dramat

poniedziałek, 20 lutego 2017

(Moonlight, 2016)

Reżyseria: Barry Jenkins

Scenariusz: Barry Jenkins, Tyrell Alvin McCraney na podstawie sztuki „In Moonlight Black Boys Look Blue” McCraneya

Grają (ci istotni): Naomie Harris, Mahershala Ali, Janelle Monae, Andre Holland

7/10

Film, który przekonuje, że nawet handlarze narkotyków mogą być dobrymi ludźmi o głębokim wnętrzu. Tematy są dwa. Pierwszy to właśnie narkotyki i ten jest poruszający, w czym duża zasługa nominowanej do Oscara Naomie Harris. Filmotatnik nie spodziewał się, że Brytyjka jest w stanie wyjść poza role kapłanki z „Piratów z Karaibów” czy Moneypenny z najnowszych „Bondów”. A grając matkę głównego bohatera jest najjaśniejszym punktem filmu. Drugi temat, żeby nie zdradzać za dużo, określmy jako dorastanie. I ten choć niezły, czasami sprawia wrażenie nieco naciąganego.

Życie Chirona, nazywanego też „Małym”, albo „Czarnym” widz ogląda w trzech odsłonach, z których każda zatytułowana jest imieniem lub jednym z dwóch przezwisk małomównego chłopaka, głównego bohatera. Chiron w żadnej z trzech odsłon nie radzi sobie specjalnie dobrze, ale ma to szczęście, że trafia na dobrych ludzi, którym na nim zależy. Na dobrą sprawę w „Moonlight” nie ma sensacji czy skrajności. Chłopak ani nie stacza się na samo dno, choć ma ku temu wszelkie warunki, ani całość nie kończy się górą pieniędzy i życiem długo i szczęśliwie. Ot tak, gdy jest naprawdę źle zdarza się coś dobrego, a gdy wszystko wygląda dobrze, trafia się jakaś mała katastrofa. W sumie jak w życiu. Choć na dobrą sprawę przypadki Chirona starczyłyby na pokaźną książkę (albo film) efektem jest dość zwyczajna historia. I ten brak sensacji jest chyba największą zaletą ”Moonlight”. Trzyma widza przy ziemi.

Scena warta uwagi:

Ostatnia scena najlepszej z części filmu, czyli pierwszej. Wszystko prowadzi w jej kierunku i szczerze mówiac nie pamiętam filmowego handlarza narkotyków, który stanąłby przed takim dylematem.

P.S. Wszystkie filmy z nominacją obejrzane. Sprawa jasna. Według Filmotatnika Oscara powinien dostać „Nowy początek”, choć jeśli dostałby go „Manchester by the Sea” nie byłoby wstydu.

1. „Nowy początek” - 9/10

2. „Manchester by the Sea” - 8/10

3. „La La Land” - 8/10

4. „Aż do piekła” - 7/10

5. „Moonlight” - 7/10

6. „Ukryte działania” - 6/10

7. „Lion. Droga do domu” - 6/10

8. „Fences” - 6/10

9. „Przełęcz ocalonych” - 2/10

22:32, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 lutego 2017

(Jackie, 2016)

Reżyseria: Pablo Larrain

Scenariusz: Noah Oppenheim

Grają (ci istotni): Natalie Portman, Peter Sarsgaard, John Hurt, Billy Crudup

4/10

Prawdopodobnie Natalie Portman wymyśliła sobie, że jeśli pójdzie w ślady Leonardo DiCaprio i uzewnętrzni się na ekranie do granic absurdu, to Oscara ma gwarantowanego. W efekcie oglądamy film o płaczącej przez dwie godziny żonie zamordowanego prezydenta, która mówi z irytującą manierą przeciągania samogłosek. Szkoda, bo tak naprawdę każdy film o zabójstwie Kennedy'ego ma potencjał, podobnie jak pomysł, by pokazać, że trzpiotka która zajmowała się głównie meblowaniem Białego Domu i graniem idiotki, która nie wie o licznych romansach męża, w ciągu kilku dni po zabójstwie w Dallas stała się ulubienicą współczującej Ameryki z bardzo wyostrzonym i twardym zmysłem politycznym. To mogło się udać, ale się nie udało. Film składa się z losowo porozrzucanych scen z pogrzebu i retrospekcji z dnia zamachu, a także niezwiązanych specjalnie ze sobą rozmów Jacqueline z dziennikarzem, bratem prezydenta Robertem, a także jakimś księdzem.

Ale nie to jest najsłabsze. Reżyser Pablo Larrain, który w Chile kręci filmy historyczno-polityczne (zwykle z Gaelem Garcią Bernalem), które są etatowymi chilijskimi kandydatami do Oscara, postanowił zrobić film z przesłaniem. Niestety. Choć generalnie całkiem nieźle udaje mu się unikać patosu, to w tych kilku momentach gdy mu się nie udaje, od poważnych słów boli głowa. Ewidentnie Larrain chciałby, żeby „Jackie” była filmem na miarę „JFK” Olivera Stone'a. A że Stone swoje poglądy polityczne ma, i że przy jednym stole z Clintem Eastwoodem czy Melem Gibsonem nie siada, to wszyscy wiedzą i nikogo jego filmy nie dziwią. Gdy jednak Bobby'emu Kennedy'emu w „Jackie” bierze się na przemowę, albo sama wdowa rzuca w dziennikarza aforyzmami ze sztambucha, widz ziewa i przysypia.

Scena warta uwagi:

Najbardziej absurdalna, gdy Bobby rozmawia z Jackie w pokoju sypialnym, omawiając pogrzeb i nagle, ni stąd ni zowąd, zaczyna mówić, że jego bratu zabrakło czasu by zmienić Amerykę, że to misja, którą należy kontynuować, ble, ble, ble, chrrrr...



poniedziałek, 30 stycznia 2017

(Manchester by the Sea, 2016)

Reżyseria: Kenneth Lonergan

Scenariusz: Kenneth Lonergan

Grają (ci istotni): Casey Affleck, Lucas Hedges, Kyle Chandler, Michelle Williams, Gretchen Mol

8/10

„Najtrudniej sfilmować pustkę” - napisał w swojej recenzji dziennikarz filmowy „Guardiana” Mark Kermode. Lonerganowi i młodemu Affleckowi udało się to wybitnie. Grany przez Caseya Afflecka Lee Chandler to postać, która na każdym kroku wygląda jakby chciała wywrzeszczeć tragedię, która jej się zdarzyła, a o której widz dowiaduje się dopiero z biegiem filmu. Chandler jest na pozór spokojny, wręcz wygląda na lesera, ale pod skórą aż buzuje, by w nielicznych momentach wybuchnąć. Choć cały czas w sposób kontrolowany, bo tylko Lee wie, a widz dowiaduje się stopniowo, że żaden wybuch nie byłby wystarczająco potężny, by go choć trochę uspokoić. Casey Affleck, którego umiejętności aktorskie Filmotatnik do tej pory sytuował gdzieś między Dolphem Lundgrenem, a Benem Affleckiem, otrzymał rolę wręcz stworzoną dla siebie i zagrał ją koncertowo. Przechodzą dreszcze.

Ale nie tylko na odtwórcy głównej roli „wisi” ten film. Co warte podkreślenia – bardzo męski film. Lonergan napisał pasjonującą historię o radzeniu sobie z tragedią. Mężczyźni nie rwą sobie włosów z głowy, nie wpadają w czarną rozpacz, ani nie szukają pomocy „trenerów mentalnych”, tylko muszą rzecz jakoś w środku przetrawić i ją sobie ułożyć. W „Manchester...” robią to, każdy na swój sposób, Lee i jego siostrzeniec Patrick. Lonergan wymyślił niby dość banalny punkt wyjścia wokół którego snuje całą historię, ale robi to z taką uwagą i dbałością o szczegóły, że film ogląda się z zapartym tchem. Stopniowo zagłębia się w głowę Lee, aż do wstrząsającej sceny z dwiema małymi córkami głównego bohatera. Mało któremu reżyserowi to się udaje. A jeśli do tego wszystkiego dodać gdzieś w tle przepiękne zdjęcia z wybrzeża gdzieś na dalekich przedmieściach Bostonu, wychodzi świetny film.

Scena warta uwagi:

Trzy razy, co najmniej, w tym filmie Affleck pokazał, że Złoty Glob nie był, a Oscar nie będzie wobec niego żadnym nadużyciem. W scenie na posterunku, oraz w dwóch scenach rozmowy z byłą żoną – przez telefon i na ulicy.

P.S. Nominacje do Oscarów już są znane. Filmotatnik obejrzał póki co pięć z dziewięciu nominowanych i na ten moment statuetkę dałby „Nowemu początkowi”.

1. „Nowy początek” - 9/10

2. „Manchester by the Sea” - 8/10

3. „Aż do piekła” - 7/10

4. „Lion. Droga do domu” - 6/10

5. „Przełęcz ocalonych” - 2/10

Do obejrzenia: „Fences”, „Ukryte działania”, „La La Land”, „Moonlight”.

19:20, kubadybalski , dramat
Link Komentarze (1) »
niedziela, 15 stycznia 2017

(I, Daniel Blake, 2016)

Reżyseria: Ken Loach

Scenariusz: Paul Laverty

Grają (ci istotni): Dave Johns, Hayley Squires

9/10

Fenomenalny, poruszający i uniwersalny film Kena Loacha, nagrodzony Złotą Palmą w Cannes, to opowieść nie tylko o bezduszności brytyjskiego systemu pomocy społecznej. Tematy wykraczają daleko poza Wielką Brytanię – tę, której zwykle w filmach się raczej nie pokazuje – i daleko poza sam problem z zasiłkami. Dan, próbując załatwić prostą wydawałoby, się sprawę w urzędzie, trafia na każdym kroku na absurdy, które tylko początkowo wydają się zabawne, bo ostatecznie okazuje się, że system, który z zasady ma pomagać, przede wszystkim upadla ludzi, pozbawia ich godności. To nie jest tak, że do brytyjskich urzędów trafia margines społeczny. Trafić tam może, na dobrą sprawę każdy. Jest za to tak, że to cały schemat pomocy jest skonstruowany w ten sposób, że ludzi na margines wypycha. To szokujące spostrzeżenie. Ale tak jest. Loach przedstawia to wzorowo - w sposób jasny, prosty i bez żadnej fałszywej nuty.

Wybitnym osiągnięciem Loacha jest klarowne pokazanie, że to właśnie cała konstrukcja jest wadliwa, a nie ludzie źli. Daniel i Katie spotykają wielu bardzo uczynnych i pomocnych ludzi, czy to w banku żywności, czy w samym urzędzie. Właściwie jednym z głównych tematów, poza oskarżeniem systemu, jest tu też gigantyczna międzyludzka solidarność. Ale jednocześnie procedury dają bezapelacyjne prawo do umycia rąk tym, którzy po drugiej stronie biurka (a częściej - telefonu) nie chcą, lub nie umieją dostrzec człowieka. Jest w tym filmie sporo z Barei (na połączenie telefoniczne z urzędnikiem Dan czeka dwie godziny wysłuchując idiotycznej muzyczki), sporo z „Paragrafu 22” (Dan nie może odwołać się od decyzji „organu decyzyjnego” (sic!), dopóki ten nie zadzwoni do niego, by poinformować że dostanie list z decyzją, który już dostał – to nie błąd w procedurze, ale sama procedura), ale też mnóstwo z Orwella.

Raz za razem widz łapie się za głowę i w pierwszym odruchu myśli „co za absurd, jak to możliwe”, by po chwili przypomnieć sobie, że możliwe, bo być może i jego coś podobnego spotkało. Dan, wysłany na kurs pisania CV, spotyka tam jednego z klasycznych szarlatanów „rozwoju osobistego”, którzy niczym się od siebie nie różnią niezależnie od tego, czy „nauczają” w Newcastle, Warszawie, czy Bytomiu. Wszędzie plotą te same bzdury. W jednej z wielu świetnych scen Dan próbuje wytłumaczyć niewytłumaczalne, czyli wyjaśnić przez telefon człowiekowi, który chce go zatrudnić, że nie może u niego pracować. „To po co w ogóle do mnie przyszedłeś? F...ck You!” - słyszy w końcu i trudno się rozmówcy dziwić.

Film jest wzruszający. Loach nie wymyśla, po prostu stawia bohaterów przed codziennymi decyzjami, takimi jak co zrobić gdy do Katie przychodzi córka i tłumaczy, że w szkole się z niej śmieją bo jej buty się rozpadają, albo gdy trzeba zapłacić rachunek a nie masz pieniędzy bo nie możesz podjąć pracy. Ale pamiętajcie, to nie jest przygnębiający film o biedzie i marginesie, jak moglibyście się spodziewać. To krystalicznie precyzyjne kino społeczne.

W Wielkiej Brytanii film wywołał gorącą debatę. Dwa miesiące temu Jeremy Corbyn, lider Partii Pracy, radził w parlamencie premier Theresie May, by go sobie obejrzała. Loach przez kilka tygodni na łamach mediów spierał się z ministrem pracy Damianem Greenem, który film określił jako „niesprawiedliwy”, przyznając jednocześnie, że go nie widział. Jego konserwatywni poprzednicy zgodnie go skrytykowali, podobnie jak publicystka „Timesa”, która nie mogła się nadziwić, jakim cudem został nagrodzony w Cannes, z drugiej strony „Guardian” (Mark Kermode dał mu 5 na 5 gwiazdek) drukuje listy czytelników, których spotkało to samo, co głównego bohatera.

Obejrzenie „Ja, Daniel Blake” jest obowiązkowe. To prawdopodobnie najlepszy film zeszłego roku.

Scena warta uwagi:

W banku żywności...

14:34, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 stycznia 2017

(Powidoki, 2016)

Reżyseria: Andrzej Wajda

Scenariusz: Andrzej Mularczyk

Grają (ci istotni): Bogusław Linda, Bronisława Zamachowska, Zofia Wichłacz, Krzysztof Pieczyński, Szymon Bobrowski, Mariusz Bonaszewski

5/10

Andrzej Wajda dał ponoć Bogusławowi Lindzie wolną rękę, jeśli chodzi o zbudowanie postaci i lindowy Strzemiński to najjaśniejszy element filmu. Tak to z nim jest, że za każdym razem gdy jest na ekranie, w pierwszych kilku minutach filmu widz spodziewa się, że zaraz komuś powie „w imię zasad, skurwysynu...”, ale potem jego postać „kupuje” się bez wahania. Gorzej, że to co się dzieje na ekranie dookoła Liny, już takie dobre nie jest. Zofia Wichłacz (to ta blondynka z „Miasta 44”) grająca zakochaną w Strzemińskim studentkę, stworzyła postać płaską jak flądra. Kilkunastoletnia Bronisława Zamachowska radzi sobie jak umie, ale ewidentnie będzie lepiej umiała w przyszłości, choć trzeba dodać, że rolę – córki takich rodziców w samym środku stalinizmu – miała arcytrudną.

Wajda – zdaniem Filmotatnika bezwzględne „naj” w historii polskiej kinematografii – żegna się ze światem filmem niezłym, ale trochę zmarnowanym, który rwie się w drobiazgach, takich jak wyżej wymienione role, czy dość drętwe sceny wykładów (poza doskonałą sceną przerwanego wykładu o Van Goghu). Pytania o to, gdzie są (jeśli w ogóle), granice obrony artystycznej wolności, przestrogi przed milczeniem gdy władza wkracza w tematy do których wstępu mieć nie powinna i wreszcie pokazanie, że żeby człowieka upodlić i zniszczyć wcale nie trzeba było go wsadzić do więzienia i tam skatować, są ważne. Tylko, że Wajda już je poruszał wiele razy i w „Powidokach” nie znajdzie się nic świeżego. Owszem, można spytać, dlaczego Filmotatnik chce czegoś świeżego od 90-letniego reżysera, ale od kogo jak nie od Wajdy?

Scena warta uwagi

Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że cały ten film, to półtorej godziny nakręcone głównie po to, by pokazać na końcu scenę z manekinami – świetną, symboliczną, bardzo „wajdowską”. Ta jedna scena może być tematem bardzo długiej dyskusji. Tylko ten półtoragodzinny wstęp mógłby być lepszy.

16:11, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 stycznia 2017

(Hell or High Water, 2016)

Reżyseria: David Mackenzie

Scenariusz: Taylor Sheridan

Grają (ci istotni): Chris Pine, Ben Foster, Jeff Bridges

7/10

Wciągający, pięknie sfilmowany i zilustrowany muzyką Nicka Cave'a western. Bo choć dzieje się w Teksasie współcześnie, to na dobrą sprawę relacje między ludźmi i działania zdają się niewiele zmienić przez ostatnie półtora wieku. Niby główni bohaterowie piją kawę w restauracji i jeżdżą samochodem, ale gdyby nagle wymienić to na saloon, konie i ubrać ich nieco inaczej, film mógłby z powodzeniem toczyć się dalej. O ile jednak John Wayne i jego kumple wiedli proste życie – ktoś był dobry, ktoś zły, ktoś obrabował bank, ktoś z kimś wychodził na ulicę i strzelali z biodra – to bohaterów Mackenziego bardzo długo trudno jednoznacznie ocenić. Czarny charakter i dobry bohater kształtują się w czasie filmu każdą kolejną decyzją, do końca nic tu nie nie będzie jednoznaczne, a na pytanie jak bardzo obu braci usprawiedliwiają okoliczności, odpowiedzi nie będzie. W westernie twardy facet, gdy działa się krzywda jemu, lub jego rodzinie, brał rewolwer albo strzelbę i szedł strzelać, a tego złego, często dosięgała sprawiedliwość. Dziś nie wiadomo co z tą sprawiedliwością – jak, komu ją wymierzać, czy ten ktoś w ogóle to poczuje? Współcześni sprawiedliwi mają przerąbane.

Osobny akapit należy się Jeffowi Bridgesowi, który z wiekiem błyszczy na ekranie coraz bardziej, a do ról doświadczonych kowbojów nadaje się idealnie. Bridges w jednej chwili potrafi zmienić spojrzenie z gorącego, na mrożące krew w żyłach. Szeryf Hamilton w jego wykonaniu jest osią filmu. W leniwy sposób posuwa śledztwo do przodu i jest być może najbardziej krwistą postacią w całym tym zestawie. Przydałaby mu się jakaś nagroda. Złotego Globu nie dostał. Trochę szkoda.

Scena warta uwagi

Ostatnia w filmie. Bardzo, ale to bardzo westernowa.

środa, 21 grudnia 2016

(Hacksaw Ridge, 2016)

Reżyseria: Mel Gibson

Scenariusz: Andrew Knight, Robert Schenkkan

Grają (ci istotni): Andrew Garfield, Sam Worthington, Hugo Weaving, Teresa Palmer, Vince Vaughn

2/10

Niedawno znajomy pokazał mi „najgorszy film wojenny ever” („7 Man Army”, produkcja hongkońska z 1976 r., fragment można zobaczyć tutaj). Film Mela Gibsona swoją wojenną poetyką niespecjalnie się od niego różni. Flaki latają na wszystkie strony, żołnierze wylatują w powietrze tuzinami, trafienia w głowę widz ogląda w każdym możliwym wariancie i z każdej strony. To nie jest film wojenny. To klasyczny slasher. Gibson nie tylko płynnie przeskakuje estetykę Wojciecha Smarzowskiego – mniej w „Przełęczy ocalonych” odciętych głów niż np. w „Wołyniu”, ale np. dużo więcej płonących ludzi – ale zawstydza nawet Quentina Tarantino. Jeżeli przyszło wam teraz do głowy, że na potrzeby nadania notce dramatyzmu nieco przesadzam, to nie. Nie przesadzam.

Mówimy o filmie, który przed momentem otrzymał trzy kluczowe nominacje do Złotych Globów (najlepszy film dramatyczny, najlepszy aktor i najlepszy reżyser) i jest wielce prawdopodobne, że dostanie też nominację oscarową. W tymże filmie nie liczcie na żadne cieniowanie, czy rozterki moralne. Potworni Japończycy wyskakują z każdej dziury w ziemi, żeby – nie bacząc na własne życie – zarżnąć jak najwięcej Amerykanów, szczerząc się przy tym i krzycząc nie wiadomo co. Dzielni Amerykanie bohatersko bronią swojego kraju, wolności i demokratycznych swobód przed wspomnianymi krwiożerczymi Japończykami (nikt nie pyta np. dlaczego robią to na Okinawie), a główny bohater jest najprawdopodobniej aniołem w ludzkim ciele. Nie dotyka broni, czyta Biblię, którą na pożegnanie dostał od świeżo poślubionej żony, pięknej pielęgniarki, a mimo to wyciąga z pola walki (z którego wycofali się jego kumple, a pałętają się tam Japończycy, jest pod ciągłym ostrzałem) i spuszcza na linie wzdłuż ponad 100-metrowego zbocza 75 rannych towarzyszy (w tej liczbie scenarzysta i reżyser dodają jeszcze kilku żołnierzy wroga). Tu akurat film jest najprawdziwszy, bo ta historia rzeczywiście się zdarzyła. Gibson każe widzowi widzieć w tym oczywisty cud i palec Boży (broń Boże statystyka! skąd pomysł, że jakiś taki wariat, spośród wszystkich którzy zginęli, po prostu miał szczęście i przeżył?). W ostatniej scenie główny bohater, ranny, zdaje się unosić na noszach w kierunku nieba (naprawdę, nie zmyślam). W tym momencie Gibson wspina się na Himalaje wazeliniarstwa i patosu. Dawno nie widziałem takiego bezczelnego filmu.

Scena warta uwagi:

Wspomniane „wniebowstąpienie” to koniec dłuższej sceny, w której Japończycy z białą flagą poddają się. Ale to podstępne bestie. Jeden z nich rzuca dwa granaty w kierunku dowódcy. Główny bohater, w zwolnionym tempie jeden odrzuca w powietrzu ręką (machnięciem godnym Djokovicia), a drugi kopniakiem (nie powstydziłby się go Lewandowski) i ratuje mu życie, sam odnosząc poważne rany. Ale to nie koniec! Z noszy pyta towarzysza broni „Gdzie moja Biblia?” (zgubił ją chwilę wcześniej), a ten wraca w sam środek walki, znajduje ją i zwraca naszemu aniołowi.

20:45, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 grudnia 2016

(Sully, 2016)

Reżyseria: Clint Eastwood

Scenariusz: Todd Komarnicki

Grają (ci istotni): Tom Hanks, Aaron Eckhart, Laura Linney

7/10

Clint Eastwood wziął się za sfilmowanie historii, której koniec wszyscy znają, w dodatku wszyscy wiedzą, że zakończyła się dobrze, a bohater jest wzorem cnót. To oznacza, że choć to historia w której na wstępie psuje się wszystko co może się zepsuć, a potem nikt nie ginie, wcale nie jest takim dobrym materiałem na film. Biorąc to pod uwagę efekt jaki osiągnął jest mistrzostwem świata. Największy zarzut do filmu, polega na tym, że brakuje w nim napięcia. Ale mając w pamięci powyższe inaczej być nie może. Eastwood i scenarzysta Todd Komarnicki postanowili dodać nieco dramatyzmu od siebie i kazali pilotom zmagać się z zarzutami komisji ds. badania wypadków lotniczych, która ma na oczach widzów sprawdzić, czy obaj to bohaterowie, czy może szaleni ryzykanci, którzy narazili na śmierć 155 pasażerów samolotu. Finału można się domyślić, tym bardziej, że – jak kilkakrotnie jest podkreślane na ekranie – pilot Chesley Sullenberger lata samolotami od 42 lat, więc ster był w najbezpieczniejszych rękach, jakie można sobie wyobrazić.

Recenzent brytyjskiego „The Telegraph” nie wahał się zauważyć, że Eastwood reżyseruje od 45 lat (to jego 35 film). I wcale nie znaczy to, że te ręce są równie bezpieczne jak ręce Sully'ego. Choć ma na koncie dzieła genialne, to i pewne, właściwe konserwatystom, zamiłowanie do machania gwiaździstym sztandarem w co drugiej scenie, co w przypadku „Snajpera”, jego poprzedniego filmu (kandydata do Oscara sprzed dwóch lat), bywało momentami niestrawne. Tym razem nie tylko udało mu się nakręcić pozytywną historię bez rażącego patosu, ale w dodatku stworzyć film, który się świetnie ogląda. „Sully”, poza wszystkim, jest niezwykle efektowny. Oglądane dwukrotnie lądowanie na rzece Hudson, różniące się detalami, na które reżyser zwraca uwagę widza, to doskonale nakręcone sceny. Nie jest to może film, który zmieściłby się w trójce najlepszych Eastwooda, ale nie dajcie się zniechęcić. To porządne kino.

Scena warta uwagi:

Jest gdzieś na początku scena w której Sully i Jeff, drugi pilot, wieczorem, przed czekającym ich przesłuchaniem przed komisją, wychodzą się przespacerować po Nowym Jorku. Rozmowa jaką prowadzą niestety każe przypuszczać, że cały film będzie pełen patetycznych przemów o bohaterstwie i tym co mężczyzna powinien zrobić. Trochę się wtedy przestraszyłem. Ale spokojnie, reżyser nie poszedł tą drogą.

sobota, 22 października 2016

(Wołyń, 2016)

Reżyseria: Wojtek Smarzowski

Scenariusz: Wojtek Smarzowski

Grają (ci istotni): Michalina Łabacz, Arkadiusz Jakubik, Jacek Braciak, Wasyl Wasylik

8/10

To jeden z tych filmów, w których nie należy się specjalnie przywiązywać do bohaterów. Dopiero gdy film się trochę rozwinie, można zdać sobie sprawę, jak niesamowicie trudnego zadania podjął się Smarzowski. Zmieszczenie w dwóch godzinach narastających przez lata przyczyn rzezi na Wołyniu, samych wydarzeń i absurdu sytuacji, w której sąsiad mordował sąsiada, a także obrazu miejsca, które wojna przeryła wte i we wte kilka razy, wydaje się niemożliwe. A jednak. A ponieważ to wszystko wiązało się z mordowaniem na rozmaite sposoby, aktorów i statystów potrzeba było dużo.

To bardzo pojemny film i tematów jest w nim tyle, że starczyłoby na kilka innych. Co prawda reżyser dość szybko przechodzi do tego w czym czuje się dobrze, a wiec rozstrzeliwania, ucinania głów i rozpruwania brzuchów widłami, a i zakończenie jest raczej oszczędne, wiec na pierwszy rzut oka to głównie opowieść o rzezi. Ale jest w nim mnóstwo drobiazgów-perełek, jak hipnotyzująca scena "podwójnego" kazania popów do tego samego audytorium, czy postać doskonale pasująca do pasikowskiego "czasy się zmieniają, a pan zawsze w komisjach". Wiele z nich jest dwuznaczna i niedopowiedziana, co robi mocne wrażenie. Nie wiadomo, czy Oleś przychodzi do Mośka i go ratuje, czy wydaje banderowcom.

Wydaje się, że głównym problemem "Wołynia" może być to, ze widz niezorientowany w zawiłościach historii zachodniej Ukrainy, np. paryski zjadacz bagietek, czy nowojorski pochłaniacz hamburgerów, po prostu go nie zrozumie. Smarzowski ma bardzo fajną cechę, że nie wyjaśnia łopatologicznie, a jedynie sugeruje, ufając, że inteligentny widz się domyśli o co chodzi. Tym razem gna tak szybko, że nieprzygotowanemu obserwatorowi umkną rzeczy najfajniejsze. Z drugiej strony, gdyby zrobił film łatwo zrozumiały, może nie byłby tak mocny?

Scena warta uwagi:

"Pieniądze szczęścia nie dają, ale trzeba je mieć" - mówi w pewnym momencie ojciec panny młodej, grany przez Jacka Braciaka, któremu Smarzowski włożył w usta słowa wypowiedziane na zupełnie innym weselu...

wtorek, 02 sierpnia 2016

(Zjednoczone stany miłości, 2016)

Reżyseria: Tomasz Wasilewski

Scenariusz: Tomasz Wasilewski

Grają (ci istotni): Julia Kijowska, Magdalena Cielecka, Łukasz Simlat, Andrzej Chyra

8/10

Cztery kobiety w różnym wieku i każda przeraźliwie samotna, bo wbrew tytułowi to film przede wszystkim o samotności, którą desperacko próbują zwalczyć średnio udanymi wersjami miłości. Jest kobieta, która nie kocha męża ("jak długo razem jesteśmy? Z 15 lat... Córka ma 14..."). Jest jej najlepsza przyjaciółka, która swojego męża nie widziała od trzech lat, bo ten wyjechał za pracą do erefenu. Jest jej siostra, pani dyrektor szkoły, kochanka z sześcioletnim stażem, uzależniona od mężczyzny, który od niej nie jest uzależniony. Jest wreszcie, chyba najbardziej przejmująca, zbliżająca się do emerytury nauczycielka rosyjskiego, którą w szkole właśnie zastępuje nauczycielka angielskiego. Każda inteligentna, samodzielna, na skali niezależności chyba mocno powyżej średniej jakiej można byłoby się spodziewać po kobietach w Polsce gdzieś miedzy 1989 a 1990 rokiem. I każda niesamowicie odległa od współczesnej, propagowanej przez kolorowa bibułę wizji szczęśliwej, spełniającej się w pracy i niepotrzebującej mężczyzny singielki. I tu wcale zdaje się nie chodzić o to, że przez ćwierćwiecze Polki tak się zmieniły.

Cud boski, że ten film został nagrodzony w Berlinie (Srebrny Niedźwiedź za scenariusz dla Wasilewskiego). Poza dość uniwersalną historią to przecież też wciągający obraz świata, którego szczęśliwie już nie ma, a który Filmotatnik z czasów wczesnodziedzięcych pamięta jak przez mgłę. Świata w którym blokowiska, choć przestronniejsze, były niesamowicie przygnębiające, w którym wszyscy jarali jak smoki w parowozie i który był w całości, niewyobrażalnie szarobury ("Polska w ruinie"... ręce opadają w obliczu bezczelności autora tego hasła...). Trzeba choć trochę przynajmniej pamiętać tamte czasy, żeby wyłapać wszystkie, nienachalnie podane a smakowite kąski. Choć z drugiej strony jeśli gdziekolwiek za granicą mogli je zrozumieć, to chyba w NRD...

Scena warta uwagi:

Jeden z kilku humorystycznych akcentów ma miejsce na basenie, gdzie jedna z bohaterek, Marzena, prowadzi zajęcia rehabilitacyjne dla grupy niemieckich emerytek. "Lewa ręka! Prawa ręka! Hande hoch...!"

P.S. Film nie ma polskiego plakatu, taka ciekawostka...

22:19, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi