thriller

niedziela, 10 września 2017

(Beguiled, 2017)

Reżyseria: Sofia Coppola

Scenariusz: Sofia Coppola na podstawie „A Panted Devil” Thomasa P. Cullinana

Grają (ci istotni): Nicole Kidman, Kirsten Dunst, Elle Fanning, Colin Farrell

7/10

Emocjonujący film, który mieści się gdzieś pomiędzy thrillerem, horrorem, czarną komedią, a filmem historycznym, o żołnierzu Północy, który w czasie wojny secesyjnej, ranny, trafia przypadkiem do położonej gdzieś w Wirginii szkoły dla dziewcząt. A że dyrektorka, nauczycielka, oraz dziewczęta mężczyzny na dobre nie widziały od dłuższego czasu, zaczynają się podchody z różnych stron. Sztywna hierarchia w miejscu, które sprawia wrażenie na odcięte od świata (niby trwa wojna, ale w tym miejscu obecna jest głównie w postaci odległych, choć codziennych wybuchów i pustki, którą zaburzają tylko przechodzące od czasu do czasu drogą oddziały żołnierzy) zostaje zaburzona. Dziewczęta nieco się rozzuchwalają. Przybysz nie ma zamiaru po wyleczeniu ran podziękować i ruszyć w swoją drogę. Ale od samego początku można podejrzewać, że dyrektorka w niejednym piecu pichciła pieczywo i nie z takimi sytuacja mi sobie radziła.

Film trzyma w napięciu, bo Coppola tak opowiada całą historię, że więcej każe się domyślać, niż mówi wprost. O przeszłości głównych bohaterów widz dowiaduje się niewiele, trochę przypadkiem i nie dowie się co się będzie działo dalej. Początek i koniec filmu są do siebie bardzo podobne, tak, jakby to co pomiędzy, właściwie się nie zdarzyło. A skoro tak, to można się tylko domyślać jak wiele przeszły główne bohaterki przed i po. „Na pokuszenie” to ekranizacja powieści sprzed pół wieku, którą zresztą już raz sfilmowano w latach 70-tych z Clintem Eastwoodem w roli głównej. Tamten film był brutalny i opowiedziany z męskiego punktu widzenia. Wersja Coppoli różni się i chyba wyszło jej to na dobre (zarówno filmowi, jak i samej Coppoli, która dostałą w Cannes nagrodę za reżyserię). Na ten film warto też iść dla Nicole Kidman, która im starsza, tym lepsza.

Scena warta uwagi:

Podobała się recenzentowi „Guardiana” i miał rację. Kolacja, gdy miss Martha w kilku zdaniach sprowadza na ziemię rozentuzjazmowaną Edwinę. Mistrzostwo.

P.S. Plakat jest świetny.



niedziela, 26 marca 2017

(Pokot, 2017)

Reżyseria: Agnieszka Holland

Scenariusz: Agnieszka Holland, Olga Tokarczuk na podstawie powieści tej drugiej „Prowadź swój pług przez kości umarłych”

Grają (ci istotni): Agnieszka Mandat, Wiktor Zborowski, Jakub Gierszał, Borys Szyc, Andrzej Grabowski, Tomasz Kot, Katarzyna Herman

7/10

Jeśli od kina oczekuje się żeby mówiło to, co ludziom aktualnie chodzi po głowie, to chyba trudno znaleźć od tego lepszą specjalistkę niż Agnieszka Holland. Choć znalazłoby się co najmniej kilka lepszych filmów, które nakręciła, to „Pokot” ma tę wartość, że idealnie wstrzelił się w swój czas, choć przecież powieść Tokarczuk, dość wiernie zekranizowana, została wydana już kilka lat temu. I nie chodzi tu tylko o pseudoministra, który nie jest ogólnonarodowym pośmiewiskiem tylko dlatego, że w rządzie są śmieszniejsi od niego. Bardziej o to, że dopiero jakoś tera Polacy odkrywają, że w tym kraju jest ogromna i potężna rzesza pasjonatów, których hobby polega na mordowaniu. W dodatku są zdziwienie, że inni są tym zdziwieni.

W „Pokocie” nie chodzi o zwierzęta, tylko o ludzi. To film o „nawiedzonej wariatce”, która z uporem maniaka walczy z całym światem. Holland nie tylko pokazuje jej racje, które zwykle umykają przesłonięte przez ekscentryczność, ale przede wszystkim – i to jest olbrzymia siła tego filmu – wskazuje jak bezsilny bywa człowiek wobec otaczającej go obojętności i jak przerażająca to sytuacja. Nie trzeba wielkiego wysiłku by dostrzec, że Duszejko ma rację. Wskazuje na oczywiste łamanie prawa, niemoralne zachowania ludzi, niewychowawcze postępowanie szkoły, kompletny brak miłosierdzia kościoła, etc. Wszyscy dookoła widzą babę krzyczącą, że „zabijanie zwierząt jest złe” i tyle, i pukają się w czoło. Holland za to pokazuje właśnie, że zabijanie zwierząt jest sprzeczne z tym, co szereg szacownych osób i instytucji głosi wszem i wobec, by od czasu do czasu wyskoczyć sobie do lasu. Kto czytał powieść i tak obejrzy z zainteresowaniem. Kto nie czytał, niech przeczyta a potem obejrzy.

Scena warta uwagi:

Pierwsza w filmie. Przepiękna. W dodatku podkreślona doskonałą muzyką, która jest dużym plusem „Pokotu”.

P.S. Świetny jest anglojęzyczny plakat. Warto go tu pokazać.



13:44, kubadybalski , thriller
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 marca 2017

(Ah-ga-ssi, 2017)

Reżyseria: Park Chan-wook

Scenariusz: Park Chan-wook, Chung Seo-kyung na podstawie powieści „Fingersmith” Sarah Waters

Grają (ci istotni): Kim Min-hee, Kim Tae-ri, Ha Jung-woo, Cho Jin-woong

7/10

Oglądając ten film dostaniecie wszystko, czego można się spodziewać po koreańskim thrillerze erotycznym, a więc wisielców, dręczenie dzieci oraz seks ze zwierzętami (i założę się, że nie zgadniecie, o jakie zwięrzę chodzi). Poza tym dostaniecie bardzo efektowny dreszczowiec, w którym co jakiś czas historia wywraca się do góry nogami. Park Chan-wook samą opowiesć snuje po mistrzowsku (choć też trzeba przyznać, choc trochę rozwleka), każe widzowi myśleć w taki sposób, jaki jest mu potrzebny, by za chwilę go zaskoczyć. Rzecz jasna od początku zdajemy sobie sprawę, że chodzi o odgadnięcie kto z kim kogo wystrychnie na dudka, ale do końca nie można być pewnym, że rzeczywiście nasi faworyci okażą się tymi, którzy wygrywają. Często ten film nazywa się „bardziej tarantinowskim od filmów Tarantino”. Nie do końca, bo koreański reżyser wywleka na wierzch uczucia swoich bohaterów, a przecież uczucia bohaterów Tarantino wyrażają się głównie w tym czy strzelają spokojnie, czy może wpakowują w ofiarę cały magazynek. Ale jednak pogmatwanie historii trochę ich upodabnia.

Co więcej Park Chan-wook jest szczególarzem. Wnętrza i krajobrazy są piękne, a operator nie żałował taśmy by to pokazać. Świetna jest też muzyka. Cała wizualna i dźwiękowa strona filmu ma zbudować atmosferę, która pozwoli na śledzenie losów głównych bohaterów. Nie odwraca od nich uwagi, ale nie da się oprzeć wrażeniu, że każde ujęcie jest dokładnie zaplanowane, namalowane, a następnie odtworzone w rzeczywistości. Być może najbardziej przy tym filmie napracowali się scenografowie. Warto iść na ten film również po to, żeby się napatrzyć.

Scena warta uwagi:

Choćby jedna z pierwszych w filmie gdy Sook-hee jedzie samochodem do dworu, w którym będzie służyć jako pokojówka. Już wtedy widać jak ładny film będziemy oglądać.

P.S. No i plakat. Plakat jest wybitny.



16:35, kubadybalski , thriller
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 grudnia 2016

(Nocturnal Animals, 2016)

Reżyseria: Tom Ford

Scenariusz: Tom Ford

Grają (ci istotni): Amy Adams, Jake Gyllenhaal, Michael Shannon, Armie Hammer, Laura Linney, Andrea Riseborough, Michael Sheen, Jena Malone

7/10

Bardzo porządny, nieoczywisty, thriller o interesującej konstrukcji, który nieco przypomina estetyką "Neon Demon", ale o ile w filmie Refna efekty wizualne są głównym tematem, o tyle w filmie Forda ostro umalowana i oszczędna w słowach główna bohaterka to tylko przykuwająca uwagę otoczka głównej historii. Oglądamy wiec film o kobiecie, która czyta książkę, a dwie przeplatające się opowieści w niezwykły sposób na siebie wpływają. Od samego początku widz wie, że rzeczywistość i powieść wzajemnie się ze sobą wiążą, ale w trakcie filmu musi wykombinować na czym ten związek polega. Nie jest on może aż tak pokręcony, jak w błyskotliwym "Przypadku Harolda Cricka", ale i tak ciekawy.

Tom Ford, światowej sławy projektant i dyktator mody, filmy robi z zamiłowania i wychodzi mu to doskonale. "Zwierzęta nocy" to drugi, który napisał i wyreżyserował. Siedem lat temu "Samotny mężczyzna" tez debiutował w Wenecji, a grający tam główna rolę Colin Firth dostał na festiwalu nagrodę aktorską, a potem zgarnął jeszcze nagrodę BAFTA, Złoty Glob i oscarową nominację. Ten film z kolei w tym roku wyjechał z Wenecji z Grand Prix Jury i gdzieniegdzie przebąkuje się, że może pomoc Amy Adams w zgarnięciu Oscara, choć na dobra sprawę, co najmniej dwie inne role przykuwają uwagę (Gyllenhaal, Shannon), a i cała zgraja fajnych aktorów w epizodach bardzo filmowi pomagają.

Scena warta uwagi:

Śmieszne są obie sceny w muzeum, które chyba przekonują główna bohaterkę, że jej wybór nie był właściwy. Słusznie?

wtorek, 01 listopada 2016

(Prosta historia o morderstwie, 2016)

Reżyseria: Arkadiusz Jakubik

Scenariusz: Arkadiusz Jakubik, Igor Brejdygant, Grzegorz Stefański

Grają (ci istotni): Filip Pławiak, Kinga Preis, Andrzej Chyra, Ireneusz Czop

5/10

Trzeba na reżysera Arkadiusza Jakubika chuchać i dmuchać, bo choć "Prosta historia o morderstwie" jest filmem pełnym mielizn i nieco irytującym, to łatwo dostrzec, że Jakubik lubi dobre amerykańskie kino i chce się na nim wzorować, choć tym razem mu nie wyszło. Wyszedł mu film bardziej efekciarski niż efektowny. Np. bardzo podoba mi się główny motyw muzyczny, tyle że jest go za dużo i w złych miejscach. Skakanie miedzy przeszłością a teraźniejszością robi historii źle, bo łatwo można się w tym pogubić, tym bardziej, że grający głównego bohatera Filip Pławiak ma tę samą minę przez półtorej godziny. Trudno się wiec czasem zorientować, czy to już po tytułowym morderstwie, czy jeszcze przed. Watek brata-gangstera jest bezsensowny, bo dla fabuły nie ma żadnego znaczenia i mogłoby go nie być. Z drugiej strony nietypowa scena rozmowy w języku migowym w łazience jest doskonała.

Tym co ciągnie film w dół jest niestety wspomniany Pławiak. Amerykanie od czasu do czasu robią thriller w którym głównemu bohaterowi świat się wali na głowę, musi ogarnąć siedemnaście rożnych rzeczy, zdobyć pieniądze, uratować kobietę i na końcu przeżywa, albo nie, ale tak czy siak wszystko kończy się dobrze. Takie filmy, jak "Życie Carlita", "Chłopcy z ferajny", czy, żeby nie szukać daleko, "Wilk z Wall Street", opierają się na postaci głównego bohatera. Tymczasem Jacek jest nijaki, bo Pławiak jest nijaki. Gdyby ta rola była choć w połowie tak brawurowa, jak Kingi Preis, film byłby lepszy.

Scena warta uwagi:

Pomysł, by najmłodszy brat Jacka był głuchoniemy, powstał chyba tylko po to, by nakręcić wspomniana scenę w łazience. Tym razem było warto.

17:10, kubadybalski , thriller
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 października 2016

(Girl on the Train, 2016)

Reżyseria: Tate Taylor

Scenariusz: Erin Cressida Wilson

Grają (ci istotni): Emily Blunt, Edgar Ramirez, Luke Evans

4/10

Ekranizacja zeszłorocznego bestsellera Pauli Hawkins może niestety wciągnąć tylko tych, którzy nie czytali książki. Obejrzą klasyczny, dość schematyczny thriller o miłosnym pięciokącie, w którym głównej bohaterce, która jest najbliżej wykombinowania kto zabił, nikt nie wierzy, bo niestety garuje bez specjalnego opamiętania. Niestety twórcy filmu postanowili zignorować wszelkie zabiegi, które sprawiają, że książkowy pierwowzór jest wciągającym kryminałem. Rozedrgana emocjonalnie Rachel, która sama sobie próbuje tłumaczyć picie, kłamanie i szereg bezsensownych działań, to największą zaleta książki. Opowiadanie z punktu widzenia pierwszej osoby (a właściwie trzech osób) daje czytelnikowi poczucie uczestniczenia w całej historii od środka, a jednocześnie powoli pokazuje mu cała intrygę. W filmie oglądamy jednak klasyczną opowieść, nieco się dłużącą, a Rachel w wykonaniu Emily Blunt głownie beczy i się snuje. Kto zabił można wykombinować w połowie filmu.

Drugą rzeczą jest rzekomy alkoholizm Rachel. "Rzekomy" na ekranie, bo w książce to bardzo sugestywnie pokazany, czwarty bohater. Twórcom filmu jednak wydawało się chyba, że wystarczy Blunt rozmazać makijaż i kazać od czasu do czasu się zataczać, żeby pokazać, że nie wylewa za kołnierz. Jedna z najmocniejszych scen w książce - skacowana Rachel budzi się z siniakami i zadrapaniami, nie pamięta poprzedniego wieczoru, wymiotuje współlokatorkę na wykładzinę, po czym idzie dalej spać - w filmie jest pokazana poprzez jeden siniak i skotłowaną pościel. Ech. Przydało by się do tego Hollywood wysłać Smarzowskiego, to by im pokazał jak się robi takie filmy.

Scena warta uwagi:

O ile w książce finałowa scena (mordowania mordercy) jest dobrym podsumowaniem, to w kinie wzbudziła lekki szmer śmiechu. Nic dziwnego bo w wersji ekranowej trochę nie ma sensu. Ale nad spartoleniem książki już się wyzłośliwiałem wyżej.

sobota, 30 lipca 2016

(Manhattan Night/Manhattan Nocturne, 2016)

Reżyseria: Brian DeCubellis

Scenariusz: Brian DeCubellis na podstawie „Manhattan Nocturne” Colina Harrisona

Grają (ci istotni): Adrien Brody, Yvonne Strahovski

3/10

Film, który bardzo chciałby być tak fajny jak filmy noir o detektywach, gdzieś z lat 30-tych, 40-tych, lub 50-tych, ale niestety nie jest. No więc powinien być detektyw, niespecjalnie śmierdzący groszem, samotnik, który ufa kobietom, chociaż te niezmiennie wykorzystują go i porzucają, a on niezmiennie szlaja się po ciemnym, brudnym i niebezpiecznym mieście. Taka jest konwencja i jeśli chce się zrobić taki film, to trzeba się jej trzymać. Nie można robić z głównego bohatera (tutaj akurat jest dziennikarzem – to dopuszczalne) jednocześnie samotnika i męża, oraz ojca dwójki małych dzieci. Nie można gdzieś półgębkiem wspominać, że ma jakieś tam kłopoty finansowe, jeśli widz widzi, że powodzi mu się doskonale, mieszka w Nowym Jorku w wymarzonym domu, a małżonka jest wziętym lekarzem. Takich niekonsekwencji jest w tym filmie mnóstwo, a próby uwspółcześnienia niektórych motywów z filmów sprzed pół wieku wypadają kabaretowo.

Fabuła się rwie. Przez pierwsze pół godziny nie wiadomo o co chodzi. Gdy intryga nieco się odsłania, trudno uwierzyć, że ktoś może być tak głupi, że daje się w nią wciągnąć. Oczywiście jest jeden powód, dla którego klasyczny detektyw z klasycznego filmu się w nią wciąga – kobieta. Taka, dla której można stracić głowę. Taka tutaj jest, tyle że jest też wspomniana – rzadko spotykana w klasyce gatunku – małżonka oraz dzieci, które ponoć główny bohater niezwykle kocha. Wszystko tu więc pasuje jak pięść do nosa. W dodatku dialogi są wyjątkowo drętwe („bardzo złe dialogi są...”). Strata czasu.

Scena warta uwagi:

Fajnie by było napisać, że może przynajmniej ten Nowy Jork nocą jest ładnie sfilmowany. Ale nie jest. Oko można zawiesić wyłącznie na Yvonne Strahovski.

19:09, kubadybalski , thriller
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 lipca 2016

(Neon Demon, 2016)

Reżyseria: Nicolas Winding Refn

Scenariusz: Mary Laws, Nicolas Winding Refn, Polly Stenham

Grają (ci istotni): Elle Fanning, Jena Malone, Keanu Reeves, Alessandro Nivola

9/10

Przypomnijcie sobie gęsią skórkę, która przebiegła wam po plecach kiedy po raz pierwszy usłyszeliście „Angel” Massive Attack na dużych kolumnach, albo gdy Dennis Bergkamp strzelał gola Argentynie, albo gdy TA dziewczyna po raz pierwszy się do was uśmiechnęła. Te same ciarki przejdą wam po plecach w kinie na „Neon Demonie”. To wizualny majstersztyk, który – że się tak wyrażę – zjada się oczami.

Nie każdemu się spodoba (ostrzegam, żeby potem nie było, że nie ostrzegałem). Nie dlatego, że to trudne w odbiorze kino „artystyczne”, czy „wizjonerskie”. Po prostu dlatego że Refn jest zwyczajnie nienormalny, a wizja wariata nie trafia w każde gusta. Ale ta wizja uwodzi. Każda scena to osobna kompozycja. W dodatku rewelacyjnie zilustrowana muzyką Cliffa Martineza, który zresztą został za nią wyróżniony w Cannes (takiej muzyki do filmu nie pisało się od połowy lat 90-tych). To film intensywny. Jeszcze bardziej niż poprzedni Refna, czyli „Tylko Bóg wybacza”. Zresztą z każdym kolejnym reżyser wszystko robi bardziej. Przy następnym filmie Duńczyk będzie miał problem, jak to przebić.

Każdy z aktorów został tak dobrany, by uwypuklić cechy granych postaci, malowanych grubą kreską, co niby wiadomo, ale i tak scena z Keanu Reevesem za ścianą skręca w brzuchu. Film jest sztuczny, bo pokazuje sztuczny świat, ale zwłaszcza te jego fragmenty, które są niepokojąco pociągające („Zwróciłbyś na nią uwagę, gdyby nie jej uroda?”). Łatwo ulec wrażeniu że ta sztuczność nie jest tak odległa, choć nikt nie chciałby się do tego przyznać. To film o ekstremach, które wcale nie są tak od siebie odległe, jak w przypadku najbardziej odjechanej postaci, granej przez Jenę Malone, wizażystki żywych i zmarłych. Jeśli więc pokręciliście nosem bo spodziewacie się cukierkowego filmu o początkującej modelce wciąganej przez wielki świat mody, to nic bardziej błędnego. Koniecznie (ale jakby co, ostrzegałem).

Scena warta uwagi:

Hmm, co by tu wybrać. Jedna z pierwszych, gdy Jesse na przyjęciu jest na specjalnym zamkniętym pokazie, ilustrowana głównym motywem muzycznym filmu, to klimat „Neon Demona” do kwadratu.

20:45, kubadybalski , thriller
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 lipca 2016

(A Bigger Splash, 2015)

Reżyseria: Luca Guadagnino

Scenariusz: David Kajganich, Alain Page

Grają (ci istotni): Tilda Swinton, Ralph Fiennes, Matthias Schoenaerts, Dakota Johnson

7/10

Premierowo pokazywany w zeszłym roku w Wenecji, remake francuskiego „Basenu” z 1969 r. (to ten film w którym Alain Delon smaga brzozową witką nagą Romy Schneider) to popis aktorski świetnie dobranego kwartetu, który odgrywa wakacje na Pantellerii czwórki zepsutych przedstawicieli klasy średnio-wyższej. Teoretycznie to thriller erotyczny, ale nietypowy thriller i nietypowo, choć niewątpliwie, erotyczny. Błyszczy Ralph Fiennes jako rozgadany bon-vivant, zachwyca Tilda Swinton jako niema gwiazda rocka kiedyś kochanka tego pierwszego a dziś zakochana w odchorowującym traumatyczne przeżycia filmowcu (Schoenaerts, jak w każdym filmie, grający spojrzeniem zbitego psa), którego z kolei uwodzi nieprzekonująco pełnoletnia córka bon-vivanta (Dakota Johnson ponętna, powiedzmy, nie mniej niż w „Pięćdziesięciu twarzach Greya”). Zasadniczo każdy ma ochotę na każdego, choć najbardziej Fiennes, który rzuca się nawet na gosposię.

Do dobrego filmu nie potrzeba morza pieniędzy, wystarczy umieścić w jednym miejscu grupę ludzi i skomplikować relacje między nimi, kilku rzeczy niedopowiadać, zaprząc do pokazania emocji światło i pogodę, a także dodać ładne pejzaże. Wzajemne zachowania głównych bohaterów dryfują między sympatią a skandalem, co zawsze jest ciekawe. A to, że sytuacja jakoś musi się w którymś momencie rozwiązać, wiadomo od początku, choć nie wiadomo jak to się stanie. Jak jeszcze ma się do dyspozycji fajnych i pomysłowych aktorów, a podobno to Swinton zaproponowała, żeby rzucić w kąt pierwszą wersję scenariusza, w której miała mnóstwo dialogów, to wychodzi bardzo dobry film. Jak się pośpieszycie to jeszcze załapiecie się na „Nienasyconych” w jakimś kinie, a w letniej mizerii, między kosmitami, orkami i Dory, naprawdę warto.

Scena warta uwagi

Tym, czego w oryginale sprzed pół wieku nie było jest wątek związany z próbującymi przedostać się do Europy, właśnie przez położoną u wybrzeży Sycylii Pantellerię, uchodźcami z północnej Afryki. Temat wspominany kilka razy, półgębkiem, ale mocno. Zwłaszcza w scenie, w której przedzierający się przez góry Paul i Penelope spotykają przedzierających się przez góry imigrantów, ale również podczas przesłuchania na komisariacie.



piątek, 11 grudnia 2015

(Czerwony pająk, 2015)

Reżyseria: Marcin Koszałka

Scenariusz: Marcin Koszałka

Grają (ci istotni): Adam Woronowicz, Filip Pławiak, Julia Kijowska

6/10

Koszałka, choć w zasadzie uchodzi przede wszystkim za świetnego operatora („Czerwony pająk” to jego reżyserski debiut jeśli chodzi o film fabularny), to wyrósł z dokumentu. Konkretnie jednego, nakręconego prawie dwie dekady temu filmu „Takiego pięknego syna urodziłam”, którym pokazał, że temat można znaleźć wszędzie, choćby na własnej kanapie. Pamiętam gdy po raz pierwszy pokazano go w TV i jakie na mnie zrobił wrażenie. Już wtedy było widać jakie Koszałka ma oko do ludzi, jak potrafi kamerą pokazać to co w nich najciekawsze. Dzięki tej umiejętności kręci się najlepsze dokumenty i jest wielce przydatna przy tworzeniu fabuły. Do dziś mu pozostała i to w bardzo wysokiej jakości.

Postacie w „Czerwonym pająku” są dobre. Bez wyjątku. Ale Woronowicz i Pławiak odgrywający seryjnego mordercę i zafascynowanego nim młodego chłopaka grają brawurowo. Tak jak Woronowicz jest jednocześnie wciągający i odpychający tak fascynujący i odpychający jednocześnie jest Kraków w połowie lat 60-tych. W czasach mody na pokazywanie PRL-u w filmie, Koszałka robi to chyba najciekawiej. Ale gdy próbujemy rozgryźć motywację głównego bohatera, przyczyny które pchnęły go to tego co robi i powody decyzji, które podejmuje (a podejmuje – trzeba to powiedzieć – przedziwne decyzje), to jest kłopot. Koszałka każe się widzowi domyślać chyba za bardzo. Stawia zbyt wiele pytań bez odpowiedzi. Taki mam z tym filmem problem. Gdy Krzysztof Kieślowski opowiadał swoją historię w „Krótkim filmie o zabijaniu” (skojarzenie nasuwa się samo) to jednak dawał widzowi szereg podpowiedzi i tematów do rozważań. Koszałka daje ich niewiele.

Scena warta uwagi:

Jest taka scena, w której widać mistrzostwo operatorskie Koszałki, który poza reżyserią i napisaniem filmu, jeszcze sprawował pieczę nad zdjęciami. Grupa samochodów jedzie na wizję lokalną do jakiegoś kamieniołomu, czy kopalni, czy do Jury (cholera wie co tam jest pod Krakowem...). Kamera z góry pokazuje samochody jadące wąską ścieżką między wzniesieniami, a widz ulega optycznemu złudzeniu gdzie jest zbocze, a gdzie ściana. Bardzo mi się spodobała.

P.S. Trzeba też podkreślić to, jak fajny jest plakat. Konia z rzędem temu kto rozpozna, czy jest na nim Pławiak, czy Woronowicz...

21:56, kubadybalski , thriller
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi