fantasy

czwartek, 15 czerwca 2017

(King Arthur: Legend of the Sword)

Reżyseria: Guy Ritchie

Scenariusz: Guy Ritchie, Joby Harold, Lionel Wigram

Grają (ci istotni): Charlie Hunnam, Jude Law, Eric Bana, Aidan Gillen

5/10

Jeśli Guy Ritchie bierze się za legendę Króla Artura i Excalibura, można się spodziewać, że legendarni rycerze będą drobnymi opryszkami, którzy poza tym, że będą machać mieczami, będą też biegać po Londinium, załatwiać drobne brudne interesy i będą gadać cockneyem. Wszystko to w tym filmie jest. Zresztą nie tylko. Jest kilku lubianych przez Ritchiego aktorów (niestety bez Vinniego Jonesa, ale na otarcie łez pojawia się... David Beckham – co ciekawe kinowa sala nie zareagowała, młodzież już chyba nie pamięta Beckhama), są efektowne ujęcia w zwolnionym tempie, szybkim montażem, ze stopklatkami, jest wreszcie fajna muzyka. Problem w tym, że tego wszystkiego jest za mało.

Niestety Guy Ritchie dostał prawdopodobnie od producentów zadanie zrobienia klasycznej bajkowej superprodukcji, w której bohater na początku spada na samo dno, a potem pokonuje główny czarny charakter i wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Powiedzieli mu oczywiście, że może ją zrobić po swojemu, ale „po swojemu” zrozumieli zapewne bardziej jako „jak Sherlocka Holmesa”, a nie jako „jak Przekręt”. No i taki zrobił. Oczywiście drobiazgi bardzo cieszą. Fajnie, że np. bohaterowie opowiadają co zrobili, żeby za chwilę widz zobaczył, że to właśnie robią. Cieszy charakterystyczny szybki montaż. Ale to wszystko nieco z czasem rozpływa się w przesyconej komputerową grafiką i efektami historii, która kompletnie niczym nie różni się od produkowanych taśmowo „Bogów Egiptu”, „Warhammera”, „Starcia tytanów” i „Gniewu tytanów”, „Bogów i herosów”, etc. Czyli bierzemy jakąś legendę, albo mit, dorzucamy znanych aktorów i robimy historię od zera do bohatera, ze szczęśliwym zakończeniem. Ponieważ to akurat ten reżyser, jest nieco nostalgicznie, ale lepiej obejrzeć po raz n-ty „Przekręt” albo „Porachunki” (albo choćby bardzo niedoceniane „Rocknrolla”), niż to.

Scena warta uwagi:

Jedna z pierwszych, która pokazuje dorastanie młodego Artura. Bardzo ritchie'owska.

21:35, kubadybalski , fantasy
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 marca 2014

(300: The Rise of an Empire, 2014)

Reżyseria: Noam Murro

Scenariusz: Zack Snyder, Kurt Johnstad

Grają (ci istotni): Eva Green, Lena Headey

3/10

„Idź! Dobry film. A Eva Green, to już w ogóle...” - słyszałem jakiś czas temu zachętę, żeby wybrać się na nowych „trzystu”, jeśli akurat będę miał ochotę na jakąś naparzankę w kinie. Poszedłem. Niestety umalowana na czarno Eva Green wyglądała trochę niezdrowo. Związki z tym, co istotnie wiadomo o bitwie pod Salaminą, polegały na tym, że na ekranie mamy bitwę na morzu i niewiele więcej (wiem, to ekranizacja komiksu, brałem na to poprawkę, zresztą tak naprawdę nie jest to ekranizacja komiksu, gdyż „Xerxes” Franka Millera nie został jeszcze opublikowany). Za to zagrzewający swoich żołnierzy do ostatniej bitwy Temistokles, który wołał do nich z pięknym australijskim akcentem (nawiasem mówiąc Sullivan Stapleton to całkiem fajny aktor, opisywałem tu kiedyś „Królestwo zwierząt”), spowodował, że przez moment zastanawiałem się czy zza skały nie wyskoczy jakiś kangur.

Kilka lat temu mieszkałem dłużej w Atenach. Moim współlokatorem był Maki, student biotechnologii, wówczas akurat, z powodu którego nie pamiętam, w trakcie przerwy w nauce. Kiedyś rozmowa zeszła na „300”. „Ja ten film bardzo lubię” - stwierdził Maki. „Ja wiem, że to jest naciągane. Ale na całym świecie wszyscy kojarzą Greków z artystami i pedałami. A w tym filmie masz facetów, którzy wszystkich rozwalają. To jest fajne. Robi nam dobrą reklamę” - stwierdził. Z kontynuacji też pewnie zadowolony. Persowie giną tysiącami, fruwając w powietrzu na wszystkie strony (w którymś momencie trochę ich się robi żal). Tryska krew, latają ręce, jest nawet kruk zjadający oko. Nie ma nic, czego nie widzielibyście siedem lat temu. Tylko mniej komiksowo i Temistokles jakiś taki mniej zabawny niż Leonidas. Można sobie darować.

Scena warta uwagi:

Film zaczyna się od ładnego obrazka z pola usłanego ciałami zabitych Spartan. Potem czeka nas półtorej godziny ładnych zdjęć. Warto oglądać, nie warto słuchać, ani próbować dopatrzyć się logiki. A takie oglądanie szybko się nudzi.



Tagi: Eva Green
20:38, kubadybalski , fantasy
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 lutego 2014

(Hansel and Gretel: Witch Hunters)

Reżyseria: Tommy Wirkola

Scenariusz: Tommy Wirkola

Grają (ci istotni): Jeremy Renner, Gemma Arterton, Famke Janssen, Peter Stormare, Joanna Kulig

3/10

Pokrótce, wykorzystując tę notkę, wyjaśnię dlaczego irytują mnie takie filmy. Bo nasłuchałem się co niemiara, że jestem uprzedzony do superprodukcji, że nie lubię filmów, które mają bawić, że nie rozumiem konwencji, i tak dalej... Bzdura. Po prostu jak coś jest głupie, to mnie denerwuje. Mamy więc historię Jasia i Małgosi, już dorosłych, którzy stali się postrachem wszelakich wiedźm. Rzecz dzieje się w Augsburgu i okolicach, gdzieś w okolicach przełomu XVIII i XIX w., a brat i siostra trudnią się eksterminacją, ewentualnie dostarczeniem na stos, czarownic masowo grasujących w okolicznych lasach. Nie to, żebym się od tego rodzaju filmu domagał prawdy historycznej i aptekarskiego realizmu, ale...

Jeśli Małgosia lata po lesie z szybkostrzelną kuszą, masowym rażeniem przypominającą kałasznikowa, to przychodzi mi do głowy, jakiż to rusznikarz stworzył jej takie dzieło. Tym bardziej, że mieszkańcy miasteczka wodę wyciągają ze studni, a główna ulica miasta to błotniste klepisko. Jeśli poszukując sześcioletniej dziewczynki urodzonej w kwietniu rodzeństwo zagląda do archiwum (!) miejscowego szeryfa, który prowadzi spis urodzin (!), a jedenaścioro porwanych dzieci jest udokumentowanych (!) pergaminowymi fiszkami z rysunkiem (!) twarzy w lewym górnym rogu i opisem, to wygląda to dość komicznie. Jeśli dowiadujemy się, że Jaś z powodu tego, że czarownica w dzieciństwie spasła go słodyczami, musi co kilka godzin robić sobie „injekcje”, bo inaczej umrze, to zastanawiam się czy reżyser zastanowił się nad konwencją filmu. Albo robimy bajkę, albo robimy film na poważnie. Jedno i drugie może wyjść świetnie. Mieszanka zwykle wychodzi żałosna.

Scena warta uwagi:

Wspomniany motyw Jasia-cukrzyka (Skąd ma strzykawkę? Skąd bierze insulinę? Gdzie ją trzyma, skoro nie ma plecaka? Skąd wiedział, ze jest chory?) absurdy tego rodzaju kina. Bo jakaś logika, nawet w bajkach, jednak obowiązuje. Jeśli już zdecydowaliśmy się na obarczenie naszego bajkowego bohatera czymś takim jak choroba, to bądźmy konsekwentni. W przypadku bajek to jeszcze pół biedy, bo historia do opowiedzenia w pięć minut wymaga jakiejś adaptacji na ekran. Ale jeśli podobne udziwnienia scenarzyści i reżyserzy dokonują z literackimi dziełami, które same w sobie są świetne i wystarczy z nich po prostu zrobić film (najlepszym przykładem, są kinowe filmy o Sherlocku Holmesie z Downeyem i Lawem), to zachodzi podejrzenie zbrodni.

P.S. Naprawdę nie można było, drogi polski dystrybutorze, nazwać filmu "Jaś i Małgosia..."? Grzecznie pytam...

niedziela, 24 listopada 2013

(Beasts of the Southern Wild, 2012)

Reżyseria: Benh Zeitlin

Scenariusz: Lucy Alibar, Ben Zeithlin (na podstawie sztuki „Juicy and Delicious”)

Grają (ci istotni): Quvenzhane Wallis, Dwight Henry

4/10

Dawno z żadnym filmem nie miałem takiego kłopotu. „Bestie...” choć świetnie zagrane, kuleją fabularnie. No bo o czym są? O dorastaniu? O śmierci? O niezależności? Jaką rolę w filmie spełniają bestie? Dlaczego bohaterowie postępują tak a nie inaczej? Nie wiadomo. Często się gubiłem, nie wiedząc o co chodzi. To bajka z niezwykłą scenografią, zahaczająca o realizm magiczny. Niejednemu ta poetyka się spodoba. Mnie nie poruszyła.

„Bestie...” zgarnęły szereg nagród ze Złotą Kamerą w Cannes i czterema nominacjami do Oscara (Quvenzhane Wallis jest najmłodszą nominowaną do nagrody za pierwszoplanową rolę żeńską, gdy kręcono film miała siedem lat). Furorę wywołały na zeszłorocznym festiwalu w Sundance. Ale recenzje były bardzo różne. Od entuzjastycznych – np. Barack Obama nazwał film „spektakularnym” - po miażdżące. W Stanach to na pewno film wieloznaczny. Aktorzy, w większości naturszczycy, są żywcem wyjęci ze społeczności, która przeżyła huragan Kathrina. Film musiał zmagać się z oskarżeniami o rasizm, pokazuje biedę, porusza problem granic wolności. I to wszystko są ważne pytania. Ale w filmie jest sens je zadawać tylko jeśli fabuła jest wciągająca, bo w słabym filmie nikt nie zwróci na nie uwagi. W tym wypadku twórcy popełnili właśnie ten błąd.

Scena warta uwagi:

Jeśli potraktujemy „Bestie...” jako film o dorastaniu – to jedna z opcji - w którym mała Hushpuppy uczy się stawiać czoła światu (co dla przeciętnego widza, który w dzisiejszych czasach wyprowadza się z domu przed trzydziestką, a rodzice finansują go jeszcze dłużej, może wydać się szokujące – nawiasem mówiąc Hushpuppy mieszka sama jako sześciolatka, dopóki nie spali swojego lokum), to scen w których ojciec uczy ją dorosłości jest wiele. Jest scena w której dziewczynka uczy się rozkrajać kraby. Ojciec widząc to każe jej rozerwać go zamiast bawić się w rozkrajanie go nożem. Hushpuppy, dopingowanej przez cały bar, w końcu to się udaje. Zrobiła kolejny krok ku niezależności.



13:36, kubadybalski , fantasy
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 października 2012

(Snow White and the Huntsman, 2012)

Reżyseria: Rupert Sanders

Scenariusz: Evan Daugherty, Hossein Amini, John Lee Hancock

Grają (ci istotni): Charlize Theron, Bob Hoskins, Ray Winstone, Toby Jones, Ian McShine, Chris Hemsworth, no i Kristen Stewart

4/10

Ten film powinni zrobić Chińczycy, którzy w klimatach "królestwo", "zły król", "dobry bohater outsider", "dużo pieniędzy na film do wydania", etc. czują się świetnie. Tymczasem twórcy koncertowo zmarnowali materiał na dobry film. Zmarnowali co najmniej kilka ciekawych wątków z literackiego pierwowzoru, których nie rozwijają. Zmarnowali świetna w roli królowej Charlize Theron, a także zgraję porządnych brytyjskich aktorów w roli krasnoludków, których w filmie mogło by nie być, a fabuła nic by nie straciła, zmarnowali porządne efekty specjalne, które dla dobrego filmu są jak wisienka na torcie, a słabemu nie pomogą. Zawalili dając główną rolę Kristen Stewart, która jako dziecko zapowiadała się na porządną aktorkę, ale niestety nie wyrosła ze zbolałej miny, której nie zmienia niezależnie od sytuacji.

Nawet tytuł jest idiotyczny.

Scena warta uwagi:

Królowa zadaje lustru znane wszystkim pytanie. Lustro odpowiadając - dosłownie - wychodzi z siebie. Jest w tej scenie fajna aktorka i pomysł na przykucie uwagi widza. Obu tych rzeczy naraz więcej już w filmie nie będzie.

P.S. Żeby nie było. Fabularna bajkę naprawdę można fajnie nakręcić. Amerykanie to potrafią.

P.P.S. Kończąc myśl, gdyby bracia Grimm byli chińskimi scenarzystami, mieliby roboty na trzy pokolenia.

Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi