przygodowy

sobota, 07 maja 2016

(Jurassic World, 2015)

Reżyseria: Colin Trevorrow

Scenariusz: Rick Jaffa, Amanda Silver, Derek Connolly

Grają (ci istotni): Chris Pratt, Bryce Dallas Howard, Omar Sy

2/10

Wszystko w tym filmie jest nielogiczne. Jest park z dinozaurami, dokładnie taki jak ten, co kiedyś skończył się katastrofą, bo tamtejsze dinozaury uciekły (i wszyscy są zdziwieni, kiedy znów uciekają). Jest wielki, zmodyfikowany genetycznie superdinozaur, jeszcze krwawszy jak tamte raptory, które zjadały ludzi (i wszyscy są zdziwieni, że ten też zjada). Jest wreszcie seksowna i władcza zarządczyni parku, oraz umięśniony zaklinacz dinozaurów z karabinem, którzy z jakiegoś powodu się posprzeczali, ale wystarczy, totalna ruina, kilka ucieczek przed zębiastymi potworami i dwoje uratowanych dzieci siostry zarządczyni żeby – uwaga spojler – zeszli się z powrotem. Pominąłem kilka absurdów, na które widz wpaść przed filmem po prostu nie może, z których tresowane raptory są akurat najmniejszym. Finałowa scena, w której brakuje tylko, żeby przy dźwiękach godnych „Szeregowca Ryana” tyranozaur i raptor przybiły sobie „piątkę”, jest szczytem pomieszania z poplątaniem. Technicznie ten film zasługuje na wyższą notę, ale z powodu głupoty wyżej ocenić się go nie da.

Jest pewien problem z filmami, które się pamięta z czasów dzieciństwa, gdy oglądało się je z wypiekami na twarzy (a takim był „Park Jurajski”), a które po latach są reanimowane. Ale nie polega on na tym, że wtedy wiele rzeczy się wybaczało, innych nie dostrzegało, a teraz, po dwudziestu latach podchodzi się bardziej krytycznie. Problem w tym, ze ludzie, którzy się biorą za remake'i tematu, zwykle chcą zrobić coś „bardziej”, „efektowniej” i „lepiej”. A ponieważ nie umieją, robią to bez wyczucia i korzystają z wielokrotnie zgranych schematów, bo nic nowego wymyślić nie są w stanie, wychodzi farsa. „Park Jurajski” był odkrywczy, efektowny, przemyślany i wreszcie, nie można o tym zapominać, grali tam prawdziwi aktorzy (Sam Neil, Laura Dern, Jeff Goldblum czy Richard Attenborough), a nie jakieś substytuty. To są popłuczyny.

Scena warta uwagi:

Polecam ostatnią. Siła złego na jednego. Ponieważ najmądrzejszy w tym filmie jest dinozaur (z pomysłami na fortele godnymi Zagłoby), można go było załatwić wyłącznie kupą i znienacka.

23:29, kubadybalski , przygodowy
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 sierpnia 2015

(Paper Towns, 2015)

Reżyseria: Jake Schreier

Scenariusz: Scott Neustadter, Michael H. Weber na podstawie „Paper Towns” Johna Greena

Grają (ci istotni): Cara Delevingne

3/10

To ostatnie dni Quentina w liceum. Niedługo zdaje maturę, potem pójdzie do college'u, na studia medyczne, zrobi karierę, itd. Teraz spędza ostatnie tygodnie z przyjaciółmi ze szkoły i myśli o balu maturalnym, a raczej o tym, że nie ma z kim pójść, bo jego cicha miłość z drugiej strony ulicy, z którą za dzieciaka jeździł rowerem i w ogóle, która jest strasznie fajna i lekko szalona, już dawno przestała się interesować takim sztywniakiem. Aż tu pewnego wieczora, Margo puka w jego okno i zabiera go na przygodę. A potem znika. Q postanawia ją odnaleźć. To film o tym, że choć możesz mieć poukładane życie – szkoła studia medyczne, kariera, itd. - to czasem, a szczególnie gdy jesteś nastolatkiem w klasie maturalnej (kiedy, jak nie wtedy?), zdarza się coś nieprzewidzianego, szalonego, coś co możesz zrobić z najlepszymi kumplami, dla miłości swojego życia. Wtedy właśnie przekonujesz się, że najważniejsze w życiu, a szczególnie w życiu nastolatka są... szkoła, studia medyczne, kariera, itd.

Co? Jak to? O co chodzi? No właśnie. Zadawałem sobie te same pytania.

John Green, który napisał powieść dla młodzieży, na podstawie której nakręcono ten film, to ponoć niezwykle poczytny amerykański pisarz, którego książki "pożerają" tamtejsze nastolatki. Nie wiem, nie czytałem, ale jeśli to prawda, to dla tego świata nie ma nadziei. Nie będzie żadnej rewolty, młodzi nie wyjdą na ulice, 68' się nie powtórzy. Literat Green ładuje do głów dzieciom w wieku buntowniczym prawdy i ideały zbieżne z poglądami 40-50-letniej klasy średniej, a one (na to wygląda, książka dostała jakąś ważną amerykańską nagrodę, film swoje zarobił) łykają to jak pelikany. Nie chodzi mi o to, że każdy nastolatek ma być jak Che Guevara (Boże uchowaj), ale każdemu - do jasnej cholery – Argentyńczyk powinien w pewnej mierze imponować. Tymczasem obejrzałem film „przygodowy”, w którym najbardziej szaloną rzeczą, jaką zrobili główni bohaterowie, to zwymiotowanie na imprezie (pił tylko jeden z grupki trzech przyjaciół, nie kierowca), przejechanie samochodem kilku stanów i z powrotem oraz spędzenie wieczoru z dziewczyną (spoglądali przez okno i raz zatańczyli) w biurze w jakimś biurowcu, z którego roztaczał się piękny widok na miasto (nie, nie włamali się, okazało się, że ona znała strażnika na recepcji, wpuścił ich). To chyba żart.

Scena warta uwagi:

Najbardziej kuriozalna. Stoją oboje przed autokarem, którym on ma odjechać. Buzi, buzi, wyznali sobie, co mieli wyznać. W pewnym momencie ona mówi: „Wiesz, że nie musisz odjeżdżać?”. Nie zdradzę wam reakcji, ale „Casablanca” to to nie jest...

P.S. Jestem winien wyjaśnienie tytułu notki. Strasznie irytują mnie reklamy różnych np. napojów, a zwłaszcza dotyczy to reklam chipsów, w których są szalone imprezy - muza, tańce, łosie na żyrandolu, itp. - ale nie zauważycie tam kropli alkoholu. Współczesne nastolatki, według tego co serwuje telewizja, szaleją do białego rana popijając frugo albo coca colę. Niezwykle to kolorowe, ekstatyczne i piekielnie fałszywe. Trochę jak ten młodzieżowo-przygodowy film.

P.P.S. Plus za Carę Delevingne.



23:32, kubadybalski , przygodowy
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 kwietnia 2015

(Tracks, 2013)

Reżyseria: John Curran

Scenariusz: Marion Nelson na podstawie książki “Tracks” Robyn Davidson

Grają (ci istotni): Mia Wasikowska, Adam Driver

6/10

W latach 70-tych Australijka Robyn Davidson przeszła piechotą, w towarzystwie czterech wielbłądów i psa, prawie 3 tys. kilometrów przez interior, z Alice Springs do wybrzeża Oceanu Indyjskiego. Podróż zajęła jej dziewięć miesięcy. Nie miała zamiaru jej opisywać, ale przed startem potrzebowała pieniędzy i poprosiła o wsparcie National Geographic. W rewanżu powstał artykuł, który spotkał się z takim zainteresowaniem, że potem Davidson napisała wielokrotnie nagradzaną książkę. Już w czasie gdy szła, zaczęły o niej pisać gazety i zyskała przydomek “Wielbłądniczka”. Aż dziwne, że całą historię sfilmowano po raz pierwszy dopiero dwa lata temu, choć przymierzano się do tego kilka razy.

Jak się idzie ponad 250 dni przez pustynię to przez większość tego czasu niewiele się dzieje. Taki jest ten film, bardzo spokojny, oparty na kontraście między małomówną, ale upartą główną bohaterką i pustynią, do której ją ciągnie a całą resztą świata. Ta reszta, to przede wszystkim Rick, gadatliwy fotograf z National Geographic, który co jakiś czas znajduje ją na pustyni i robi jej zdjęcia (to część umowy z pismem). Robyn z czasem zdaje sobie sprawę, że całkiem odciąć się od świata nie może, choć dopuszcza go do siebie na swoich zasadach, a kontakty z Rickiem o częstotliwości raz na kilka tygodni wydają się w sam raz,. Rick z kolei też z biegiem czasu zaczyna rozumieć, że tę dziewczynę mało obchodzi, że np. fotografował rewolucję w Iranie i zna tego, tamtego i jeszcze kolegę tamtego, za to powoli zaczyna lubić jego odwiedziny, przy czym im mniej mówi tym lepiej. A to wszystko w niesamowitej scenerii, poprzetykanej od czasu do czasu ludźmi, których Robyn spotykała na swojej drodze. Dobry film na spokojne popołudnie.

Scena warta uwagi:

Film jest bardzo sugestywny, kręcony częściowo w tych samych rejonach, przez które trzydzieści lat wcześniej maszerowała Davidson, stąd bajeczne pejzaże, a jedna z końcowych scen z kąpiącymi się w morzu wielbłądami wygląda świetnie. Jest też bardzo dosłowna scena drobnego zabiegu, dzięki któremu wielbłądzie samce, mają być w czasie podróży mniej agresywne. Ostrzegam, bo bolesna.

P.S. Zdjęcia Ricka Smolana sprzed kilku dekad i zdjęcia z planu filmu, możecie porównać tutaj.

niedziela, 20 kwietnia 2014

(The Hunger Games: Catching Fire, 2013)

Reżyseria: Francis Lawrence

Scenariusz: Simon Beaufoy, Michael Arndt

Grają (ci istotni): Jennifer Lawrence, Woody Harrelson, Donald Sutherland, Philip Seymour Hoffman, Elizabeth Banks, Lenny Kravitz, Stanley Tucci

5/10

Przez pierwsze 45 minut filmu wygląda na to, że czeka nas nawet zajmująca historia polityczna. Potem okazuje się, że film jest o tym samym co w pierwszej części, czyli o biegającej po lesie i strzelającej z łuku Jennifer Lawrence, którą (prawie) wszyscy chcą zabić, ale zaskakująco udaje się jej przeżyć. Zmieniło się kilku aktorów, choć większość pozostaje ta sama i sam las się zmienił, tym razem jest tropikalny.

Mimo wszystko mam przeczucie, że jest pewien potencjał w tej filmowej serii. Jest dobrze sfilmowana, przyzwoicie zagrana, nie nuży i daje nadzieję, że w końcu jednak będzie nawet zajmującą historią polityczną. Wątek miłosny szczęśliwie jest dość istotnie ograniczony. choć niezdecydowanie głównej bohaterki pachnie Wenezuelą. Jennifer Lawrence jest mimo wszystko chyba zbyt dobrą aktorką, żeby przelecieć cały film na westchnieniach, choć nie mogłem momentami oprzeć się wrażeniu, że dziewczyna potrafi tyle, że w tym filmie się marnuje. Ale gdy popatrzeć na szczegóły – wspomniane zdjęcia, aktorzy (dobrze obsadzeni), muzyka (bardzo fajny soundtrack), itp. - to one jednak wyciągają film z mielizny fabularnej, choć zwykle w filmach jest jednak odwrotnie.

Scena warta uwagi:

Nie ma w tym filmie nic, czego nie byłoby w części pierwszej.

P.S. Ale muzyka naprawdę jest solidna. Od kilku dni słucham na okrągło "Elastic Heart".

czwartek, 23 stycznia 2014

(I, Frankenstein, 2013)

Reżyseria: Stuart Beattie

Scenariusz: Stuart Beattie (na podstawie komiksu Kevina Grevioux)

Grają (ci istotni): Aaron Eckhart, Bill Nighy, Yvonne Strahovski, Miranda Otto

2/10

W kinie emocje wzbudził moment, w którym wszystko zmierzało do sceny miłosnej. Było to emocjonujące, gdyż byłaby to scena z udziałem standardowej w tego typu filmach ładnej dziewczyny i zwłok, gdyż główny bohater, jak sam zresztą o sobie wspomniał, składa się z ośmiu ciał. Scenarzyści jednak najpewniej doszli do wniosku, że nekrofilia na ekranie zakwalifikowałaby film w USA do kategorii NC-17, dzieci nie poszłyby na film i nic by nie zarobili. Skończyło się na nagim od pasa w górę Eckharcie z widocznym szwem.

Więcej skoków ciśnienia film nie wzbudza. Nie liczcie że zobaczycie cokolwiek, czego nie widzielibyście w tego typu produkcjach dziesiątki razy. To właściwie skrzyżowanie „Underworld” z „Matrixem”. Standardowy superbohater, tutaj nieżywy, choć przeżywajacy – Eckhart, ładna dziewczyna – Strahovski, zły – Nighy. I właściwie tylko tego ostatniego trochę żałuję, ale już się przyzwyczaiłem, że porządne role, na miarę talentu, przeplata chałturzeniem. W każdym razie „Ja, Frankenstein” zaczął mnie nudzić po pięciu minutach. Jeśli macie zamiar wybrać się na to do kina, idźcie do parku, gdziekolwiek. Stanowczo odradzam.

Scena warta uwagi:

Laboratorium, białe fartuchy, oświetlenie ledowe. W plątaninie kabli martwy szczur, przez którego płynie prąd. - Dwa razy więcej mocy! - Nie mogę! - Zrób to! - Ale to go zabije! - I tak jest martwy!



niedziela, 19 stycznia 2014

(Captain Phillips, 2013)

Reżyseria: Paul Greengrass

Scenarusz: Billy Ray (na podstawie „A Captain's Duty” Richarda Phillipsa)

Grają (ci istotni): Tom Hanks, Barkhad Abdi

7/10

Główny bohater świetnej książki Arturo Pereza Reverte „Cmentarzysko bezimiennych statków”, kapitan Coy, raczej pesymista, dowodzi, że romantyzm żeglugi po oceanach dawno zginął. Statki mają wyznaczone kursy, których kapitanowie muszą po prostu pilnować wioząc towar z punktu A do punktu B. Ale w filmie statki trzymają się mocno i prezentują bardzo fotogenicznie. Kto nie wierzy, polecam obejrzeć choćby „Kontrabandę”, albo jej islandzki pierwowzór „Reykjavik-Rotterdam”. „Kapitan Phillips” też wyróżnia się zdjęciami i muzyką. To ładny film.

Sama historia jest wciągająca, również dlatego, że scenarzysta i reżyser zastosowali chwyt, który zwykle się sprawdza, tzn. pokazali historię z dwóch punktów widzenia. To nie jest „Helikopter w ogniu, gdzie dzielni żołnierze wyrzynają pół Mogadiszu (fakt, ze efektownie). Tutaj mamy dwóch głównych bohaterów – Phillipsa i herszta piratów Abduwali'ego Muse – i obserwujemy dwugodzinną grę nerwów między jednym i drugim. Co prawda piraci mają karabiny, ale jest ich tylko czterech, więc całą zawierucha może się skończyć źle dla każdej ze stron. W istocie to dość sprawnie sfilmowana historia o zdobywaniu przewagi. Jeśli mam się do czegoś przyczepić to tylko do tego, że nie sądzę, by piraci z Puntlandu nazywali samych siebie „Somalijczykami”, ale może się mylę.

Scena warta uwagi:

Na samym końcu jest dość długa scena gdy Phillips trafia do lekarza. Na pierwszy rzut oka banalna, ale ta jedna scena wskazuje, mistrzostwo Toma Hanksa. Zawsze w takiej sytuacji wyobrażam sobie aktora, który przyjeżdża na plan, pije kawę, a potem gdy jest ujęcie momentalnie zmienia się w roztrzęsionego kapitana statku, który przed chwilą umknął niebezpieczeństwu. Hanks jest w tym filmie świetny. Nominacji do oskara nie dostał, otrzymał ją za to za rolę drugoplanową Barkhad Abdi, ale to raczej Hanks powinien walczyć o statuetkę.



Tagi: Tom Hanks
16:25, kubadybalski , przygodowy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 grudnia 2012

(The Grey, 2011)

Reżyseria: Joe Carnahan

Scenariusz: Joe Carnahan, Ian MacKenzie Jeffers

Grają (ci istotni): Liam Neeson

5/10

Film najbardziej wzburzył nie krytyków – im się nawet podobał – ale obrońców praw zwierząt, typu PETA i inne takie, którzy postanowili go zbojkotować bo w złym świetle (!) pokazuje wilki. Istotnie te przesympatyczne zwierzęta pełnią rolę czarnego charakteru, krok po kroku zjadając głównych bohaterów. Ale co robić, ktoś czarnym charakterem musi być. Niemcy się jakoś nie burzą.

Cała ta historia da się oglądać, choć w pewnym momencie zaczyna trochę męczyć. Niewykluczone zresztą, że taki był pomysł twórców. Nikt w końcu nie powiedział, że cała walka którą obserwujemy, ma jakikolwiek sens, tzn. ma jakiekolwiek szanse powodzenia. Widz tego nie wie, co pozwala mu się wczuć w atmosferę, bo i bohaterowie tego nie wiedzą (a jak jest – nie zdradzę) i mam wrażenie, że z ekranu pytanie o to nie pada, bo wszyscy boją się zapytać. To akurat fajne, dodaje realizmu zachowaniu ludzi, których obserwujemy.

Scena warta uwagi

W pewnym momencie postać grana przez Liama Neesona droczy się z Bogiem. Choć nawet się nie droczy, tylko mu solidnie wrzuca jak kierowcy, który zajechał nam drogę. Wszelkie skojarzenia z Mickiewiczem i „Wielką Improwizacją” uprawnione, choć bez zadęcia, czy patosu. Ot, zdenerwował się po prostu.

20:29, kubadybalski , przygodowy
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 grudnia 2012

(Centurion, 2010)

Reżyseria: Neil Marshall

Scenariusz: Neil Marshall

Grają (ci istotni): Michael Fassbender, Dominic West, Olga Kurylenko, Liam Cunningham

3/10

Film o kilku rzymskich legionistach którzy biegają po Szkocji, a goni ich przedziwnie umalowana Olga Kurylenko. Tyle ciekawego, bo nielogiczności fabuły i absurdalnych decyzji bohaterów jest tyle, że starczyłoby na kilka innych filmów. Mnie uderzyło jak niezwykle mobilni byli w początkach naszej ery mieszkańcy północnej części tej części Europy. Na własnych nogach w ciągu kilku dni potrafią przebiec z terenów rzymskich, na te zamieszkałe przez Piktów i z powrotem, trochę w międzyczasie mordując. Goniący ich Piktowie tak samo. A to wszystko w krainie bez dróg, za to z górami, lasami, bagnami etc.

Tak mi się to luźno skojarzyło z „Hannibalem – Po drugiej stronie maski” - jednym z najbardziej kuriozalnych filmów jakie widziałem jeśli chodzi logikę tego co tam autor, scenarzysta i reżyser wymyślili. Otóż tam młody Lecter jeździł sobie po Europie – ZSRR, Polska, oba niemieckie państwa, Francja – jak chciał, tam i z powrotem, kilka lat po wojnie. Komunikacyjno-paszportowy geniusz. Dwa tysiące lat temu paszportów nie potrzebowali, a i tak radzili sobie nieźle.

Scena warta uwagi

Rzymianie przyjechali po dowódcę legionu porwanego przez wroga, przybitego łańcuchem do słupa. Siłują się z łańcuchem, próbują go podważyć łomem. Nic nie idzie, w końcu muszą uciekać, więc rozczulająca scena pożegnania i w nogi. Następnego dnia wódz Piktów, mówi, że „twoi rzymscy przyjaciele powinni wiedzieć, że zimne żelazo pęka, a się nie wygina”, po czym jednym ciachnięciem urywa łańcuch, aż dowódcy legionu głupio, że jego ludzie byli tacy głupi. A mi głupio, że scenarzysta taki głupi, no bo chyba miał rację, że Rzymianie powinni wiedzieć...



środa, 31 października 2012

(The Hunter, 2011) bez polskiej premiery kinowej i DVD

Reżyseria: Daniel Nettheim

Scenariusz: Alice Addison na podstawie powieści Julii Leigh

Grają (ci istotni): Willem Dafoe, Sam Neil, Frances O'Connor, Morgana Davies i Finn Woodlock

7/10

„Trudno dziś znaleźć dobrą opiekunkę do dziecka, ale jeszcze trudniej znaleźć dobre dziecko” - mawiał klasyk w klasycznym filmie. Mógł dodać, że dobrze grające w filmie dziecko w przyrodzie w zasadzie nie występuje. W „The Hunter” akurat dziecięce role wypadają wyśmienicie. Ktoś kto naście lat temu poszedł do kina na „Wiedźmina” i musiał oglądać dziewczynkę grają cą Ciri, na takie rzeczy zwraca uwagę do końca życia.

Ale nie tylko dla Morgany Davies i Finna Woodlocka warto obejrzeć. Filmowa adaptacja bestselera Julii Leigh urzeka pięknem zdjęć, prostą historią i świetnym jak zwykle Willemem Dafoe. Banalna fabuła o myśliwym, który tropi zwierzynę okazuje się historią o tym, że człowiek to niezbyt rozumne zwierzę które czasem postępuje wbrew logice, ale tak jak czuje, ze trzeba postąpić. Niezależnie od tego co mu grozi, lub co ludzie powiedzą. W dodatku fabuła przepięknie sfilmowana, z doskonałą muzyką.

Scena warta uwagi:

Wyobraźcie sobie że jesteście ostatnim człowiekiem na ziemi. Coś jak Will Smith w „Jestem Legendą” (był też taki film z lat 60-tych). A teraz zwróćcie uwagę na scenę, w której Defoe wreszcie znajduje tygrysa. I jak potem płacze, w sumie po rozwiązaniu wszelkich problemów. Słuszna decyzja?

P.S. Ten film to kolejna doskonała reklama festiwalu w Toronto. Co oglądam jakiś film i mi się podoba, to się potem okazuje, że najpierw pokazywano go w Toronto. „The Hunter” miał tam premierę w zeszłym roku.





Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi