komedia romantyczna

sobota, 10 maja 2014

(Fanding Gigolo, 2013)

Reżyseria: John Turturro

Scenariusz: John Turturro

Grają (ci istotni): John Turturro, Woody Allen, Sharon Stone, Vanessa Paradis, Sofia Vergara, Liev Schreiber

7/10

Byłem absolutnie przekonany, że idę do kina na nowy film Woody'ego Allena i, sądząc po szmerze na sali, nie tylko ja. A tu niespodzianka, bo „Casanovę...” wymyślił, napisał, wyreżyserował i zagrał główną rolę John Turturro. Trudno uwierzyć, bo film jest „allenowski” na wskroś, ale skoro tak twierdzą autorzy... W każdym razie wyszła zabawna komedia romantyczna, choć mocno nietypowa, bo jednocześnie bardzo melancholijna. Sprawnie ujmująca widza absurdalnymi sytuacjami. Żarty z Ameryki multi-kulti, których w filmie pełno, zarówno podanych wprost, jak i drobnych (siedem świateł na radiowozie ochrony sąsiedzkiej w Williamsburga), Allenowi zawsze ujdą na sucho, a Turturro robiącemu film z Allenem najwyraźniej też.

Fajnie zobaczyć na ekranie Johna Turturro, bo to jeden z tych aktorów drugiego planu, których zapamiętuje się od pierwszego wejrzenia. Debiutował epizodzikiem we „Wściekłym byku”, ale potem był choćby Jesusem Quintaną w „Big Lebowskim” i Johnem Shooterem w bardzo lubianym przeze mnie „Sekretnym oknie”. Ale raz na parę lat coś kręci. Na tyle dobrze, że ma już za sobą Złotą Palmę w Cannes, czy nominację do Złotego Lwa w Wenecji. Zresztą „Casanova...” daje okazję przypatrzenia się innym aktorom, raczej niezbyt często ostatnio widzianym, np. Sharon Stone, czy Vanessie Paradis. Trzymają poziom.

Scena warta uwagi:

Mnóstwo malowniczych scen, jak choćby ta z masażem, albo sąd rabinacki. A mi się podobała ostatnia gdy Allen i Turturro w dwójkę uwodzą pewną Francuzkę w kawiarni. Tzn. tak naprawdę „pracę” odwala ten pierwszy, a Turturro przez całą scenę głównie się uśmiecha. To taki aktor. Nie musi specjalnie dużo mówić, bo wyglada tak, że wystarczy, że wygląda.



piątek, 21 lutego 2014

(Her, 2013)

Reżyseria: Spike Jonze

Scenariusz: Spike Jonze

Grają (ci istotni): Joaquin Phoenix, Scarlett Johansson, Amy Adams, Rooney Mara, Olivia Wilde

8/10

Joaquin Phoenix zagrał w monodramie, za to Scarlett Johanson w słuchowisku. Naprawdę. Jej rolę dograno już po zakończeniu zdjęć, wcześniej, na planie postać Samanthy grała Samantha Morton zamknięta w pudle. W każdym razie wyszedł film niezwykły, odkrywczy. Spike Jonze wymyślił historię opirając się mocnej pokusie zrobienia po prostu pastiszu, w którym facet zakochuje się w komputerze, więc pokazujemy wszystkie etapy normalnego związku, tylko zamiast kobiety jest komputer i jest śmiesznie. Nic z tych rzeczy. Jonze przemyślał całą relację głównego bohatera i jego ukochanej (?) od początku do końca. Wymyślił jak się będzie rozwijała, jakie będą jej punkty krytyczne, itd. Wyszedł z tego wciągający główny wątek, obudowany fantastycznymi drobiazgami (gra komputerowa „Supermama”, jest po prostu bajeczna). Oskar za scenariusz chyba murowany. Za najlepszy film... zobaczymy.

I druga rzecz, która utkwiła mi w pamięci. Do tej pory za najładniej sfilmowane miasto w nocy uważałem Los Angeles w „Zakładniku” Michaela Manna. Ale miasto w „Niej” jest nie mniej wciągające. Widz nie dowiaduje się gdzie mieszka główny bohater, ale zdjęcia kręcono w Los Angeles i Szanghaju. Wychodzi z tego miasto ciepłe, nowoczesne i fascynujące. Chciałbym mieć takie mieszkanie jak główny bohater (właściwie to trochę takie mam). W każdym razie zestaw oskarowych nominacji – film, scenariusz, scenografia, muzyka i piosenka – absolutnie nie jest przypadkowy.

Scena warta uwagi:

Chyba najkrótsza ze wszystkich wyróżnionych w tej rubryce. Otóż uważam za wybitny pomysł pojedynek na drogowe pachołki.

P.S. Coraz mniej filmów pozostało do obejrzenia z oskarowego peletonu. „Ona”, z tego co widziałem, chyba jest najlepsza.

1. „Ona” 8/10

2. „Zniewolony. 12 Years a Slave” 8/10 (lub „Grawitacja”)

3. „Grawitacja” 8/10 (lub „Zniewolony. 12 Years a Slave”)

4. „Kapitan Phillips” 7/10

5. „Witaj w klubie” 7/10

6. „Wilk z Wall Street” 6/10

7. „American Hustle” 6/10

P.P.S. Ale „Sierpień w hrabstwie Osage” mimo wszystko podobał mi się bardziej.

P.P.P.S. Pamiętajcie o konkursie.

poniedziałek, 02 grudnia 2013

(Warm Bodies, 2013)

Reżyseria: Jonathan Levine

Scenariusz: Jonathan Levine (na podstawie powieści „Warm Bodies” Isaaca Mariona)

Grają (ci istotni): Nicholas Hoult, Teresa Palmer, John Malkovich

5/10

Komedia o miłości niemożliwej. W zwykłej niczym nie wyróżniającej się dziewczynie zakochuje się R, który jest zombie. To nawet trudniejsza miłość niż Romea z Julią, bo oba środowiska, w których się obracają, wzajemnie do siebie nie przystają. Pierwsi nie marzą o niczym innym, poza tym by rozwalić tym drugim głowy, a celem tych drugich jest tylko i wyłącznie zjedzenie tych pierwszych. W dodatku miłość nie trafia ich równocześnie, R musi rozkochać w sobie Julie, a nie będzie mu łatwo, bo trudno nazwać go „gorącym chłopakiem”.

Komedia z pomysłem na całą historię, tylko trochę bez pomysłu w szczegółach. Żartów w sumie mało, miejsc w których można się zaśmiać jeszcze mniej. Oglądając miałem wrażenie, że twórcy zdali sobie sprawę, że trafiła w ich ręce historia z olbrzymim potencjałem i nie wiedzą jak z niej skorzystać. To jest sympatyczna komedia, tylko taka trochę mało śmieszna, szkoda. No i myślę, że Nicholasa Houlta rola trochę przerosła. Fakt, ze nie była łatwa.

Scena warta uwagi:

Gdzieś na początku filmu R opowiada o swoim życiu (życiu?). Że jest nudne, nie za bardzo może z kimkolwiek pogadać. Dni mijają mu na szwendaniu się bez celu. To nawet zabawne.



piątek, 11 października 2013

(Silver Linings Playbook, 2012)

Reżyseria: David O. Russel

Scenariusz: David O. Russel

Grają (ci istotni): Bradley Cooper, Jennifer Lawrence, Robert De Niro, Jacki Weaver, Chris Tucker, Julia Stiles

8/10

Warto choćby tylko dla Jennifer Lawrence, która za tę rolę dostała Oskara. Słusznie. Jest rewelacyjna. Tiffany chwyta za serce od pierwszego spotkania, a Lawrence wydaje się do tej roli stworzona. Co ciekawe jest którąś tam z kolei aktorką braną pod uwagę przy kompletowaniu obsady. Pierwszym wyborem była Zooey Deschanel, drugim Anne Hathaway, potem było jeszcze kilka. Reżyser przyznał, że przesłuchanie Lawrence miało być tylko formalnością, bo tak naprawdę nie chciał jej w tym filmie. Potem zmienił zdanie. Sama aktorka powiedziała, że rola jej się spodobała, bo Tiffany kompletnie się od niej różni.

Ale nie tylko z tego powodu warto ten film obejrzeć. To pierwszy film od ośmiu lat, czyli od „Za wszelką cenę”, który zgarnął tzw. „Wielką Piątkę”, czyli nominacje do Oskara w pięciu najważniejszych kategoriach (film, reżyser, scenariusz, obie główne role, wygrała tylko Lawrence). Cała obsada – łącznie z epizodami – jest świetna. Historia – wciągająca. Scenariusz – bez dziur, za to pełen fantastycznych drobiazgów, jak sportowe natręctwa ojca Pata (Robert De Niro w najlepszej możliwej wersji), czy jego przyjaciel z psychiatryka, który wciąż z niego ucieka. Film fajny i wyważony, balansujący na granicy pogodnej komedii i dramatu, ani przez moment nie przechylający się jednak na stronę tego drugiego. I to jest dla tej historii świetny wybór.

Scena warta uwagi:

W domu Pata awantura, bo ojciec twierdzi, że Tiffany przynosi pecha futbolistom Philadephia Eagles (nie będę rozwijał, to skomplikowane). Atmosfera dość napięta. Na to odzywa się Tiffany, która dość rzeczowo udowadnia panu Solitano, że nie ma racji. Przemowa robi wrażenie. - To sensowne tato, wszystko się zgadza – kwituje brat Pata. Mina Roberta De Niro - bezcenna.



sobota, 19 stycznia 2013

(This Means War, 2012)

Reżyseria: McG

Scenariusz: Timothy Dowling, Simon Kinberg

Grają (ci istotni): Tom Hardy, Reese Witherspoon, Chris Pine, Til Schweiger, Angela Bassett

3/10

Tak kuriozalna historia może się obronić tylko w komedii romantycznej. A w tym przypadku ledwo daje radę. No więc jest dwóch serdecznych przyjaciół, w dodatku współpracowników, bo obaj są agentami CIA i obaj zakochują się w tej samej dziewczynie. Ona oczywiście nie wie o tym, że się znają, ale romansuje z jednym i z drugim, Oni wiedzą o sobie wzajemnie i postanawiają rozstrzygnąć rzecz podbijając jej serce, oczywiście na gruncie sportowej, męskiej rywalizacji, czyli bez fauli. W międzyczasie łapią niemieckiego terrorystę-internacjonała, ale żeby nie jeździć po świecie (bo dziewczyna przecież jest na miejscu, budżet filmu ograniczony) fabuła dzieje się w Los Angeles. Nie twierdzę, ze nie jest romantycznie, czasem (rzadko) bywa też śmiesznie. Ale ta historia jest tak głupia, że trudno się skupić na wątku romantyczno-komediowym.

Sam fakt, że najlepiej w filmie gra Til Schwieger (Angela Bassett, która bije ich wszystkich na głowę, ma niestety tylko skromny epizodzik), który w Hollywood nie wyszedł poza role Niemców – terrorystów/bandytów/hitlerowców, świadczy o poziomie. Na „A więc wojna” rzuciłem okiem wyłącznie dla Toma Hardy'ego, którego akurat wyjątkowo lubię i któremu współczuję, że trafił do tej – za przeproszeniem - produkcji. Czasem filmy wybiera się źle. Borys Szyc zagrał np. w „Kac Wawie”. Bywa. Ale należy takie wyskoki ograniczać, panie Tomaszu.

Scena warta uwagi:

Przebiegły Heinrich trafia na trop naszych bohaterów po wizycie u londyńskiego krawca, który wskazuje miejsce pobytu tajnego agenta CIA po rzucie okiem na skrawek garnituru (!). Schweiger wzbija się w tej scenie na wyżyny umiejętności aktorskich. Aż dziw, że w „Bandycie” to jakoś nie przeszkadzało.

Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi