science fiction

czwartek, 10 sierpnia 2017

(Valerian and the City of a Thousand Planets, 2017)

Reżyseria: Luc Besson

Scenariusz: Luc Besson na podstawie komiksów „Valerian i Laureline” Pierre'a Christina i Jean-Claude'a Meziersa

Grają (ci istotni): Cara Delevingne, Dane DeHaan, Clive Owen, Rihanna, Ethan Hawke, Herbie Hancock, John Goodman, Mathieu Kassovitz, Rutger Hauer, Elizabeth Debicki

3/10

Jeśli wydawało wam się, że po "Avatarze" nie można już zrobić nic lepszego, a świat wygenerowany komputerowo nie może wyglądać bardziej naturalnie, to myliliście się. Francuski film to jeden wielki efekt specjalny, który widowiskowością nie tyle równa się do amerykańskich superprodukcji, co je zwyczajnie przerasta. Żywych aktorów co prawda z filmu wywalić się nie da, ale już dziś można nakręcić film wykorzystując aktorów i studio komputerowe, przy oglądaniu którego widz nie pomyśli nawet, że był robiony komputerowo. To znaczy oczywiście nie zakładam, że widzowie pomyślą, że operator biegał z kamerą między wymiarami, a zdjęcia nakręcono na Hawajach, ale po prostu nie będzie sobie zaprzątał tym głowy i nie będzie mu to przeszkadzało. Mając takie narzędzie nie pozostaje nic innego, tylko wykorzystać je do opowiadania wciągających historii. No właśnie...

„Valerian...” jest zwyczajnie nudny i nie ma w nim nic co by tę nudę mogło przełamać. Historia to zestaw efektownych pościgów i strzelanek. Nie czytałem komiksowego pierwowzoru, więc nie wiem jak wierna to ekranizacja, ale w filmie to nie działa. Połowa scen nie ma specjalnego sensu i można by się było bez nich obejść. Trudno oprzeć się wrażeniu, że powstały tylko po to żeby pokazać jakiś wybuch, albo Rihannę. Wątek romansowy między parą głównych bohaterów koncertowo kładzie Cara Delevingne, którą prywatnie uwielbiam, ale prezentuje aktorstwo z subtelnością drewna wysokiej twardości, choć trzeba dodać, że twórca dialogów żadnemu z aktorów nie ułatwił zadania. Nie można odmówić Lucowi Bessonowi, że się nie stara. Próbuje mrugnięć do widza i pomysłów, które podobały się w „Piątym Elemencie”. Tylko że tam jakoś śmieszyły i zapadały w pamięć (a para od głównych ról też nie była, powiedzmy sobie szczerze, wirtuozami aktorskiego rzemiosła), a tu nie śmieszą. W ogóle mam wrażenie, że Francuzowi wyszła blada wersja tamtego hity sprzed dwudziestu lat. A „Valerian...” jest kolejnym dowodem, że Besson na „Piątym Elemencie” się skończył.

Scena warta uwagi:

Bardzo podobała mi się pierwsza, wprowadzająca do całej historii. Chyba najbardziej pomysłowa w całym filmie.



sobota, 22 kwietnia 2017

(Ghost in the Shell, 2017)

Reżyseria: Rupert Sanders

Scenariusz: Jamie Moss, William Wheeler, Ehren Kruger na podstawie mangi Masamune Shirowa pod tym samym tytułem

Grają (ci istotni): Scarlett Johansson, Pilou Asbaek, Michael Pitt, Juliette Binoche, Takeshi Kitano

3/10

Dobry film science fiction wyróżnia to, że co chwila widzowie rozdziawiają japę, widząc jak fajne i przydatne są technologiczne rozwiązania w przyszłości. Zachwycają się tym, na co sami by nie wpadli, a w filmie to działa. Oglądający jest urzeczony logiką świata, którego nie zna. Zły film science fiction próbuje widza omamić błyskotkami. Twórcy co chwila rzucają mu w oczy różne niezwykle efektowne rzeczy, dbając o to, żeby migały, latały i strzelały laserami, niespecjalnie zastanawiając się po co. W „Ghost in the Shell”, które właśnie jest w kinach, jest scena, w której widzimy ulicę z góry, a na niej strzałki, takie jak zwykle informują o kierunku jazdy, tyle że te są hologramami, ruszają się i migają. Bardzo to efektowne, ale siedziałem w kinie i zastanawiałem się właściwie po jaką cholerę, ktoś kilka (kilkadziesiąt) lat przed wydarzeniami w filmie postanowił w tym mieście „dobra, to teraz nie malujemy białą farbą, tylko robimy te hologramy”. To efektowne, ale nie znajdzie się w tym sensu. Niestety cały ten film taki jest.

Oryginalny, animowany „Ghost in the Shell” sprzed 22 lat jest filmem, który się nie zestarzał. Jest aktualny do dziś. Aktorski „Ghost in the Shell” już dziś jest przestarzały, a aktualny mógł być gdzieś między „Robocopem” a pierwszym „Matrixem”. Niestety nie liczcie na to, że reżyser Rupert Sanders wziął tamten scenariusz i nakręcił remake. To nie byłoby takie złe, bo wyszedłby dobry film. Niestety chyba uznano, że amerykański widz nie zrozumie o co chodzi i postanowiono fabułę uprościć. A w każdym miejscu które zmieniano i upraszczano, psuto historię niemiłosiernie. W efekcie, mimo że nieliczne sceny są nakręcone w stylu 1:1 w porównaniu z oryginałem, pozostałe składają się w nielogiczny ciąg zdarzeń, w którym miłość zwycięża wszystkie przeciwności (!), wszyscy żyję długo i szczęśliwie (!!) i będzie można nakręcić sequel ze Scarlett Johansson (!!!). Jedyne co ten film wyciąga za uszy na ocenę wyżej, niż zasługuje, to muzyka, której autor Clint Mansell korzystał z oryginalnego soundtracka Kenjiego Kawaiego. To za mało, żeby tracić czas na ten film.

Scena warta uwagi

Jest w filmie scena w której Major (bo w tym filmie główna postać nazywa się „Major”, z niezrozumiałego powodu twórcy postanowili właściwie nie skorzystać z imienia i nazwiska „Motoko Kusanagi”) stoi przed lustrem, które symetrycznie odbija jej obraz nie względem płąszczyzny, ale osi. Jeden z niewielu ciekawych pomysłów w filmie.



środa, 28 grudnia 2016

(Passengers, 2016)

Reżyseria: Morten Tyldum

Scenariusz: Jon Spaihts

Grają (ci istotni): Jennifer Lawrence, Chris Pratt, Michael Sheen, Laurence Fishburne

5/10

Kosmos, statek, on, ona, statek się psuje, muszą ratować ludzkość, heroicznie ratują, wszystko kończy się dobrze. Opowiedziałem wam film, który jest podobny do tuzinów innych filmów dziejących się w kosmosie. Właściwie to jest nieco gorzej, bo o ile wśród tych tuzinów można znaleźć ileś tam filmów, które jednak czymś się wyróżniają, to „Pasażerowie” właściwie nie wyróżniają się niczym. To nie jest zły film. Jest ładny, miejscami efektowny, dobrze wyczuwa się atmosferę samotności na gigantycznym statku. Ale to wszystko poprawność i absolutna przeciętność.

Trochę szkoda, bo na planie zebrano nie tylko bardzo dobrą obsadę (poza wymienionymi wyżej jest jeszcze Andy Garcia, który nie mówi ani słowa), ale świetną ekipę. Reżyser dwa lata temu był nominowany do Oscara za „Grę tajemnic” (inna sprawa czy słusznie, ale był), operator Rodrigo Prieto, to jeden z najlepszych w tym fachu na świecie (z Alejandro Gonzalezem Inarritu filmował „Amores Perros”, „21 gramów” i „Babel”, z Benem Affleckiem „Operację Argo”, z Martinem Scorsese „Wilka z Wall Street”, za zdjęcia do „Tajemnicy Brokeback Mountain” Anga Lee był nominowany do Oscara), scenografię wymyślił i zbudował Guy Hendrix Dyas (autor scenografii m.in. do „Incepcji”), a muzykę napisał Thomas Newman (regularny oscarowy nominant).

Scena warta uwagi:

Jak wiadomo na nowoczesny statek kosmiczny mówi do pasażerów. Nie inaczej jest w filmie. Jeśli zdarza się wam jeździć metrem po Londynie, to możecie poczuć się w kinie znajomo. Głos pod statek, podłożyła brytyjska lektorka Emma Clarke, której głosem wypowiadane są wiadomości na londyńskich liniach metra Bakerloo, Central i District.

czwartek, 17 listopada 2016

(Arrival, 2016)

Reżyseria: Denis Villeneuve

Scenariusz: Eric Heisserer na podstawie opowiadania „Story of Your Life” Teda Chianga

Grają (ci istotni): Amy Adams, Jeremy Renner, Forest Whitaker

9/10

Świetny film, w którym akurat najmniej istotni są kosmici. Denis Villeneuve już kilkakrotnie udowodnił, że potrafi stworzyć hipnotyzujący klimat i nakręcić film ilustrowany pięknymi zdjęciami i pozostającą w głowie na długo muzyką, którą już po raz trzeci nagrał dla niego Johann Johannsson. Tym razem pracował jednak na doskonałym scenariuszu. W efekcie mamy zaskakującą, wzorowo przemyślaną i poprowadzoną historię. Elementy, które stopniowo wydają się ważne, ale widz nie ma do nich klucza, z biegiem czasu układają się w błyskotliwą opowieść. Nie nagle, ale stopniowo, kawałek po kawałku. Można odkrywać tajemnicę filmu razem z główną bohaterką. A gdy się już ją odkryje, widz pozostaje z ostatnim pytaniem, którego kompletnie się nie spodziewał. Dawno nie byłem na filmie, którego oglądanie sprawiłoby mi taką frajdę. O ile „Sicario”, przy wszystkich powyższych zaletach, kończy się dość banalnie, to „Nowy początek” imponuje zakończeniem, a właściwie całą konstrukcją opowieści.

To tak fajnie przemyślany film, że nawet nie przeszkadzają nieliczne mielizny, gdy Amerykanie zachowują się bezsensownie (może to nie mielizny?). Mamy więc lingwistkę, która zostaje poproszona przez wojsko o nawiązanie kontaktu z kosmitami, których 12 statków wylądowało w 12 miejscach na świecie, w tym na jednej z równin Montany. Zamiast nawalanki rodem z „Dnia niepodległości”, kanadyjski reżyser opowiada pasjonująco o próbie nawiązania rozmowy z kimś, kto nie tyle mówi innym językiem, ale początkowo nawet nie wiadomo, czy można o nim powiedzieć „ktoś”. Tylko pozornie już takie historie opowiedziano w „Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia” czy w „Kontakcie”, bo z „Nowego początku” dużo więcej można się dowiedzieć o ludziach niż o kosmitach. W dodatku twórcy każą widzom w niecodzienny sposób spojrzeć na język i jego rolę, która wykracza daleko poza proste narzędzie do przekazywania informacji. Z filmu dowiecie się np. dlaczego nie należy uczyć kosmitów grać w szachy. Warto obejrzeć. Bardzo.

Scena warta uwagi:

Jest ich wiele, niestety nie mogę zdradzić które. Po obejrzeniu jednak na pewno będziecie to wiedzieć.

sobota, 19 grudnia 2015

(Star Wars: The Force Awakens, 2015)

Reżyseria: J. J. Abrams

Scenariusz: Lawrence Kasdan, J. J. Abrams

Grają (ci istotni): Harrison Ford, Oscar Isaac, Daisy Ridley, John Boyega, Adam Driver, Domhnall Gleeson, Lupita Nyongo, Carrie Fisher, Mark Hamill, Andy Serkis, Max von Sydow

5/10

Wielbiciele serii na pewno będą zachwyceni. Klimat jest taki jak trzeba i - bez specjalnych udziwnień - jest tam wszystko to, co ma być w "Gwiezdnych wojnach", czyli dużo szturmowców, powietrzne pościgi w ciasnych przestrzeniach, toksyczne relacje rodzinne, pojedynek na miecze świetlne z odzianym w czerń astmatykiem, fryzury z lat 70-tych, knajpa (mordownia?) w stylu praskim oraz dziwna fauna pustynna. Do serii zatrudniono kilku fajnych, choć jeszcze nieopatrzonych aktorów (Adam Driver, Domhnall Gleeson, Lupita Nyongo i najbardziej opatrzony, choć nie tak bardzo, Oscar Isaac). Jeśli do tego dodać, że choć trup ściele się gęsto, to krwi prawie nie widać, a twórcy, pomni oskarżeń o szowinizm w doborze bohaterów, teraz w centrum głównego wątku osadzili kobietę i Afroamerykanina, dodając do tego pewne miłosne napięcie (choć bez pokazania choćby ćwierci cycka), to wychodzi film idealny dla amerykańskiej widowni. No i dla fanów Gwiezdnych wojen.

Ale reszta nie znajdzie w tym filmie niczego (dosłownie - niczego) nowego. Nie tylko niczego, czego nie byłoby w innych filmach gatunku. Niczego, czego nie byłoby w innych "Gwiezdnych wojnach". Pomysły twórców najwyraźniej się wyczerpały i nie zostało nawet nic na dnie. To dwie godziny lekkostrawnej bajki o walce dobra ze złem polegającej na tym, że źli mają laser, więc dobrzy muszą im ten laser rozwalić, bo sami zostaną nim rozwaleni. Innymi słowy jeśli w dzieciństwie kij od szczotki był dla was mieczem świetlnym, a pies robił za Chewbaccę, film wam się spodoba. Jeśli nie, to film do zapomnienia.

Scena warta uwagi:

Tak naprawdę wrażenie robią tylko zdjęcia z pustyni, kręcone naprawdę gdzieś w Abu Zabi, z eksplorowania zniszczonych statków kosmicznych. Są efektowne.

czwartek, 22 października 2015

(The Martian, 2015)

Reżyseria: Ridley Scott

Scenariusz: Drew Goddard

Grają (ci istotni): Matt Damon, Jessica Chastain, Chiwetel Ejiofor, Jeff Daniels, Sean Bean, Kristen Wiig, Michael Pena, Kate Mara

5/10

Niezły film, w końcu Ridley Scott raczej nie robi złych filmów. Ale nie ma tu naprawdę nic, co wyróżniałoby „Marsjanina” spośród wielu innych, w których amerykańscy astronauci ratują świat, lub samych siebie. Nawet ta historia została opowiedziana już dawno temu. Gdyby wziąć ten film, wymienić Marsa na okolice Księżyca, a Matta Damona na Toma Hanksa, otrzymalibyśmy „Apollo 13”.

Chyba najbardziej zmarnowanym motywem, na który słusznie zwrócił uwagę jeden z czytelników Filmotatnika, jest absolutnie pobieżne potraktowanie tego co siedzi w głowie inżyniera Marka Watneya. Siedzi na Marsie, wszyscy go zostawili, pomoc, jeśli w ogóle przybędzie, to za wiele miesięcy, a on sobie śpiewa i tańczy. Być może pod względem technicznym film jest bardzo wiarygodny, ale jeśli główny bohater niespecjalnie się w tej sytuacji załamuje (ot, czasem sobie pisemnie przeklnie, tylko przekleństwa wykropkuje, bo film w USA musi być odpowiedni dla widowni 15 minus), to ta wiarygodność kuleje. Załoga też jakoś się prześlizgnęła nad tym, że zostawiła kolegę. To druga w krótkim czasie rola Mata Damona jako kosmicznego rozbitka. Tu się nie łamie przez dwie godziny filmu. W „Interstellar” miał zaledwie epizod, a zdążył powariować. Tamta rola była ciekawsza. Tam jest to, czego tu brakuje.

Scena warta uwagi:

Śmieszna jest ta, gdy Damon zaczyna rozmawiać z Ziemią. Ale miałem problem z wyborem.

P.S. Ważna obserwacja. Wychudzony i brodaty Matt Damon jest właściwie identyczny z przypakowanym i również brodatym Leonardo DiCaprio. Niby wiadomo to od prawie dwudziestu lat, ale ten fakt jest zawsze ciekawy, gdy objawia się na ekranie...

czwartek, 28 maja 2015

(Mad Max: Fury Road, 2015)

Reżyseria: George Miller

Scenariusz: George Miller, Brendan McCarthy, Nico Lathouris

Grają (ci istotni): Tom Hardy, Charlize Theron, Nicholas Hoult

4/10

Pościgi są jak ze starego „Mad Maxa”, a krew tryska na wszystkie strony (niektórym to wystarczy). W dodatku Charlize Theron wygląda bardzo fajnie (a z tym to już w ogóle). Jeśli więc chodzicie do kina raz na pół roku i oczekujecie efektownej, krwawej jatki, to wyjdziecie z tego filmu usatysfakcjonowani. Jeśli w dodatku łezka wam się kręci w oku na wspomnienie poprzednich trzech części, za młodu zagrywaliście się w „Fallouta”, a może jeszcze (o zgrozo) płakaliście razem z Kevinem Costnerem przy „Wodnym świecie”. Wyjdziecie z seansu wniebowzięci.

Tyle tylko, że ten „Mad Max”, jak już przebrniecie przez litry potu i osocza, jest nudny. Schematyczny w każdym elemencie. Nie ma tu szczegółu, który nie byłby już gdzieś kiedyś wykorzystany i nie chodzi tylko o to, że to po prostu poskładane motywy z poprzednich „Mad Maxów”, bo to nawet nie byłoby takie złe. Ale coś, cokolwiek interesującego... Tymczasem jeżdżą po pustyni, ktoś tam ginie, kogoś trzeba uratować, choć Max nie chce, kto ma przeżyć przeżyje, kończy się tak, jak się musi skończyć. Było, było, było. Po drugie w tym filmie nie ma... Mad Maxa. Tom Hardy – choć bardzo tego aktora lubię – nie nadaje się. Bez przerwy łapałem się na tym, że bez Mela Gibsona, to w ogóle nie wyglądało jak „Mad Max”. Wynudziłem się jak mops.

Scena warta uwagi:

Jakoś tam ciekawa jest scena gdy Max walczy z Furiosą, a właściwie wszyscy w tej scenie walczą ze wszystkimi. Tylko znów – to wszystko już było.



sobota, 11 kwietnia 2015

(Ex Machina, 2015)

Reżyseria: Alex Garland

Scenariusz: Alex Garland

Grają (ci istotni): Domhnall Gleeson, Oscar Isaac, Alicia Vikander

7/10

Osią filmu jest tzw. test Turinga. Genialny matematyk (o którym film był kinach kilka miesięcy temu) wymyślił przed ponad pół wiekiem, że – w dużym uproszczeniu - dzięki swobodnej rozmowie można rozpoznać sztuczną inteligencję. Jeśli badacz, zadając pytania i słuchając odpowiedzi, nie jest w stanie stwierdzić czy to z czym rozmawia to człowiek, czy komputer – maszyna zdała test (w 2011 r. program o nazwie CleverBot oszukał podczas testów 59,3 proc. rozmówców, grupie kontrolnej człowieka rozpoznało 63,3 proc. rozmówców, więc test nie został zaliczony, choć mało brakowało). Nathan, genialny i wściekle bogaty programista, twórca własnej wersji Googla, zbudował robota do złudzenia przypominającego kobietę. Caleb, jeden z jego pracowników, ma przeprowadzić na niej wspomniany test. No i okazuje się, że nie można tak dowolnie sobie testować, bo człowiek jest zawodną istotą i na wyniki nie jest przygotowany, a samo testowanie może się wymknąć spod kontroli.

Garland zrobił bardzo inteligentny, w wielu momentach zaskakujący i niezwykle ciekawy film. Wciągający, w którym mamy troje bohaterów, ale do końca nie znamy intencji żadnego z nich. Gdzieś na końcu warto też dodać, że świetnie ilustrowany zdjęciami i muzyką. To wszystko jest o tyle ważne, że po raz pierwszy stanął za kamerą. Ale trudno go nazywać debiutantem. Zaczął w połowie lat 90-tych jako pisarz bestselerów i już jego literacki debiut „The Beach”, Danny Boyle zekranizował jako świetną „Niebiańską plażę”. Na początku ubiegłej dekady zaczął pisać scenariusze, głównie dla Boyle'a, ale nie tylko. Z tego wzięły się m.in. „28 dni później” i „W stronę słońca” i „Dredd 3D”. Wszystko to są - co najmniej „dające się oglądać” - brytyjskie filmy s-f. W końcu zrobił własny film, według własnego scenariusza na podstawie swojej historii i choć nie jest on jakoś na końcu specjalnie zaskakujący, to przykuwa uwagę. Coś czuję, że następne filmy Garlanda też chętnie obejrzę.

Scena warta uwagi

O tym jak zapętlona w pewnym momencie staje się fabuła świadczy scena, w której Caleb decyduje się sprawdzić, czy sam nie jest komputerem. Garland ma wyczucie do historii i oko do filmu.

P.S. W latach czterdziestych Isaac Asimov, rozważając zagadnienia etyczne związane ze sztuczną inteligencją, sformułował tzw. Prawa Robotów, czyli zasady, których te muszą bezwzględnie przestrzegać w kontaktach z ludźmi. Było to na długo zanim jego rozważania mogły w ogóle znaleźć realne zastosowanie. W skrócie: 1. Robot nie może skrzywdzić człowieka, 2. Robot musi wykonywać polecenia człowieka, chyba że są sprzeczne z pierwszym prawem, 3. Robot musi chronić siebie, chyba że stoi to w sprzeczności z pierwszym lub drugim prawem. Po filmie Garlanda można się zastanawiać, czy one w ogóle mają jakikolwiek sens...



sobota, 21 marca 2015

(X-Men: Days of Future Past, 2014)

Reżyseria: Bryan Singer

Scenariusz: Simon Kinberg

Grają (ci istotni): James McAvoy, Michael Fassbender, Hugh Jackman, Jennifer Lawrence, Nicholas Hoult, Peter Dinklage, Ian McKellen, Patrick Stewart, Ellen Page

3/10

Jakkolwiek doceniam umiejętność potrajania zainwestowanych 200 mln dol., co jest w Hollywood dość istotną umiejętnością, jakkowiek doceniam stworzenie samonapędzającej się maszynki do zarabiania pieniędzy, której końca na dobrą sprawę nie widać i jakkolwiek doceniam pomysł na stworzenie czegoś w rodzaju funduszu pracy dla amerykańskich gwiazd – a tych w każdym filmie o x-menach jest zatrzęsienie i wydaje się, że z każdym jest ich coraz więcej – to jakoś nie mogę się powstrzymać przed przysypianiem. W zasadzie wszystko skupia się na tym, że latają, rzucają czym popadnie i ratują świat. Ale nie do końca, żeby można było nakręcić kolejny film. Tym razem jest jeszcze zabawa czasem, bo Wolverine (żeby uratować świat, rzecz jasna) cofa się o pięćdziesiąt lat. Jest to bardziej skomplikowane niż w „Incepcji” więc pominę ten wątek.

Umiejętność wyciśnięcia przez Marvel Studios pieniędzy z komiksów mających przeważnie kilkadziesiąt lat jest niesamowita. Do X-Menów akurat praw licencyjnych Marvel nie ma (ale i tak filmy współprodukuje z 20th Century Fox), więc na tych filmach zarabia akurat mniej niż na Avengersach, Spider Manie, Fantastycznej Czwórce i pomniejszych franczyzach. Ale jednak zarabia i ponoć negocjuje zwrot. Tak czy siak zdaje się, że Marvel w starciu gigantów nieco wyprzedza DC Comics, któremu na razie udało się solidnie zarobić tylko na Batmanie (choć to akurat, chyba zresztą nieco przypadkiem, całkiem porządne filmy), za to z Supermena jakoś porządnej serii zrobić nie może, choć „Supermen: Powrót” z 2006 r. przyniósł jakieś 150 mln dol. zysku, a „Człowiek ze stali” sprzed dwóch lat zarobił na czysto jakieś 450 mln dol. I życzę im sukcesów zawodowych w przyszłości nie mogąc wyjść z podziwu jak można ściągnąć ludzi do kina po raz enty na to samo...

Scena warta uwagi

Jest taka efektowna scena, gdy wesoła kompania ucieka z więzienia z uwolnionym przed chwilą Magneto i trafiają do kuchni, gdzie zaskakują ich policjanci i mamy w bardzo zwolnionym tempie próbkę umiejętności Quicksilvera. Nawet obejrzałem z zaciekawieniem.



poniedziałek, 09 marca 2015

(Interstellar, 2014)

Reżyseria: Christopher Nolan

Scenariusz: Jonathan Nolan, Christopher Nolan

Grają (ci istotni): Matthew McConaughey, Anne Hathaway, Michael Caine, Jessica Chastain, Matt Damon, Cassey Affleck, Wes Bentley, Ellen Burstyn

8/10

Nolan uwielbia eksperymentować. A takich, wśród hollywoodzkich reżyserów, którzy mają okazje robić filmy za setki milionów dolarów, jest niewielu. I choć można psioczyć na to, że mu czasem eksperymenty nie wychodzą, to robieniem filmu nie po kolei, z bohaterem, który nic nie pamięta, albo kryminału w którym nic się nie dzieje i nie ma nocy, albo „Batmana” zahaczającego o film psychologiczny, mnie „kupuje”. Tym razem „kupił” mnie zrobieniem postapokaliptycznego filmu science-fiction, bez apokalipsy. Mnóstwo tego typu filmów grzęźnie w absurdach, gdy twórcy jak najdokładniej próbują widzowi wytłumaczyć jaka katastrofa się wydarzyła i jak funkcjonuje świat po katastrofie. Nolan nie tłumaczy. Widz poznaje pewnego farmera z amerykańskiej prowincji nie dowiadując się co się stało, jak wygląda świat poza jego małym miastem, czy nawet który mamy rok. Wie niewiele więcej niż bohaterowie filmu. Nolan po prostu uciął wszystkie wątki niepotrzebne temu głównemu i efekt jest świetny. Zresztą tak naprawdę nie jest to ani film postapokaliptyczny, ani s-f, a przynajmniej nie bardziej niż filmem s-f była - często w recenzjach do „Interstellar” porównywana - „Grawitacja”. Film Nolana to wciągająca, prawie trzygodzinna opowieść, efektowna swoją pomysłowością, w której autor wymieszał swoją fascynację czasem i przestrzenią z pytaniami dotyczącymi natury człowieka. W dodatku garściami czerpiąc z klasyki filmowego gatunku. I zrobił to dobrze.

Przejrzenie recenzji jest zresztą bardzo ciekawe. Te polskie – podobne do siebie jak bracia Paixao - chwalą rozmach wizualny, mieszając z błotem aktorstwo i zarzucając fabularną miernotę i kiczowatość. Oczywiście pojawiają się nieśmiertelne trzy grosze o błędach lub zaletach z punktu widzenia naukowego [jakby ktokolwiek, miał cień pojęcia o tym jak wygląda czarna dziura, albo zakrzywienie przestrzeni... - F.]. Noty więc są średnie. Gdy zajrzałem do recenzji brytyjskich wygląda to zupełnie inaczej. Tam oceny zajmują pełną skalę zróżnicowania. Choć są tacy, którym film się nie podobał („Times” zjechał go niemiłosiernie), to przeważnie duże tytuły oceny zaczynają od jednej gwiazdki poniżej pełnego magazynku i jak jeden mąż wskazują na wizjonerstwo, o którym napisałem na początku. Chwali go „Independent”. „Interstellar to dzieło kogoś, kto śni z szeroko otwartymi oczami” - napisał Mark Kermode w recenzji dla „Observera”. „W czasach kina przypominającego galerie handlowe, Nolan buduje katedry” - to już Robbie Collin w „Telegraphie”. Można lubić gotyk, barok, albo być amatorem secesji. Ale katedra zawsze jest efektowna i zawsze fajniejsza niż Złote Tarasy.

Scena warta uwagi:

Chwytająca za serce i świetnie wymyślona jest scena, w której główny bohater ogląda filmy jakie przez lata nagrywała dla niego rodzina, którą zostawił na Ziemi. Wystarczy te kilka ujęć, by między bajki odesłać opinie, że McConaughey znów wraca do „drewnianego” grania. Przeciwnie, w tym filmie jest wyjątkowy. Dokładnie taki jaki powinien być.

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi