przedmiotem niekontrolowanej fali zbrodni i okrucieństwa („Wołyń”). Istotnie trudno zachować dobry humor. Tym milej ogląda się pozytywnie nastawioną i pełną energii Michalinę Wisłocką, która przecież w życiu jakoś wybitnie wygodnie nie miała. W dodatku Magdalena Boczarska gra ją brawurowo. Po raz kolejny udowadnia, że to nazwisko na plakacie, to gwarancja jakości, a nie tylko (choć przecież również), kawałka nagości tu czy ówdzie. Dla Boczarskiej warto na ten film iść, bo jako jedyna nie wygląda jak rekwizyt, który ma widzowi przypominać, że rzecz dzieje się w PRL-u.

No i tu dochodzimy do minusów. „Sztuka kochania...” nie unika problemu wielu filmów opowiadających historię sprzed kilkudziesięciu lat, w których dużo uwagi zwraca się na to, żeby po ulicy przejechał autobus-ogórek, ale mniej, żeby ta ulica nie wyglądała jakby z niej przepędzono przed chwilą przechodniów, żeby nakręcić trzy sceny. Wychodzi z tego mało przekonujący obrazek. Naprawdę nie trzeba każdemu aktorowi przyprawiać wąsów, a każdej kobiecie fryzury z lat siedemdziesiątych. W ten PRL po prostu trudno uwierzyć, więc i historię ogląda się bez wielkich emocji. Historię, choć z gigantycznym potencjałem, to jednak dość chaotyczną, w której kilka postaci pojawia się nie wiadomo skąd i nie wiadomo gdzie ginie (mężczyzna spod prysznica, dozorca (?), przez kwadrans byłem przekonany, że Szyc gra jakiegoś konferansjera), a twórcy chcieli przekazać kilka morałów, kilka przestróg i kilka mrugnięć do widza, więc wszystko się miesza. Montażysta ciął aż miło. Ale film nie jest tak zły, jak moglibyście się obawiać, choć też nie tak dobry jak mógłby być.

Scena warta uwagi:

Eryk Lubos podrywający Boczarską jest bezbłędny.



19:00, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 lutego 2017

(Captain Fantastic, 2016)

Rezyseria: Matt Ross

Scenariusz: Matt Ross

Grają (ci istotni): Viggo Mortensen, Frank Langella, Steve Zahn

8/10

Film spinają klamrą dwie rodzinne sceny. Pierwsza to rodzinne polowanie na jelenia. Ostatnia, to rodzinne śniadanie, przed pójściem dzieci do szkoły. Spokojnie, ani jedna ani druga nie wygląda tak, jak moglibyście się tego spodziewać. Albo inaczej. Wygląda, ale cały ich kontekst nie odpowiada waszym wyobrażeniom. Wszystko co pomiędzy, co prowadzi od jednej sceny do drugiej, to fascynująca podróż między tym co generalnie uważa się za dobre życie, a tym, co w skrytości ducha każdy z (nas?) pracujących w korporacjach/firmach/urzędach/instytucjach rozumie przez stwierdzenie „rzucić w p...du i wyjechać w Bieszczady”. Główny bohater, za którego Viggo Mortensen dostał oscarową nominację, budzi sympatię, bo robi to, czego prawie każdy chciałby spróbować. Tylko on nie próbuje. Robi to na całego, w dodatku mu to wychodzi.

Nie dziwcie się pewnemu chaosowi w poprzednim akapicie, bo „Capitain Fantastic” to jeden z tych filmów – i to jego olbrzymia zaleta - którego na dobrą sprawę nie da się opowiedzieć, trzeba go zobaczyć. Nie da się, bo film wywraca do góry nogami stereotypy, a gdyby zacząć o nim opowiadać słuchacz, właśnie przez nie próbowałby sobie wyobrazić o co chodzi. I uznałby, że to jakaś bzdura. Tymczasem to wzorowo poprowadzona konfrontacja dwóch światów. Coś jak „Tańczący z wilkami”, albo serial „Szogun”, tyle że dzieje się w sercu dzisiejszej Ameryki. Dla Matta Rossa przyniosło to nagrodę za reżyserię w sekcji Un Certain Regard na zeszłorocznym festiwalu w Cannes, a powinno nominację (lub dwie) do złotego ludzika.

Scena warta uwagi:

Bardzo ich dużo. Ale najbardziej reprezentatywne dla całego filmu są te w domu wujostwa całej rodziny Cashów – i ta przy stole i ta związana z pytaniem o „Bill of Rights”.

P.S. W Polsce film ma wejść do kin 10 marca, czyli rok z kwartałem po premierze na festiwalu w Sundance. To skandal.

niedziela, 19 lutego 2017

(Fences, 2016)

Reżyseria: Denzel Washington

Scenariusz: August Wilson na podstawie własnej sztuki pod tym samym tytułem

Graja (ci istotni): Denzel Washington, Viola Davis

6/10

Denzel Washington wyreżyserował sam siebie w ekranizacji nagrodzonej, m.in. Pulitzerem, sztuki teatralnej pod tym samym tytułem. Przenoszenie sztuk teatralnych na ekran wiąże się z ryzykiem, że jeśli scenarzysta nie będzie chciał zbyt wiele zmieniać, efekt końcowy za bardzo będzie przypominał przedstawienie, a za mało film. A to jednak dwa zupełnie odmienne rodzaje sztuki, przeznaczone do opowiadania innych historii, oferujące inne narzędzia, a skoro tak, to i wymagające od twórców, by z nich korzystać. Jeśli jednak scenariusz pisze autor sztuki, to trudno się dziwić, że potem oglądamy na ekranie teatr telewizji. Prawie wszystko dzieje się w trzech miejscach - ogródku za domem głównego bohatera, w jego kuchni i dużym pokoju, a także na ganku. August Wilson się nie wysilił, a szkoda, skoro dostał zupełnie inne możliwości niż, te które daje scena. Oglądając to przez dwie godziny, ma się olbrzymie poczucie ograniczenia (tytuł, w tym względzie, pasuje) i bardzo to przeszkadza.

Historia nie jest skomplikowana. Główny bohater to głowa rodziny, żyjąca w uporządkowanym świecie, na który zresztą przez całe, niełatwe życie solidnie zapracował. Rzecz w tym, że ta rodzina zaczyna mu się rozłazić. A jak się potem okaże, również z jego winy. Jest to więc typowy amerykański film obyczajowy o konflikcie pokoleń w czasach zmian społecznych i kulturowych (rzecz dzieje się na przełomie lat 50-tych i 60-tych). Tyle tylko, że nie jest to biała, bogata nowojorska rodzina, ale Afroamerykanie z przedmieść Pittsburga. Ani to dobre, ani złe. Z oscarową nominacją nieco na wyrost, choć film ratują dwie główne role. Ale, jak już wspomniano na początku. Washington i Davis zasłużyli bardziej na nagrody teatralne niż filmowe.

Scena warta uwagi:

Właściwie wszystkie z Denzelem Washingtonem. Nie ma tam niczego, czego nie pokazałby w innych filmach, ale i tak jest fajne.

P.S. "Fences" zbytnio nie zmieniły klasyfikacji oscarowej

1. „Nowy początek” - 9/10

2. „Manchester by the Sea” - 8/10

3. „La La Land” - 8/10

4. „Aż do piekła” - 7/10

5. „Ukryte działania” - 6/10

6. „Lion. Droga do domu” - 6/10

7. „Fences” - 6/10

8. „Przełęcz ocalonych” - 2/10

Do obejrzenia: „Moonlight”.

sobota, 11 lutego 2017

(Hidden Figures, 2016)

Reżyseria: Theodore Melfi

Scenariusz: Throdore Melfi, Allison Schroeder na podstawie „Hidden Figures” Margot Lee Shetterly

Grają (ci istotni): Taraji P. Henson, Octavia Spencer, Janelle Monae, Kevin Costner, Kirsten Dunst, Jim Parsons

6/10

Nominowany do Oscara, bardzo sympatyczny film edukacyjny o tym, że segregacja rasowa w USA była, nawet nie tyle zła, co absurdalna. Bohaterkami są trzy matematyczki pracujące w siedzibie NASA w Langley w Wirginii (tam to było, zanim się przeniosło do Houston) nad amerykańskim programem kosmicznym Mercury, czyli tym poprzednikiem Apollo, który miał doprowadzić do wysłania Amerykanina w kosmos. Mają podwójnie przerąbane, bo nie tylko są kobietami, ale w dodatku są czarnoskóre, więc w Wirginii – jednym ze stanów południowych – muszą nie tylko jeździć z tyłu autobusu, ale też np. korzystać z łazienek „dla kolorowych”. Historia jest oparta na trzech prawdziwych pracowniczkach NASA, choć na potrzeby filmu została mocno udramatyzowana i pozmieniana. Tak, żeby można było pokazać, że siłą woli, ciężką pracą i z pomocą dobrych ludzi, można sięgnąć gwiazd, dosłownie i w przenośni. I żeby amerykańskie rodziny mogły obejrzeć film przy niedzielnym obiedzie.

Nie liczcie na sceny i emocje takie jak w świetnej „Selmie”, która o statuetkę walczyła przed rokiem, a też mierzyła się z problemem segregacji rasowej, który USA trawiły przed pół wiekiem. „Ukrytym działaniom” bliżej do filmu familijnego niż dramatu. Nie ma tu rasistów, nie ma brutalności. Wirginijczycy raczej w segregacji rasowej widzą coś oczywistego, skoro ktoś jest biały, a ktoś czarny, a nie sadystyczny sposób na gnębienie drugiego człowieka („Ja naprawdę nic do ciebie nie mam”, „Wierzę. Wierzę, że pani wierzy w to co powiedziała”). Twórcy filmu taką postawę wyśmiewają, a gdy trzeba interweniują bohaterowie ultrapozytywni (szef programu kosmicznego Al Harrison czy astronauta John Glenn), którym w głowie się nie mieści coś takiego jak dzielenie ludzi z powodu koloru skóry. Ogląda się dobrze, ale trochę to cukierkowe.

Scena warta uwagi:

Rzecz jasna najważniejsze zdanie filmu – biorąc pod uwagę, że nakręcono go tak, by prowadzać nań szkolne wycieczki – pada z ust Harrisona, który demolując znak „toaleta dla kolorowych” mówi: „W NASA wszyscy sikami w tym samym kolorze”.

P.S. „Ukryte działania” nie zrobiły wielkiego zamieszania w filmotatnikowej klasyfikacji oscarowej.

1. „Nowy początek” - 9/10

2. „Manchester by the Sea” - 8/10

3. „La La Land” - 8/10

4. „Aż do piekła” - 7/10

5. „Ukryte działania” - 6/10

6. „Lion. Droga do domu” - 6/10

7. „Przełęcz ocalonych” - 2/10

Do obejrzenia: „Fences”, „Moonlight”.

czwartek, 05 stycznia 2017

(Bacalaureat, 2016)

Reżyseria: Cristian Mungiu

Scenariusz: Cristian Mungiu

Grają (ci istotni): Adrian Titieni, Vlad Ivanov

8/10

Doskonały film, który z tegorocznego festiwalu w Cannes wyjechał z nagrodą za reżyserię, mogłby z powodzeniem zostać nakręcony 40 lat temu w Polsce przez jakiegoś Kieślowskiego, Zanussiego, czy inną Holland. Mógłby zresztą opowiadać też o współczesnej Polsce, a przynajmniej tych jej fragmentach, które przebijają spod tego, czym je przyprószono przez ostatnie dwadzieścia kilka lat (choć klimat, tak od półtora roku, się ociepla). Córka Romeo, głównego bohatera, poważanego lekarza, właśnie zdaje maturę. To formalność, by za kilka miesięcy świetna uczennica zaczęła studia w Cambridge, gdzie egzaminy już dawno ma za sobą. Ale po wypadku, ta formalność staje się problemem. Tata więc postanawia pomóc losowi i wikła się w system przysług, w których lekarz pomaga urzędnikowi, ten z kolei policjantowi, a policjant nauczycielowi, itd. Pieniędzy tu właściwie nie ma, jest system „przysługa za przysługę”. Nie ma też, co mniej oczywiste, a Mungiu to świetnie uchwycił, zamkniętego kręgu znajomych, „kliki”, „układu”, czy jakbyśmy to chcieli nazwać. „Pomagają” sobie ludzie, którzy się nawet nie znają, ale „pan dziś mnie, a kiedyś może i ja będę w kłopocie”. A widz ogląda to z nieprzyjemnym uczuciem, czy jego kraj jest bardziej, czy może jednak mniej podobny, do prowincjonalnego rumuńskiego Kluża.

„Egzamin” jest pod pewnymi względami nawet bardziej poruszający, niż klasyka polskiego kina moralnego niepokoju. Tam np. zawsze był jaki wyjątkowo czarny charakter, taki skurwysyn, którego widz mógł wziąć za uosobienie najgorszych cech systemu. Czasem, jak w „Wodzireju”, był nim nawet główny bohater. W rumuńskim filmie... nikogo takiego nie ma. To wszystko są spokojni, zwykli, uprzejmi ludzie. Każdy ma swoje mniejsze lub większe kłopoty, urzędnik boi się operacji, szef policji jest po długotrwałym załamaniu związanym z rozwodem. Nikt nikomu nic złego nie zrobił, bo też Mungiu – zapewne z rozmysłem – nie pokazuje tych, którzy nie zdadzą egzaminu, bo nie ściągali, którzy nie zdążą na przeszczep wątroby, bo nie byli przesuwani na liście, albo stracili pracę w urzędzie, bo nie mieli znajomego, który by ich z powrotem zatrudnił. Idę o zakład, że niejeden widz po wyjściu z kina pomyśli, że „...właściwie o co chodzi, w czym problem?”. A to sprawia, że film jest o wiele bardziej niepokojący. Jeśli więc sądzicie, że o kinie moralnego niepokoju wiecie wszystko i nic więcej na ten temat wymyślić nie można, to jesteście w błędzie. Można. Idźcie do kina.

Scena warta uwagi

Niejedna. Ostatnia zdaje się sugerować, że reżyser jest optymistą. Że o ile pokolenie Romeo jest stracone, to to jego córki jeszcze nie. Znad Wisły można tylko kibicować i zazdrościć. Bardziej optymizmu, niż pokolenia...

22:54, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi