obyczajowy

środa, 15 marca 2017

(Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej, 2017)

Reżyseria: Maria Sadowska

Scenariusz: Krzysztof Rak

Grają (ci istotni): Magdalena Boczarska, Eryk Lubos, Piotr Adamczyk, Borys Szyc

6/10

Ten film ma kilka zalet i kilka wad. Choć w polskim kinie już parę lat temu coś drgnęło i produkuje filmy, na które nie tylko da się chodzić, ale wręcz chodzi się z przyjemnością, to cierpi wciąż na deficyt sympatycznych i uśmiechniętych bohaterów. Ci dostępni widzom, przeważnie cierpią bo przeżywają wewnętrzne rozterki („Zjednoczone Stany Miłości”), cierpią bo są społecznie dysfunkcjonalni („Ostatnia rodzina”), cierpią bo czasy są podłe („Powidoki”), albo zwyczajnie są przedmiotem niekontrolowanej fali zbrodni i okrucieństwa („Wołyń”). Istotnie trudno zachować dobry humor. Tym milej ogląda się pozytywnie nastawioną i pełną energii Michalinę Wisłocką, która przecież w życiu jakoś wybitnie wygodnie nie miała. W dodatku Magdalena Boczarska gra ją brawurowo. Po raz kolejny udowadnia, że to nazwisko na plakacie, to gwarancja jakości, a nie tylko (choć przecież również), kawałka nagości tu czy ówdzie. Dla Boczarskiej warto na ten film iść, bo jako jedyna nie wygląda jak rekwizyt, który ma widzowi przypominać, że rzecz dzieje się w PRL-u.

No i tu dochodzimy do minusów. „Sztuka kochania...” nie unika problemu wielu filmów opowiadających historię sprzed kilkudziesięciu lat, w których dużo uwagi zwraca się na to, żeby po ulicy przejechał autobus-ogórek, ale mniej, żeby ta ulica nie wyglądała jakby z niej przepędzono przed chwilą przechodniów, żeby nakręcić trzy sceny. Wychodzi z tego mało przekonujący obrazek. Naprawdę nie trzeba każdemu aktorowi przyprawiać wąsów, a każdej kobiecie fryzury z lat siedemdziesiątych. W ten PRL po prostu trudno uwierzyć, więc i historię ogląda się bez wielkich emocji. Historię, choć z gigantycznym potencjałem, to jednak dość chaotyczną, w której kilka postaci pojawia się nie wiadomo skąd i nie wiadomo gdzie ginie (mężczyzna spod prysznica, dozorca (?), przez kwadrans byłem przekonany, że Szyc gra jakiegoś konferansjera), a twórcy chcieli przekazać kilka morałów, kilka przestróg i kilka mrugnięć do widza, więc wszystko się miesza. Montażysta ciął aż miło. Ale film nie jest tak zły, jak moglibyście się obawiać, choć też nie tak dobry jak mógłby być.

Scena warta uwagi:

Eryk Lubos podrywający Boczarską jest bezbłędny.



19:00, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 lutego 2017

(Captain Fantastic, 2016)

Rezyseria: Matt Ross

Scenariusz: Matt Ross

Grają (ci istotni): Viggo Mortensen, Frank Langella, Steve Zahn

8/10

Film spinają klamrą dwie rodzinne sceny. Pierwsza to rodzinne polowanie na jelenia. Ostatnia, to rodzinne śniadanie, przed pójściem dzieci do szkoły. Spokojnie, ani jedna ani druga nie wygląda tak, jak moglibyście się tego spodziewać. Albo inaczej. Wygląda, ale cały ich kontekst nie odpowiada waszym wyobrażeniom. Wszystko co pomiędzy, co prowadzi od jednej sceny do drugiej, to fascynująca podróż między tym co generalnie uważa się za dobre życie, a tym, co w skrytości ducha każdy z (nas?) pracujących w korporacjach/firmach/urzędach/instytucjach rozumie przez stwierdzenie „rzucić w p...du i wyjechać w Bieszczady”. Główny bohater, za którego Viggo Mortensen dostał oscarową nominację, budzi sympatię, bo robi to, czego prawie każdy chciałby spróbować. Tylko on nie próbuje. Robi to na całego, w dodatku mu to wychodzi.

Nie dziwcie się pewnemu chaosowi w poprzednim akapicie, bo „Capitain Fantastic” to jeden z tych filmów – i to jego olbrzymia zaleta - którego na dobrą sprawę nie da się opowiedzieć, trzeba go zobaczyć. Nie da się, bo film wywraca do góry nogami stereotypy, a gdyby zacząć o nim opowiadać słuchacz, właśnie przez nie próbowałby sobie wyobrazić o co chodzi. I uznałby, że to jakaś bzdura. Tymczasem to wzorowo poprowadzona konfrontacja dwóch światów. Coś jak „Tańczący z wilkami”, albo serial „Szogun”, tyle że dzieje się w sercu dzisiejszej Ameryki. Dla Matta Rossa przyniosło to nagrodę za reżyserię w sekcji Un Certain Regard na zeszłorocznym festiwalu w Cannes, a powinno nominację (lub dwie) do złotego ludzika.

Scena warta uwagi:

Bardzo ich dużo. Ale najbardziej reprezentatywne dla całego filmu są te w domu wujostwa całej rodziny Cashów – i ta przy stole i ta związana z pytaniem o „Bill of Rights”.

P.S. W Polsce film ma wejść do kin 10 marca, czyli rok z kwartałem po premierze na festiwalu w Sundance. To skandal.

niedziela, 19 lutego 2017

(Fences, 2016)

Reżyseria: Denzel Washington

Scenariusz: August Wilson na podstawie własnej sztuki pod tym samym tytułem

Graja (ci istotni): Denzel Washington, Viola Davis

6/10

Denzel Washington wyreżyserował sam siebie w ekranizacji nagrodzonej, m.in. Pulitzerem, sztuki teatralnej pod tym samym tytułem. Przenoszenie sztuk teatralnych na ekran wiąże się z ryzykiem, że jeśli scenarzysta nie będzie chciał zbyt wiele zmieniać, efekt końcowy za bardzo będzie przypominał przedstawienie, a za mało film. A to jednak dwa zupełnie odmienne rodzaje sztuki, przeznaczone do opowiadania innych historii, oferujące inne narzędzia, a skoro tak, to i wymagające od twórców, by z nich korzystać. Jeśli jednak scenariusz pisze autor sztuki, to trudno się dziwić, że potem oglądamy na ekranie teatr telewizji. Prawie wszystko dzieje się w trzech miejscach - ogródku za domem głównego bohatera, w jego kuchni i dużym pokoju, a także na ganku. August Wilson się nie wysilił, a szkoda, skoro dostał zupełnie inne możliwości niż, te które daje scena. Oglądając to przez dwie godziny, ma się olbrzymie poczucie ograniczenia (tytuł, w tym względzie, pasuje) i bardzo to przeszkadza.

Historia nie jest skomplikowana. Główny bohater to głowa rodziny, żyjąca w uporządkowanym świecie, na który zresztą przez całe, niełatwe życie solidnie zapracował. Rzecz w tym, że ta rodzina zaczyna mu się rozłazić. A jak się potem okaże, również z jego winy. Jest to więc typowy amerykański film obyczajowy o konflikcie pokoleń w czasach zmian społecznych i kulturowych (rzecz dzieje się na przełomie lat 50-tych i 60-tych). Tyle tylko, że nie jest to biała, bogata nowojorska rodzina, ale Afroamerykanie z przedmieść Pittsburga. Ani to dobre, ani złe. Z oscarową nominacją nieco na wyrost, choć film ratują dwie główne role. Ale, jak już wspomniano na początku. Washington i Davis zasłużyli bardziej na nagrody teatralne niż filmowe.

Scena warta uwagi:

Właściwie wszystkie z Denzelem Washingtonem. Nie ma tam niczego, czego nie pokazałby w innych filmach, ale i tak jest fajne.

P.S. "Fences" zbytnio nie zmieniły klasyfikacji oscarowej

1. „Nowy początek” - 9/10

2. „Manchester by the Sea” - 8/10

3. „La La Land” - 8/10

4. „Aż do piekła” - 7/10

5. „Ukryte działania” - 6/10

6. „Lion. Droga do domu” - 6/10

7. „Fences” - 6/10

8. „Przełęcz ocalonych” - 2/10

Do obejrzenia: „Moonlight”.

sobota, 11 lutego 2017

(Hidden Figures, 2016)

Reżyseria: Theodore Melfi

Scenariusz: Throdore Melfi, Allison Schroeder na podstawie „Hidden Figures” Margot Lee Shetterly

Grają (ci istotni): Taraji P. Henson, Octavia Spencer, Janelle Monae, Kevin Costner, Kirsten Dunst, Jim Parsons

6/10

Nominowany do Oscara, bardzo sympatyczny film edukacyjny o tym, że segregacja rasowa w USA była, nawet nie tyle zła, co absurdalna. Bohaterkami są trzy matematyczki pracujące w siedzibie NASA w Langley w Wirginii (tam to było, zanim się przeniosło do Houston) nad amerykańskim programem kosmicznym Mercury, czyli tym poprzednikiem Apollo, który miał doprowadzić do wysłania Amerykanina w kosmos. Mają podwójnie przerąbane, bo nie tylko są kobietami, ale w dodatku są czarnoskóre, więc w Wirginii – jednym ze stanów południowych – muszą nie tylko jeździć z tyłu autobusu, ale też np. korzystać z łazienek „dla kolorowych”. Historia jest oparta na trzech prawdziwych pracowniczkach NASA, choć na potrzeby filmu została mocno udramatyzowana i pozmieniana. Tak, żeby można było pokazać, że siłą woli, ciężką pracą i z pomocą dobrych ludzi, można sięgnąć gwiazd, dosłownie i w przenośni. I żeby amerykańskie rodziny mogły obejrzeć film przy niedzielnym obiedzie.

Nie liczcie na sceny i emocje takie jak w świetnej „Selmie”, która o statuetkę walczyła przed rokiem, a też mierzyła się z problemem segregacji rasowej, który USA trawiły przed pół wiekiem. „Ukrytym działaniom” bliżej do filmu familijnego niż dramatu. Nie ma tu rasistów, nie ma brutalności. Wirginijczycy raczej w segregacji rasowej widzą coś oczywistego, skoro ktoś jest biały, a ktoś czarny, a nie sadystyczny sposób na gnębienie drugiego człowieka („Ja naprawdę nic do ciebie nie mam”, „Wierzę. Wierzę, że pani wierzy w to co powiedziała”). Twórcy filmu taką postawę wyśmiewają, a gdy trzeba interweniują bohaterowie ultrapozytywni (szef programu kosmicznego Al Harrison czy astronauta John Glenn), którym w głowie się nie mieści coś takiego jak dzielenie ludzi z powodu koloru skóry. Ogląda się dobrze, ale trochę to cukierkowe.

Scena warta uwagi:

Rzecz jasna najważniejsze zdanie filmu – biorąc pod uwagę, że nakręcono go tak, by prowadzać nań szkolne wycieczki – pada z ust Harrisona, który demolując znak „toaleta dla kolorowych” mówi: „W NASA wszyscy sikami w tym samym kolorze”.

P.S. „Ukryte działania” nie zrobiły wielkiego zamieszania w filmotatnikowej klasyfikacji oscarowej.

1. „Nowy początek” - 9/10

2. „Manchester by the Sea” - 8/10

3. „La La Land” - 8/10

4. „Aż do piekła” - 7/10

5. „Ukryte działania” - 6/10

6. „Lion. Droga do domu” - 6/10

7. „Przełęcz ocalonych” - 2/10

Do obejrzenia: „Fences”, „Moonlight”.

czwartek, 05 stycznia 2017

(Bacalaureat, 2016)

Reżyseria: Cristian Mungiu

Scenariusz: Cristian Mungiu

Grają (ci istotni): Adrian Titieni, Vlad Ivanov

8/10

Doskonały film, który z tegorocznego festiwalu w Cannes wyjechał z nagrodą za reżyserię, mogłby z powodzeniem zostać nakręcony 40 lat temu w Polsce przez jakiegoś Kieślowskiego, Zanussiego, czy inną Holland. Mógłby zresztą opowiadać też o współczesnej Polsce, a przynajmniej tych jej fragmentach, które przebijają spod tego, czym je przyprószono przez ostatnie dwadzieścia kilka lat (choć klimat, tak od półtora roku, się ociepla). Córka Romeo, głównego bohatera, poważanego lekarza, właśnie zdaje maturę. To formalność, by za kilka miesięcy świetna uczennica zaczęła studia w Cambridge, gdzie egzaminy już dawno ma za sobą. Ale po wypadku, ta formalność staje się problemem. Tata więc postanawia pomóc losowi i wikła się w system przysług, w których lekarz pomaga urzędnikowi, ten z kolei policjantowi, a policjant nauczycielowi, itd. Pieniędzy tu właściwie nie ma, jest system „przysługa za przysługę”. Nie ma też, co mniej oczywiste, a Mungiu to świetnie uchwycił, zamkniętego kręgu znajomych, „kliki”, „układu”, czy jakbyśmy to chcieli nazwać. „Pomagają” sobie ludzie, którzy się nawet nie znają, ale „pan dziś mnie, a kiedyś może i ja będę w kłopocie”. A widz ogląda to z nieprzyjemnym uczuciem, czy jego kraj jest bardziej, czy może jednak mniej podobny, do prowincjonalnego rumuńskiego Kluża.

„Egzamin” jest pod pewnymi względami nawet bardziej poruszający, niż klasyka polskiego kina moralnego niepokoju. Tam np. zawsze był jaki wyjątkowo czarny charakter, taki skurwysyn, którego widz mógł wziąć za uosobienie najgorszych cech systemu. Czasem, jak w „Wodzireju”, był nim nawet główny bohater. W rumuńskim filmie... nikogo takiego nie ma. To wszystko są spokojni, zwykli, uprzejmi ludzie. Każdy ma swoje mniejsze lub większe kłopoty, urzędnik boi się operacji, szef policji jest po długotrwałym załamaniu związanym z rozwodem. Nikt nikomu nic złego nie zrobił, bo też Mungiu – zapewne z rozmysłem – nie pokazuje tych, którzy nie zdadzą egzaminu, bo nie ściągali, którzy nie zdążą na przeszczep wątroby, bo nie byli przesuwani na liście, albo stracili pracę w urzędzie, bo nie mieli znajomego, który by ich z powrotem zatrudnił. Idę o zakład, że niejeden widz po wyjściu z kina pomyśli, że „...właściwie o co chodzi, w czym problem?”. A to sprawia, że film jest o wiele bardziej niepokojący. Jeśli więc sądzicie, że o kinie moralnego niepokoju wiecie wszystko i nic więcej na ten temat wymyślić nie można, to jesteście w błędzie. Można. Idźcie do kina.

Scena warta uwagi

Niejedna. Ostatnia zdaje się sugerować, że reżyser jest optymistą. Że o ile pokolenie Romeo jest stracone, to to jego córki jeszcze nie. Znad Wisły można tylko kibicować i zazdrościć. Bardziej optymizmu, niż pokolenia...

22:54, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 stycznia 2017

(Paterson, 2016)

Reżyseria: Jim Jarmush

Scenariusz: Jim Jarmush

Grają (ci istotni): Adam Driver, Golshifteh Farahani

8/10

Filmotatnik ma znajomego, który prawdopodobnie kilkanaście razy, jeśli nie więcej, oglądał „Ghost Doga”, czyli ten film o płatnym zabójcy, w którym główny bohater chyba najmniej pasuje do roli płatnego zabójcy. To u Jima Jarmusha zresztą dość powszechne i przyciągające, że niezaleznie od tego, czy robi film o rzeczy tak efektownej jak mafijny zabójca, czy wampiry, albo o tak przyziemnej jak kawa i papierosy, to i tak akcja jest na tyle leniwa, że pozwala dostrzec piękno i poezję w drobiazgach, na które w życiu nie zwrócilibyście uwagi. „Paterson” to przeuroczy film, w którym Jarmush wspina się na wyżyny tego stylu. Teoretycznie wszystko jest tu na opak. Miasto, według statystyk jedno z najniebezpieczniejszych w USA, to oaza spokoju, gdzie z gangsterami można pogawędzić o psach, a rapującego Method Mana można spotkać w pralni. W filmie Jarmusha to miasto poetów i poezji, której źródła można znaleźć w najdrobniejszym, i co nie mniej istotne – najzwyklejszym – szczególe, takim jak zapałki na stole, czy przechodniu na ulicy. Sam główny bohater jest uosobieniem tej poetyckiej zwyczajności miasta, zresztą i on, i miasto nazywają się tak samo.

Jest w filmie przepiękna scena, w której nie pada ani jedno słowo. Paterson siedzi w barze, do którego wpada wieczorami na piwo, wyprowadzając psa. Rozgląda się po różnych szczegółach miejsca w którym się znalazł, a kamera wodzi za jego wzrokiem. A to ściana za barem ze zdjęciami i wycinkami z gazet o sławnych mieszkańcach miasta, a to barman opowiadający dowcip jakiejś klientce, a to dwóch braci bliźniaków pogrążonych w rozmowie, z której słychać tylko szept. Każdy z tych obrazków, z powodzeniem mógłby być osobnym tematem filmu, albo początkiem opowiadania jakiegoś amerykańskiego pisarza z połowy ubiegłego stulecia. „Paterson”, choć opowiada historię najzwyklejszą ze zwykłych, jest nasycony „literackością” (z braku lepszego słowa...). Warto.

Scena warta uwagi:

Ponieważ została opisana wyżej, to zwróciłbym waszą uwagę, na wszystkie sceny z udziałem psa Marvina, który jest głównym czarnym charakterem tej opowieści. Otóż grająca Marvina suczka Nellie została podczas ostatniego festiwalu w Cannes uhonorowana Palm Dog Award, czyli przyznawaną od 15 lat przez międzynarodowe jury krytyków filmowych, nagrodą dla najlepszego psa-aktora (lub stada psów). Nellie jest pierwszym psem nagrodzonym pośmiertnie. Zmarła kilka miesięcy temu.

18:20, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 grudnia 2016

(Lion, 2016)

Reżyseria: Garth Davis

Scenariusz: Luke Davies na podstawie „A Long Way Home” Saroo Brielaya i Larry'ego Buttrose'a

Grają (ci istotni): Dev Patel, Nicole Kidman, Rooney Mara

6/10

Wzruszająca i pięknie sfilmowana prawdziwa historia o indyjskim chłopcu ze slumsów, który ni stąd ni zowąd znalazł się w Kalkucie, tysiąc mil od domu, do którego wrócił po ćwierć wieku. Czeka właśnie na rozdanie Złotych Globów z czterema nominacjami (w tym za najlepszy film dramatyczny), ileś nagród już zebrał, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że nieco na wyrost. Owszem, rzucają się w oczy zdjęcia, pozostaje w uszach świetna ilustracja muzyczna, ale sama historia nieco traci na tempie w drugiej części filmu. Główny bohater trochę szuka domu, trochę nie szuka, a motyw wokół którego osnute są jego wątpliwości – czy odnalezienie biologicznej rodziny zmieni jego stosunki z tymi, którzy go wychowali – wypada raczej blado. Szanse na aktorskie złote Globy ma Nicole Kidman i Dev Patel. Tylko ona na nominację zasłużyła.

„Lion...” nie ucieknie od porównania ze „Slumdogiem...”, który swego czasu zgarnął Oscara za najlepszy film (i siedem w innych kategoriach), zresztą polski dystrybutor sam porównuje oba filmy na plakatach („Slumdog był wymyślony, a Lion to prawdziwa historia, kupujcie bilety, ble ble...”). Ale o ile dzieło Danny'ego Boyle'a to był film pełną gębą, pełna rozmachu opowieść, która miała ambicję opisać Indie - zresztą całkiem nieźle jej to wyszło – to „Lion...” jest co najwyżej w porządku. Nie wyjdziecie z kina z poczuciem zmarnowanego czasu, ale też nie będzie to film, który zapamiętacie na długo.

Scena warta uwagi

Mały Saroo trafia do ośrodka dla bezdomnych dzieci gdzieś pod Kalkutą. Pierwsza rozmowa z chłopcem z którym wspólnie je obiad, rozmowa dwóch kilkulatków, jest żywcem wzięta z amerykańskich więziennych filmów. Robi wrażenie.

P.S. To kolejny film, w którym polski dystrybutor bezmyślnie przetłumaczył tytuł. Polski tytuł powinien brzmieć „Lwiątko” (w filmie nie ma żadnego lwa, ale dość szybko można się domyślić jak się znalazł w tytule, wyjaśnienie w napisach końcowych), ewentualnie po prostu „Droga do domu”, co byłoby banalne, bo pewnie sto siedemnaście różnych filmów zatytułowano tak, albo podobnie, ale jednak sensowniejsze.

poniedziałek, 17 października 2016

(Malaria, 2016)

Reżyseria: Parviz Shahbazi

Scenariusz: Parviz Shahbazi

Grają (ci istotni): Saghar Ghanaat, Saed Soheili, Azarakhsh Fahrani

5/10

Zwycięzca tegorocznego Warszawskiego Festiwalu Filmowego nagrodę dostał zdecydowanie na wyrost. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jurorzy nie mieli lepszego pomysłu na zwycięzcę, więc postanowili, bezpiecznie, nagrodzić „coś z Iranu o uciskanych kobietach”. Historia Hanny, która razem z chłopakiem ucieka z domu i w Teheranie poznaje uliczny zespół rockowy (tytułową „Malarię”, zresztą zespół istniejący naprawdę), jest na pewno ciekawa, bo zawsze interesujące jest pokazanie ludzi, którzy całą gębą żyją w XXI w., ale muszą zwracać uwagę na ograniczenia, które są żywcem wzięte z XIX w. Choć przeważnie nienachalnie, to jednak decydują o ich wyborach i kierują ich życiem. Dlatego Iran to generalnie wdzięczny temat dla filmowców, tylko że od pewnego czasu, żaden z nich nie mówi w tym temacie wiele nowego. Shahbazi nie jest wyjątkiem.

Film jest nie tyle przeciętny, co bardzo nierówny. Świetnie weń wplątano ujęcia kręcone smartfonem i gdyby w Warszawie przyznawano nagrodę za zdjęcia, to byłby faworyt. Twórcy sprawnie pokazują mniejsze lub większe absurdy, które są sprowokowane wieloletnimi rządami konserwatystów w Iranie i co chwilę widz ma problem, czy się śmiać, czy jednak powinien poczuć niepokój o losy bohaterów. Być może to niezdecydowanie, czy to film z przymrużeniem oka, czy raczej na poważnie, ma być jego atutem. Filmotatnikowi wybitnie przeszkadzało. Natomiast aktorstwo wybitnie ciągnie „Malarię” w dół. Zatrudniono do niego naturszczyków i to widać. Dialogi mają temperaturę tureckiej telenoweli i gdyby gdzieś zza jakiegoś rogu teherańskiej ulicy wyłoniła się sułtanka Kosem, emocjonalnie doskonale by się w ten film wpasowała.

Scena warta uwagi:

Ponieważ Filmotatnik jest absolutnie zakochany w irańskich górach, bardzo mu się podobały zdjęcia z wyciągu krzesełkowego w Draband.



20:17, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 października 2016

(Ostatnia rodzina, 2016)

Reżyseria: Jan P. Matuszyński

Scenariusz: Robert Bolesto

Grają (ci istotni): Andrzej Seweryn, Aleksandra Konieczna, Dawid Ogrodnik, Andrzej Chyra

7/10

Nie ma w tym filmie tąpnięcia, co sprawia, że nie ogląda się go z rozdziawionymi ustami. Może właśnie taki miał być i na tym polega jego siła, bo mimo tego, to film świetny. Po obrazie rodziny, w której ojciec był jednym z najbardziej rozpoznawalnych współczesnych malarzy, tworzącym niepodrabialne, psychodeliczne obrazy, syn dla części mojego pokolenia był uwielbianym dziennikarzem muzycznym, a matka musiała nad nimi zapanować, można się spodziewać historii rodziny w, co najmniej, głębokiej dysfunkcji. Tymczasem oglądamy Beksińskich jako niesamowicie kochającą się, związaną ze sobą familię, normalniejszą od wielu wydawało by się „normalnych”. Wszystkie narowiste relacje, okazują się łagodne, wszystkie sytuacje, które zmierzają do tego by wybuchnąć, okazują się rozwiązywalne. Bije z ekranu olbrzymie ciepło, którego po związku malarza zafascynowanego tragedią, adehadowego neurotyka po kilku próbach samobójczych i utalentowanej romanistki zamkniętej (dobrowolnie?) w czterech ścianach mieszkania na Służewiu, może się wydawać niezwykłe. Spójrzcie na plakat, w połowie zdominowany przez piekielny pejzaż z jednego z obrazów malarza (nie zwraca się na niego uwagi na pierwszy rzut oka, ale jest). Ten plakat jest mylący, a kontrast jest ogromny. Historia nie toczy się zdominowana tym, co bohaterom siedzi w głowie, ale wbrew temu.

Niezaprzeczalną wartością filmu są role, które warte są osobnego akapitu. Andrzej Seweryn tworzy postać, którą z powodzeniem można postawić obok wybitnych ról w filmach biograficznych (Jamie Foxx jako Ray Charles, Val Kilmer jako Jim Morrison, Robert Downey Jr. jako Charlie Chaplin). Zresztą już został nagrodzony za tę rolę na festiwalu w Locarno. Dawid Ogrodnik ponoć Tomasza Beksińskiego przerysował, ale Filmotatnikowi bardzo się podobał. Przy czym warto zauważyć, że chyba miał łatwiej, bo jednak miał przestrzeń do popisów, podczas gdy Seweryn, mimo braku tej przestrzeni, stworzył postać. Aleksandra Konieczna i Andrzej Chyra równają do poziomu wyznaczonego przez dwóch wymienionych wyżej.

Warto. Nawet trzeba.

Scena warta uwagi

Gdzieś w połowie lat 80-tych Tomasz Beksiński organizuje pokaz któregoś „Jamesa Bonda” z Rogerem Moorem. Dwa telewizory, gdzieś w jakiejś szkolnej sali, są obstawione głośnikami. Nie po to, żeby lepiej było słychać muzykę, ale dla Beksińskiego, który... tłumaczy film na żywo. W tej scenie widać pasję jaką dla Beksińskiego były film i muzyka. Przez cały film trzeba się wsłuchiwać w ekran, bo Tomek w wykonaniu Ogrodnika szepcze, połyka słowa, bełkocze, a w tej scenie mówi czysto i wyraźnie. Coś niesamowitego.

niedziela, 01 maja 2016

(Inhebbek Hedi, 2015)

Reżyseria: Mohamed Ben Attia

Scenariusz: Mohamed Ben Attia

Grają (ci istotni): Majd Mastoura

8/10

Zaskakująco inteligentny i błyskotliwie skonstruowany debiut, który reżyserowi przyniósł nagrodę na festiwalu w Berlinie, właśnie dla najlepszego debiutanta, a Majda Mastourę nagrodzono za rolę. "Hedi" został też uznany za najlepszą fabułę zakończonego niedawno warszawskiego festiwalu "Afrykamera". Tytułowy bohater właśnie się żeni, choć przyszła połowicę zna ledwo. Małżeństwo zostało zaaranżowane przez rodziny, młodzi się lubią, ale niewiele o sobie wiedzą, przez trzy lata znajomości nigdy nie mieli okazji poważnie porozmawiać. Hedi to cichy, na pierwszy rzut oka gapowaty 25-latek, który pensję oddaje dominującej matce, a pracę ma dzięki obrotnemu bratu. Takie życie, w którym oparcie i bezpieczeństwo gwarantuje ci tradycja i rodzina, jest wygodne. Ale Hediemu zaczyna to w pewnym momencie przeszkadzać, a ułożone życie wywraca się do góry nogami, gdy poznaje bliżej pewną opiekunkę grup turystów, pracującą w nadmorskim hotelu.

Historia, choć zanurzona w rzeczywistości porewolucyjnej Tunezji, jest uniwersalna. Pod każdą szerokością geograficzną znajdzie się jakaś żyjąca pod kloszem 25-letnia mameja, niby dorosły facet, ale głownie z wygody, zachowujący się tak, jakby czas stanął w miejscu dekadę wcześniej. I zawsze w końcu zaczyna mu ten stan doskwierać. Tylko że to jedynie pierwszy poziom filmu. "A jeśli ten Hedi to Tunezja?" - zapytał mnie współoglądający. I trudno się od takiego, metaforycznego spojrzenia uwolnić. Byłby to wiec film o kraju, który musi właśnie wybrać miedzy doskonale znaną i bezpieczną tradycją a zachodnią, będąca na wyciągnięcie ręki, nowoczesnością. Niepewną, ale i pociągającą. Kraju, który może nawet nie chce dokonywać teraz takiego wyboru, ale nie od niego zależy, że właśnie teraz przed nim stanął. To przesłanie jest przemycane przez pryzmat prostej historii skromnego dealera samochodów w sposób niesamowicie spójny i choćby dlatego warto ten film obejrzeć.

Scena warta uwagi:

Fajne są te wszystkie momenty, w których reżyser pokazuje Tunezję, kraj w niezwykły sposób zawieszony między Europą a Maghrebem. Np. plaże i hotele prawie w pełni sezonu ale jednak puste, co jest pewnie efektem zamachów. Albo gdy Hedi wspomina jak poszedł na demonstrację.

22:33, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi