dramat

poniedziałek, 25 września 2017

(Ptaki śpiewają w Kigali, 2017)

Reżyseria: Joanna Kos-Krauze, Krzysztof Krauze

Scenariusz: Joanna Kos-Krauze, Krzysztof Krauze

Grają (ci istotni): Jowita Budnik, Eliane Umuhire, Witold Wieliński

7/10

Jeśli wśród filmów o ludobójstwie na jednym końcu skali umieścimy "Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego, to "Ptaki śpiewają w Kigali" są na tym drugim końcu. To film bardzo cichy. Mówi się w nim mało, ale cisza, która ilustruje kolejne sceny, szumi w uszach. Wiele z nich zresztą zaczyna się na głucho. Tak jakby Krauzowie chcieli pozwolić widzom wczuć się w kogoś, kto przeżył traumę tak mocną, że zmusza się by wrócić do rzeczywistości. Przeżywanie traumy to zresztą główny temat filmu i choćby z tego powodu powinno się na niego obowiązkowo prowadzać pseudopatriotów, chcących "pomagać na miejscu". Co więcej nie, ludzie, którzy uciekają przed wojną nie będą zaraz po przekroczeniu granicy uśmiechać się, deklarować chęci nauki polskiego i wychwalać pod niebiosa smaku pierogów (a chyba niektórzy politycy tylko pod takim warunkiem łaskawie zechcieli by ich wpuścić). Mogą być rozgoryczeni, nieufni, czy apatyczni. I maja prawo tak się czuć, skoro ktoś im, być może, przed chwilą wymordował rodzinę.

Czy jest sens robić w Polsce film o zbrodni w Rwandzie? Krauzowie pokazali, że warto. Umiejętnie pokazali, że ludobójstwo ma też charakter osobisty, intymny, a na tym poziomie nie ma znaczenia kolor skory, czy narodowość. Zresztą to właśnie zejście na poziom indywidualny nadaje tym wydarzeniom uniwersalny charakter. Problem w tym, że trauma jest jednak wybitnie niefilmowa. Film nie jest nudny, ale... nie jest wciągający. Jakoś tam ciekawi pewna tajemnica, która rozwiązuje się na końcu, ale to trochę mało. Krauzowie zrobili tak uwewnętrzniony film, że momentami mu to szkodzi. Ale warto.

Scena warta uwagi

Gdy pewien urzędnik w ministerstwie mówi, że "nikt nie morduje miliona ludzi bez powodu", to zapewne wszyscy symetryści biją mu po cichu brawo. Ciarki przechodzą. Takich, rzuconych półgębkiem, komentarzy do współczesności jest w filmie więcej.

17:25, kubadybalski , dramat
Link Komentarze (1) »
sobota, 26 sierpnia 2017

(Слава, 2016)

Reżyseria: Kristina Grozewa, Petar Wałchanow

Scenariusz: Kristina Grozewa, Petar Wałchanow

Grają (ci istotni): Stefan Denoliubow, Margita Goszewa

7/10

Kino moralnego niepokoju nie zginęło wraz z przemianami ustrojowymi w Polsce. Po prostu postanowiło szukać szczęścia za granicą. Dziś takie filmy robi się w Rumunii, Bułgarii i w Rosji, co jest paradoksalną korzyścią, być może jedyną sensowną, z życia po sąsiedzku z korupcją, brakiem zaufania i ogólnym tumiwisizmem. Na takim właśnie podłożu powstają najlepsze filmy, bo co może być ciekawszego dla kina niż człowiek który czasem jest świnią, a czasem bohaterem i czasem winę za to ponoszą okoliczności, a czasem on sam, a najczęściej granica między tymi wszystkimi sytuacjami jest nieuchwytna. Grozewa opowiada historię pracownika kolei, który znalazł na torach wory z pieniędzmi i postanowił oddać je policji. Nic w tym zaskakującego, znając mechanizm tego rodzaju filmów, że była to dla niego decyzja najgorsza z możliwych i gdyby wziął je do kieszeni i resztę życia spędził pod palmami na Fidżi wszyscy (ale to absolutnie wszyscy w tej historii) byliby zadowoleni. Bułgarska reżyserka, równie efektownie jak w nakręconej przed trzema laty „Lekcji”, pokazuje jednak jak piekielnie niewygodne jest życie w rzeczywistości, w której nawet nie chodzi o to, że wszyscy są nieuczciwi (bo nie wszyscy), ale jeśli nie są, to są samolubni, a jeśli nie nieuczciwi ani samolubni, to im zwyczajnie nie zależy.

Polski widz może się w tym filmie przejrzeć jak w krzywym zwierciadle i zastanowić, czy przez ostatnie lata przypadkiem zwierciadło, które ma w rękach, nieco się nie wygładza. Poboczne wątki składają się na bardzo niefajną rzeczywistość kraju, który bardzo chciałby być europejski, ale na każdym kroku widać słomę (znów: skąd my to znamy?), a unijne pieniądze służą głównie do budowania kafkowskiej biurokracji. Rzeczniczka ministra transportu, która czas dzieli miedzy pracę, a wizyty w klinice ginekologicznej gdzie chce zamrozić zarodki na przyszłość. Bo dziecko jest ważne, ale jeszcze nie teraz. Główna postać filmu, którą na każdym kroku wszyscy nazywają bohaterem, bo tak im wygodnie, ale nikt go, choćby w elementarny sposób, nie szanuje. Doskonała, metaforyczna, jest scena, w której wspomniana rzeczniczka musi zrobić sobie szybko zastrzyk, o którym wcześniej zapomniała, więc robi go w holu ministerstwa, zakrywając się tym co jest pod ręką, czyli stojącą tam unijną flagą. Warto się wybrać.

Scena warta uwagi:

Poza wspomnianą wcześniej, pięknym przykładem kosmicznej cepelii jest uroczystość w ministerstwie. Jest tam nawet dziecko recytujące wierszyk.

15:44, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 lipca 2017

(Dunkirk, 2017)

Reżyseria: Christopher Nolan

Scenariusz: Christopher Nolan

Grają (ci istotni): Mark Rylance, Tom Hardy, Cillian Murphy, Kenneth Branagh, Fionn Whitehead

8/10

Głęboko antywojenny film, w którym zmieszczono i takie sceny, w których mężczyźni kończą długie wzajemne spojrzenie w oczy lekkim skinieniem głowy (jest takich kilka), ale też takie, w których głównym bohaterem jest wszechogarniający, zwierzęcy strach. Tych drugich jest więcej i to one nadają ton „Dunkierce”. W tym filmie wszyscy się mniej lub bardziej boją. Tych, którzy zostali na plaży strach sprowadza do postaci kierujących się przede wszystkim instynktem przeżycia, co brzmi tyleż rozsądnie, zważywszy na okoliczności, co i niepokojąco, gdy zdamy sobie sprawę, że oznacza odłożenie tymczasowo na półkę takich wynalazków jak etyka, czy moralność. W najlepszej scenie filmu, rozgrywającej się we wnętrzu kutra, widać wyraźnie jak kruchy jest świat, w którym wszelkie zasady są sprowadzone tylko do tego, by przetrwać. Choć reżyser nie omieszkał zapytać, czy samo przetrwanie nie wystarczy do osiągnięcia tego, co stanowi o byciu człowiekiem.

Film Nolana nie rozczarowuje, jest świetny, wstrząsający, choć jednak nie przełomowy. Nie zmieści się ani w trójce (ani pewnie w piątce) najlepszych filmów wojennych, ani w trójce (i w piątce też chyba nie) najlepszych filmó samego Nolana. Ale przykuwa uwagę elementami technicznymi. Na osobny akapit zasługuje wspaniale skomponowana, dudniąca muzyka Hansa Zimmera, która „maluje” sceny chyba nawet mocniej niż doskonałe zdjęcia świetnego operatora Hoyte van Hoytemy (z którym Nolan zrobił wcześniej „Interstellar”). Nie można oprzeć się wrażeniu, że choć Zimmerowi najlepiej wychodzi plagiatowanie samego siebie, to gdy przychodzi do niego Nolan i mówi „Hans, jest taki a taki film, trzeba do niego zrobić taką a taką muzykę, tylko wiesz Hans... bez lipy”, to Zimmer raz na parę lat jest w stanie wydusić z siebie coś zachaczającego o geniusz. Tak zrobił przy okazji „Incepcji” i tak zrobił teraz.

Scena warta uwagi:

Chyba nie przypadkiem jacht, którym pan Dawson płynie do Dunkierki, ma taką nazwę jaką ma (można to dojrzeć w jednej z ostatnich scen). To chyba dla podkreślenia jak trudnej, porównywalnej z podróżą na Księżyc, misji pojęli się Brytyjczycy.

poniedziałek, 20 lutego 2017

(Moonlight, 2016)

Reżyseria: Barry Jenkins

Scenariusz: Barry Jenkins, Tyrell Alvin McCraney na podstawie sztuki „In Moonlight Black Boys Look Blue” McCraneya

Grają (ci istotni): Naomie Harris, Mahershala Ali, Janelle Monae, Andre Holland

7/10

Film, który przekonuje, że nawet handlarze narkotyków mogą być dobrymi ludźmi o głębokim wnętrzu. Tematy są dwa. Pierwszy to właśnie narkotyki i ten jest poruszający, w czym duża zasługa nominowanej do Oscara Naomie Harris. Filmotatnik nie spodziewał się, że Brytyjka jest w stanie wyjść poza role kapłanki z „Piratów z Karaibów” czy Moneypenny z najnowszych „Bondów”. A grając matkę głównego bohatera jest najjaśniejszym punktem filmu. Drugi temat, żeby nie zdradzać za dużo, określmy jako dorastanie. I ten choć niezły, czasami sprawia wrażenie nieco naciąganego.

Życie Chirona, nazywanego też „Małym”, albo „Czarnym” widz ogląda w trzech odsłonach, z których każda zatytułowana jest imieniem lub jednym z dwóch przezwisk małomównego chłopaka, głównego bohatera. Chiron w żadnej z trzech odsłon nie radzi sobie specjalnie dobrze, ale ma to szczęście, że trafia na dobrych ludzi, którym na nim zależy. Na dobrą sprawę w „Moonlight” nie ma sensacji czy skrajności. Chłopak ani nie stacza się na samo dno, choć ma ku temu wszelkie warunki, ani całość nie kończy się górą pieniędzy i życiem długo i szczęśliwie. Ot tak, gdy jest naprawdę źle zdarza się coś dobrego, a gdy wszystko wygląda dobrze, trafia się jakaś mała katastrofa. W sumie jak w życiu. Choć na dobrą sprawę przypadki Chirona starczyłyby na pokaźną książkę (albo film) efektem jest dość zwyczajna historia. I ten brak sensacji jest chyba największą zaletą ”Moonlight”. Trzyma widza przy ziemi.

Scena warta uwagi:

Ostatnia scena najlepszej z części filmu, czyli pierwszej. Wszystko prowadzi w jej kierunku i szczerze mówiac nie pamiętam filmowego handlarza narkotyków, który stanąłby przed takim dylematem.

P.S. Wszystkie filmy z nominacją obejrzane. Sprawa jasna. Według Filmotatnika Oscara powinien dostać „Nowy początek”, choć jeśli dostałby go „Manchester by the Sea” nie byłoby wstydu.

1. „Nowy początek” - 9/10

2. „Manchester by the Sea” - 8/10

3. „La La Land” - 8/10

4. „Aż do piekła” - 7/10

5. „Moonlight” - 7/10

6. „Ukryte działania” - 6/10

7. „Lion. Droga do domu” - 6/10

8. „Fences” - 6/10

9. „Przełęcz ocalonych” - 2/10

22:32, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 lutego 2017

(Jackie, 2016)

Reżyseria: Pablo Larrain

Scenariusz: Noah Oppenheim

Grają (ci istotni): Natalie Portman, Peter Sarsgaard, John Hurt, Billy Crudup

4/10

Prawdopodobnie Natalie Portman wymyśliła sobie, że jeśli pójdzie w ślady Leonardo DiCaprio i uzewnętrzni się na ekranie do granic absurdu, to Oscara ma gwarantowanego. W efekcie oglądamy film o płaczącej przez dwie godziny żonie zamordowanego prezydenta, która mówi z irytującą manierą przeciągania samogłosek. Szkoda, bo tak naprawdę każdy film o zabójstwie Kennedy'ego ma potencjał, podobnie jak pomysł, by pokazać, że trzpiotka która zajmowała się głównie meblowaniem Białego Domu i graniem idiotki, która nie wie o licznych romansach męża, w ciągu kilku dni po zabójstwie w Dallas stała się ulubienicą współczującej Ameryki z bardzo wyostrzonym i twardym zmysłem politycznym. To mogło się udać, ale się nie udało. Film składa się z losowo porozrzucanych scen z pogrzebu i retrospekcji z dnia zamachu, a także niezwiązanych specjalnie ze sobą rozmów Jacqueline z dziennikarzem, bratem prezydenta Robertem, a także jakimś księdzem.

Ale nie to jest najsłabsze. Reżyser Pablo Larrain, który w Chile kręci filmy historyczno-polityczne (zwykle z Gaelem Garcią Bernalem), które są etatowymi chilijskimi kandydatami do Oscara, postanowił zrobić film z przesłaniem. Niestety. Choć generalnie całkiem nieźle udaje mu się unikać patosu, to w tych kilku momentach gdy mu się nie udaje, od poważnych słów boli głowa. Ewidentnie Larrain chciałby, żeby „Jackie” była filmem na miarę „JFK” Olivera Stone'a. A że Stone swoje poglądy polityczne ma, i że przy jednym stole z Clintem Eastwoodem czy Melem Gibsonem nie siada, to wszyscy wiedzą i nikogo jego filmy nie dziwią. Gdy jednak Bobby'emu Kennedy'emu w „Jackie” bierze się na przemowę, albo sama wdowa rzuca w dziennikarza aforyzmami ze sztambucha, widz ziewa i przysypia.

Scena warta uwagi:

Najbardziej absurdalna, gdy Bobby rozmawia z Jackie w pokoju sypialnym, omawiając pogrzeb i nagle, ni stąd ni zowąd, zaczyna mówić, że jego bratu zabrakło czasu by zmienić Amerykę, że to misja, którą należy kontynuować, ble, ble, ble, chrrrr...



poniedziałek, 30 stycznia 2017

(Manchester by the Sea, 2016)

Reżyseria: Kenneth Lonergan

Scenariusz: Kenneth Lonergan

Grają (ci istotni): Casey Affleck, Lucas Hedges, Kyle Chandler, Michelle Williams, Gretchen Mol

8/10

„Najtrudniej sfilmować pustkę” - napisał w swojej recenzji dziennikarz filmowy „Guardiana” Mark Kermode. Lonerganowi i młodemu Affleckowi udało się to wybitnie. Grany przez Caseya Afflecka Lee Chandler to postać, która na każdym kroku wygląda jakby chciała wywrzeszczeć tragedię, która jej się zdarzyła, a o której widz dowiaduje się dopiero z biegiem filmu. Chandler jest na pozór spokojny, wręcz wygląda na lesera, ale pod skórą aż buzuje, by w nielicznych momentach wybuchnąć. Choć cały czas w sposób kontrolowany, bo tylko Lee wie, a widz dowiaduje się stopniowo, że żaden wybuch nie byłby wystarczająco potężny, by go choć trochę uspokoić. Casey Affleck, którego umiejętności aktorskie Filmotatnik do tej pory sytuował gdzieś między Dolphem Lundgrenem, a Benem Affleckiem, otrzymał rolę wręcz stworzoną dla siebie i zagrał ją koncertowo. Przechodzą dreszcze.

Ale nie tylko na odtwórcy głównej roli „wisi” ten film. Co warte podkreślenia – bardzo męski film. Lonergan napisał pasjonującą historię o radzeniu sobie z tragedią. Mężczyźni nie rwą sobie włosów z głowy, nie wpadają w czarną rozpacz, ani nie szukają pomocy „trenerów mentalnych”, tylko muszą rzecz jakoś w środku przetrawić i ją sobie ułożyć. W „Manchester...” robią to, każdy na swój sposób, Lee i jego siostrzeniec Patrick. Lonergan wymyślił niby dość banalny punkt wyjścia wokół którego snuje całą historię, ale robi to z taką uwagą i dbałością o szczegóły, że film ogląda się z zapartym tchem. Stopniowo zagłębia się w głowę Lee, aż do wstrząsającej sceny z dwiema małymi córkami głównego bohatera. Mało któremu reżyserowi to się udaje. A jeśli do tego wszystkiego dodać gdzieś w tle przepiękne zdjęcia z wybrzeża gdzieś na dalekich przedmieściach Bostonu, wychodzi świetny film.

Scena warta uwagi:

Trzy razy, co najmniej, w tym filmie Affleck pokazał, że Złoty Glob nie był, a Oscar nie będzie wobec niego żadnym nadużyciem. W scenie na posterunku, oraz w dwóch scenach rozmowy z byłą żoną – przez telefon i na ulicy.

P.S. Nominacje do Oscarów już są znane. Filmotatnik obejrzał póki co pięć z dziewięciu nominowanych i na ten moment statuetkę dałby „Nowemu początkowi”.

1. „Nowy początek” - 9/10

2. „Manchester by the Sea” - 8/10

3. „Aż do piekła” - 7/10

4. „Lion. Droga do domu” - 6/10

5. „Przełęcz ocalonych” - 2/10

Do obejrzenia: „Fences”, „Ukryte działania”, „La La Land”, „Moonlight”.

19:20, kubadybalski , dramat
Link Komentarze (1) »
niedziela, 15 stycznia 2017

(I, Daniel Blake, 2016)

Reżyseria: Ken Loach

Scenariusz: Paul Laverty

Grają (ci istotni): Dave Johns, Hayley Squires

9/10

Fenomenalny, poruszający i uniwersalny film Kena Loacha, nagrodzony Złotą Palmą w Cannes, to opowieść nie tylko o bezduszności brytyjskiego systemu pomocy społecznej. Tematy wykraczają daleko poza Wielką Brytanię – tę, której zwykle w filmach się raczej nie pokazuje – i daleko poza sam problem z zasiłkami. Dan, próbując załatwić prostą wydawałoby, się sprawę w urzędzie, trafia na każdym kroku na absurdy, które tylko początkowo wydają się zabawne, bo ostatecznie okazuje się, że system, który z zasady ma pomagać, przede wszystkim upadla ludzi, pozbawia ich godności. To nie jest tak, że do brytyjskich urzędów trafia margines społeczny. Trafić tam może, na dobrą sprawę każdy. Jest za to tak, że to cały schemat pomocy jest skonstruowany w ten sposób, że ludzi na margines wypycha. To szokujące spostrzeżenie. Ale tak jest. Loach przedstawia to wzorowo - w sposób jasny, prosty i bez żadnej fałszywej nuty.

Wybitnym osiągnięciem Loacha jest klarowne pokazanie, że to właśnie cała konstrukcja jest wadliwa, a nie ludzie źli. Daniel i Katie spotykają wielu bardzo uczynnych i pomocnych ludzi, czy to w banku żywności, czy w samym urzędzie. Właściwie jednym z głównych tematów, poza oskarżeniem systemu, jest tu też gigantyczna międzyludzka solidarność. Ale jednocześnie procedury dają bezapelacyjne prawo do umycia rąk tym, którzy po drugiej stronie biurka (a częściej - telefonu) nie chcą, lub nie umieją dostrzec człowieka. Jest w tym filmie sporo z Barei (na połączenie telefoniczne z urzędnikiem Dan czeka dwie godziny wysłuchując idiotycznej muzyczki), sporo z „Paragrafu 22” (Dan nie może odwołać się od decyzji „organu decyzyjnego” (sic!), dopóki ten nie zadzwoni do niego, by poinformować że dostanie list z decyzją, który już dostał – to nie błąd w procedurze, ale sama procedura), ale też mnóstwo z Orwella.

Raz za razem widz łapie się za głowę i w pierwszym odruchu myśli „co za absurd, jak to możliwe”, by po chwili przypomnieć sobie, że możliwe, bo być może i jego coś podobnego spotkało. Dan, wysłany na kurs pisania CV, spotyka tam jednego z klasycznych szarlatanów „rozwoju osobistego”, którzy niczym się od siebie nie różnią niezależnie od tego, czy „nauczają” w Newcastle, Warszawie, czy Bytomiu. Wszędzie plotą te same bzdury. W jednej z wielu świetnych scen Dan próbuje wytłumaczyć niewytłumaczalne, czyli wyjaśnić przez telefon człowiekowi, który chce go zatrudnić, że nie może u niego pracować. „To po co w ogóle do mnie przyszedłeś? F...ck You!” - słyszy w końcu i trudno się rozmówcy dziwić.

Film jest wzruszający. Loach nie wymyśla, po prostu stawia bohaterów przed codziennymi decyzjami, takimi jak co zrobić gdy do Katie przychodzi córka i tłumaczy, że w szkole się z niej śmieją bo jej buty się rozpadają, albo gdy trzeba zapłacić rachunek a nie masz pieniędzy bo nie możesz podjąć pracy. Ale pamiętajcie, to nie jest przygnębiający film o biedzie i marginesie, jak moglibyście się spodziewać. To krystalicznie precyzyjne kino społeczne.

W Wielkiej Brytanii film wywołał gorącą debatę. Dwa miesiące temu Jeremy Corbyn, lider Partii Pracy, radził w parlamencie premier Theresie May, by go sobie obejrzała. Loach przez kilka tygodni na łamach mediów spierał się z ministrem pracy Damianem Greenem, który film określił jako „niesprawiedliwy”, przyznając jednocześnie, że go nie widział. Jego konserwatywni poprzednicy zgodnie go skrytykowali, podobnie jak publicystka „Timesa”, która nie mogła się nadziwić, jakim cudem został nagrodzony w Cannes, z drugiej strony „Guardian” (Mark Kermode dał mu 5 na 5 gwiazdek) drukuje listy czytelników, których spotkało to samo, co głównego bohatera.

Obejrzenie „Ja, Daniel Blake” jest obowiązkowe. To prawdopodobnie najlepszy film zeszłego roku.

Scena warta uwagi:

W banku żywności...

14:34, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 stycznia 2017

(Powidoki, 2016)

Reżyseria: Andrzej Wajda

Scenariusz: Andrzej Mularczyk

Grają (ci istotni): Bogusław Linda, Bronisława Zamachowska, Zofia Wichłacz, Krzysztof Pieczyński, Szymon Bobrowski, Mariusz Bonaszewski

5/10

Andrzej Wajda dał ponoć Bogusławowi Lindzie wolną rękę, jeśli chodzi o zbudowanie postaci i lindowy Strzemiński to najjaśniejszy element filmu. Tak to z nim jest, że za każdym razem gdy jest na ekranie, w pierwszych kilku minutach filmu widz spodziewa się, że zaraz komuś powie „w imię zasad, skurwysynu...”, ale potem jego postać „kupuje” się bez wahania. Gorzej, że to co się dzieje na ekranie dookoła Liny, już takie dobre nie jest. Zofia Wichłacz (to ta blondynka z „Miasta 44”) grająca zakochaną w Strzemińskim studentkę, stworzyła postać płaską jak flądra. Kilkunastoletnia Bronisława Zamachowska radzi sobie jak umie, ale ewidentnie będzie lepiej umiała w przyszłości, choć trzeba dodać, że rolę – córki takich rodziców w samym środku stalinizmu – miała arcytrudną.

Wajda – zdaniem Filmotatnika bezwzględne „naj” w historii polskiej kinematografii – żegna się ze światem filmem niezłym, ale trochę zmarnowanym, który rwie się w drobiazgach, takich jak wyżej wymienione role, czy dość drętwe sceny wykładów (poza doskonałą sceną przerwanego wykładu o Van Goghu). Pytania o to, gdzie są (jeśli w ogóle), granice obrony artystycznej wolności, przestrogi przed milczeniem gdy władza wkracza w tematy do których wstępu mieć nie powinna i wreszcie pokazanie, że żeby człowieka upodlić i zniszczyć wcale nie trzeba było go wsadzić do więzienia i tam skatować, są ważne. Tylko, że Wajda już je poruszał wiele razy i w „Powidokach” nie znajdzie się nic świeżego. Owszem, można spytać, dlaczego Filmotatnik chce czegoś świeżego od 90-letniego reżysera, ale od kogo jak nie od Wajdy?

Scena warta uwagi

Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że cały ten film, to półtorej godziny nakręcone głównie po to, by pokazać na końcu scenę z manekinami – świetną, symboliczną, bardzo „wajdowską”. Ta jedna scena może być tematem bardzo długiej dyskusji. Tylko ten półtoragodzinny wstęp mógłby być lepszy.

16:11, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 stycznia 2017

(Hell or High Water, 2016)

Reżyseria: David Mackenzie

Scenariusz: Taylor Sheridan

Grają (ci istotni): Chris Pine, Ben Foster, Jeff Bridges

7/10

Wciągający, pięknie sfilmowany i zilustrowany muzyką Nicka Cave'a western. Bo choć dzieje się w Teksasie współcześnie, to na dobrą sprawę relacje między ludźmi i działania zdają się niewiele zmienić przez ostatnie półtora wieku. Niby główni bohaterowie piją kawę w restauracji i jeżdżą samochodem, ale gdyby nagle wymienić to na saloon, konie i ubrać ich nieco inaczej, film mógłby z powodzeniem toczyć się dalej. O ile jednak John Wayne i jego kumple wiedli proste życie – ktoś był dobry, ktoś zły, ktoś obrabował bank, ktoś z kimś wychodził na ulicę i strzelali z biodra – to bohaterów Mackenziego bardzo długo trudno jednoznacznie ocenić. Czarny charakter i dobry bohater kształtują się w czasie filmu każdą kolejną decyzją, do końca nic tu nie nie będzie jednoznaczne, a na pytanie jak bardzo obu braci usprawiedliwiają okoliczności, odpowiedzi nie będzie. W westernie twardy facet, gdy działa się krzywda jemu, lub jego rodzinie, brał rewolwer albo strzelbę i szedł strzelać, a tego złego, często dosięgała sprawiedliwość. Dziś nie wiadomo co z tą sprawiedliwością – jak, komu ją wymierzać, czy ten ktoś w ogóle to poczuje? Współcześni sprawiedliwi mają przerąbane.

Osobny akapit należy się Jeffowi Bridgesowi, który z wiekiem błyszczy na ekranie coraz bardziej, a do ról doświadczonych kowbojów nadaje się idealnie. Bridges w jednej chwili potrafi zmienić spojrzenie z gorącego, na mrożące krew w żyłach. Szeryf Hamilton w jego wykonaniu jest osią filmu. W leniwy sposób posuwa śledztwo do przodu i jest być może najbardziej krwistą postacią w całym tym zestawie. Przydałaby mu się jakaś nagroda. Złotego Globu nie dostał. Trochę szkoda.

Scena warta uwagi

Ostatnia w filmie. Bardzo, ale to bardzo westernowa.

środa, 21 grudnia 2016

(Hacksaw Ridge, 2016)

Reżyseria: Mel Gibson

Scenariusz: Andrew Knight, Robert Schenkkan

Grają (ci istotni): Andrew Garfield, Sam Worthington, Hugo Weaving, Teresa Palmer, Vince Vaughn

2/10

Niedawno znajomy pokazał mi „najgorszy film wojenny ever” („7 Man Army”, produkcja hongkońska z 1976 r., fragment można zobaczyć tutaj). Film Mela Gibsona swoją wojenną poetyką niespecjalnie się od niego różni. Flaki latają na wszystkie strony, żołnierze wylatują w powietrze tuzinami, trafienia w głowę widz ogląda w każdym możliwym wariancie i z każdej strony. To nie jest film wojenny. To klasyczny slasher. Gibson nie tylko płynnie przeskakuje estetykę Wojciecha Smarzowskiego – mniej w „Przełęczy ocalonych” odciętych głów niż np. w „Wołyniu”, ale np. dużo więcej płonących ludzi – ale zawstydza nawet Quentina Tarantino. Jeżeli przyszło wam teraz do głowy, że na potrzeby nadania notce dramatyzmu nieco przesadzam, to nie. Nie przesadzam.

Mówimy o filmie, który przed momentem otrzymał trzy kluczowe nominacje do Złotych Globów (najlepszy film dramatyczny, najlepszy aktor i najlepszy reżyser) i jest wielce prawdopodobne, że dostanie też nominację oscarową. W tymże filmie nie liczcie na żadne cieniowanie, czy rozterki moralne. Potworni Japończycy wyskakują z każdej dziury w ziemi, żeby – nie bacząc na własne życie – zarżnąć jak najwięcej Amerykanów, szczerząc się przy tym i krzycząc nie wiadomo co. Dzielni Amerykanie bohatersko bronią swojego kraju, wolności i demokratycznych swobód przed wspomnianymi krwiożerczymi Japończykami (nikt nie pyta np. dlaczego robią to na Okinawie), a główny bohater jest najprawdopodobniej aniołem w ludzkim ciele. Nie dotyka broni, czyta Biblię, którą na pożegnanie dostał od świeżo poślubionej żony, pięknej pielęgniarki, a mimo to wyciąga z pola walki (z którego wycofali się jego kumple, a pałętają się tam Japończycy, jest pod ciągłym ostrzałem) i spuszcza na linie wzdłuż ponad 100-metrowego zbocza 75 rannych towarzyszy (w tej liczbie scenarzysta i reżyser dodają jeszcze kilku żołnierzy wroga). Tu akurat film jest najprawdziwszy, bo ta historia rzeczywiście się zdarzyła. Gibson każe widzowi widzieć w tym oczywisty cud i palec Boży (broń Boże statystyka! skąd pomysł, że jakiś taki wariat, spośród wszystkich którzy zginęli, po prostu miał szczęście i przeżył?). W ostatniej scenie główny bohater, ranny, zdaje się unosić na noszach w kierunku nieba (naprawdę, nie zmyślam). W tym momencie Gibson wspina się na Himalaje wazeliniarstwa i patosu. Dawno nie widziałem takiego bezczelnego filmu.

Scena warta uwagi:

Wspomniane „wniebowstąpienie” to koniec dłuższej sceny, w której Japończycy z białą flagą poddają się. Ale to podstępne bestie. Jeden z nich rzuca dwa granaty w kierunku dowódcy. Główny bohater, w zwolnionym tempie jeden odrzuca w powietrzu ręką (machnięciem godnym Djokovicia), a drugi kopniakiem (nie powstydziłby się go Lewandowski) i ratuje mu życie, sam odnosząc poważne rany. Ale to nie koniec! Z noszy pyta towarzysza broni „Gdzie moja Biblia?” (zgubił ją chwilę wcześniej), a ten wraca w sam środek walki, znajduje ją i zwraca naszemu aniołowi.

20:45, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi