romans

czwartek, 25 lutego 2016

(Brooklyn, 2015)

Reżyseria: John Crowley

Scenariusz: Nick Hornby na podstawie powieści Colma Toibina

Grają (ci istotni): Saoirse Ronan, Domhnall Gleeson, Emory Cohen, Jim Broadbent

7/10

Kto spodziewał się, oglądając zwiastuny, ckliwego romansidła, ten się miło rozczaruje. To nie jest miłosna historia, w której dziewczyna musi wybrać między włosko-nowojorskim hydraulikiem, a irlandzkim właścicielem pubu. To zaskakująco pogodna, trochę śmieszna, trochę chwytająca za serce opowieść o tęsknocie za domem, o rodzinie i o samodzielności w wielu znaczeniach tego słowa. W dodatku napisana przez Nicka Hornby'ego i racząca widza wszystkimi pozytywnymi konsekwencjami tego faktu. Na Oscara to trochę za mało, ale ten film jest lepszy niż można oczekiwać.

Bardzo dobrze ogląda się aktorów. Świetna jest Saoirse Ronan, fajny Domhnall Gleeson, który obstawia chyba połowę filmów, które do czegoś są w tym roku nominowane (poza „Brooklynem” gra w „Zjawie”, „Ex Machina” i w najnowszych „Gwiezdnych wojnach”). Ale film kradnie niejaki James DiGiacomo, pojawiający się w ledwie dwóch scenach najmłodszy brat nowojorskiego chłopaka głównej bohaterki. Wyobraźcie sobie tych wszystkich włoskich mafiosów z filmów z Robertem De Niro, Alem Pacino i Joe Pesci. Tych co to siedzą we włoskiej restauracji, jedzą makaron i są capo di tutti capi. A teraz wyobraźcie sobie ich w wersji ośmiolatkowej i wyjdzie wam grany przez DiGiacomo Frankie Fiorello. Choćby dla niego warto zobaczyć „Brooklyn” (a w ogóle to co ja będę pisał, youtube ze sceną „Spagetti” pod notką). Zresztą dobrze napisanych epizodzików jest tu więcej.

Scena warta uwagi:

Poza wspomnianym dzieciakiem warta uwagi jest scena wigilii zorganizowanej przez księdza Flooda dla biednych brooklyńskich Irlandczyków. Wzruszająca.

P.S. Filmotatnik obejrzał wszystkie osiem filmów nominowanych w najważniejszej kategorii. Bukmacherzy dają Oscara „Zjawie”, a bukmacherzy w przypadku tych nagród rzadko się mylą, to tu w końcu nie ma przypadku i głosują ludzie, i w dodatku wiadomo jacy. Ale dla Filmotatnika bez wątpienia najlepszym filmem w stawce jest „Spotlight”. Wygląda to (z linkami do poprzednich notek) w tym roku tak:

1. „Spotlight”  - 9/10
2. „Big Short” - 8/10
3. „Pokój” - 7/10
4. „Zjawa” – 7/10
5. „Brooklyn” - 7/10
6. „Marsjanin” - 5/10
7. „Most szpiegów” - 5/10
8. „Mad Max: Na drodze gniewu” - 4/10

P.P.S. A tu wspomniany ośmioletni cdtc:

22:52, kubadybalski , romans
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 lutego 2016

(Carol, 2015)

Reżyseria: Todd Haynes

Scenariusz: Phyllis Nagy na podstawie powieści „The Price of Salt” Patricii Highsmith

Grają (te istotne): Cate Blanchett, Rooney Mara

7/10

Tegoroczne oscarowe nominacje można z grubsza podzielić na filmy których tematem jest duch amerykańskości (w różnych wersjach), oraz na nietypowe romanse (mniejszość). „Carol”, ekranizacja powstałej grubo ponad pół wieku temu powieści Patricii Highsmith, to film z tych drugich, ale sporo mówi też o tym pierwszym temacie. W USA to książka ważna, pod wieloma względami odkrywcza, przez wiele lat jedna z najważniejszych dla środowiska LGBT. Co ciekawe Highsmith to pisarka głównie od kryminałów („Nieznajomych z pociągu” sfilmował Hitchcock, stworzona przez nią postać pana Ripleya też kilka razy trafiła na ekran), ale też osoba przyznająca się przez lata do swojej biseksualności. Na podstawie tej książki (początkowo opublikowanej pod pseudonimem) wyszedł zaskakująco kameralny film o miłości pewnej sprzedawczyni ze sklepu z zabawkami i starszej od niej kobiety z wyższych sfer i o wszelkich związanych z tym konsekwencjach jakie mogły je spotkać w pierwszej połowie lat 50-tych w Nowym Jorku. To nie były czasy i nie było to miejsce, w którym za taki romans kończyło się na stosie. Taki film zrobić by było łatwo. Trudniej, ale Haynesowi się to udaje, wciągnąć widza w historię, w której taka miłość niby nie jest zakazana, ale też nie jest akceptowana i właściwie do końca nie wiadomo gdzie jest granica tego co można powiedzieć otwarcie i co główne bohaterki za to spotka. Tu nie chodzi wyłącznie o romans dwóch kobiet, ale też o związaną z tym zdradę (ale też nie do końca), o poczucie odpowiedzialności, bo w końcu ani Carol, ani Therese nie spadają z księżyca, tylko tkwią w rozmaitych relacjach z innymi ludźmi. Wszystko to jest zaskakująco płynnie podane. Scenarzysta Phyllis Nagy wspominał, że początkowo nie wyobrażał sobie przeniesienia tej historii na ekran, bez stale odzywającego się głosu z „offu”, tłumaczącego motywacje głównych bohaterek. Ostatecznie „offu” prawie nie ma.

Aż trudno uwierzyć jak wiele nagród (zasłużenie) zebrał tak skromny film. W Hollywood oczywiście wybuchła burza po tym, gdy nie dostał oscarowej nominacji za najlepszy film (bo, jakbyście nie wiedzieli, w tym roku filmowe Stany Zjednoczone uciskają nie tylko Afroamerykanów, ale też geje i lesbijki), ale poza tym ma szansę na sześć statuetek w tym obie aktorskie i za scenariusz. Rooney Mara za swoją rolę już została nagrodzona w Cannes. Co więcej za przepięknie sfilmowany Nowy Jork lat 50-tych Złotą Żabę na zeszłorocznym Camerimage w Bydgoszczy odebrał operator Edward Lachman, a w konkursie zdjęcia do „Carol” spodobały się jurorom bardziej niż np. zdjęcia do „Syna Szawła” (Brązowa Żaba, Srebrna trafiła do, też pokazywanego właśnie w kinach, filmu „Barany. Islandzka opowieść”). To tylko niektóre powody, by wybrać się do kina. To nie jest film przełomowy, byłby takim gdyby powstał pół wieku temu, ale nie będą to zmarnowane dwie godziny.

Scena warta uwagi:

Śmiesznie wygląda redakcja New York Timesa w latach 50-tych. Jak można było w takich warunkach robić gazetę?

sobota, 04 lipca 2015

(Kick, 2014)

Reżyseria: Sajid Nadiadwala

Scenariusz: Rajat Arora, Keith Gomes, Saijid Nadiadwala, Chetan Bhagat

Grają (ci istotni): Salman Khan, Jacqueline Fernandez

1/10

To ten film, który w zeszłym roku spowodował paraliż Warszawy, bo Indusi z Bollywood postanowili zrzucić z mostu piętrowy autobus. To im się udało. Film im się nie udał.

Shaina, ładna pani psychiatra, spotyka w warszawskiej SKM-ce Himanshu, policjanta tropiącego w Warszawie pewnego przebiegłego złodzieja. To spotkanie przypadkowe, ale co ciekawe rodzice Shainy chcą ją wyswatać z Himanshu. Shaina ma za sobą nieudany związek. Jej były chłopak, Devi, zostawił ją niestety, więc wyjechała z Dehli do Warszawy. Bandzior ścigany przez Himanshu nazywa się Devil. Jeśli będziecie chcieli obejrzeć film, to nie zdradzę wam prawdziwej tożsamości Devila, ale to naprawdę zaskakujące.

To tylko początek niezwykle skomplikowanej historii, która zmienia się jak w kalejdoskopie, ma drugie, trzecie, a nawet czwarte dno i jest poprzetykana scenami, w których wszyscy śpiewają i tańczą. Tu nawet nie chodzi o to, że twórcy filmu po pięciu minutach tracą nad nim kontrolę. Że oglądamy komedię romantyczną z wątkiem sensacyjnym, przy której polskie dokonania w tym gatunku (a mamy ich sporo) to głębia przekazu, popis aktorski i wzór sensu. Że mądrości wypowiadane wzajemnie do siebie przez bohaterów zawstydziłyby Paulo Coelho („Jak śmierć może powstrzymać kogoś, kto tak zawzięcie walczy o życie?”). Ten film jest po prostu głupi. Nie jest nawet śmieszny. W dodatku jeśli porównać go do reprezentatywnego dla oceny 1/10 dzieła pt. „Megawąż”, to ten o zwierzęciu trwa nieco ponad godzinę, tymczasem „Kick” to bite 2,5 godziny, co działa zdecydowanie na jego niekorzyść.

Tak więc Devil przeskakuje motocyklem na wylot przez zawieszony w powietrzu helikopter, kradnąc jednocześnie walizkę pieniędzy (skąd się tam wzięła?), ucieka rowerem przed goniącym go na motocyklu policjantem (dlaczego rowerem?). W scenie bijatyki w szpitalu radzi sobie ze zgrają ochroniarzy, granych przez trzech lub czterech aktorów, ginących więc po kilka razy (nawet ich nie przebierają!). Rozczulająca jest scena, gdy dzwoni do ścigającego go Himanshu z budki na Moście Poniatowskiego, rozmawia tak długo, że daje się namierzyć (!) i Himanshu przyjeżdża ze złożoną z polskich policjantów obławą, po czym okrążają budkę. Himanshu rezyduje w warszawskiej siedzibie Interpolu (!) którą gra Muzeum Historii Żydów Polskich (!). Gdy dwudziestu funkcjonariuszy celuje do Devila i każe mu się poddać, ten wyciąga pistolet i przystawia sobie do głowy (po co?), po czym policjanci odkładają broń (dlaczego?), a bandyta przeskakuje przez barierkę i ucieka (!).

Rozterki sercowe Shainy są wielką tajemnicą dla widza, bo nie do końca wiadomo w którym momencie kogo kocha, kogo nienawidzi i kogo rozpoznaje, a kogo nie. Motywacje głównego czarnego charakteru w filmie (zdradzę wam, nie jest nim Devil, tylko jeden taki piekielnie bogaty siostrzeniec jednego takiego ministra) są niejasne, bo jegomość na zmianę złowieszczo się śmieje, syczy i wydaje dziwne dźwięki (wszyscy w filmie się go boją, nie dziwię się). Pokazane w filmie stosunki społeczno-polityczne w Indiach prowadzą do jednego sensownego wniosku, że ten kraj musi upaść.

Wreszcie warto wspomnieć, że „Kick” zebrał znakomite recenzje wśród indyjskich krytyków. Zarobił 60 mln dol. co daje mu szóste miejsce w tamtejszym box office wszech czasów (pod względem wpływów w samych Indiach jest czwarty). Jest remake'iem filmu pod tym samym tytułem, który nakręcono w 2010 r. po tamilsku, który z kolei jest remake'iem "Kicka" nakręconego rok wcześniej w języku telugu (mówi nim 70 mln osób w południowo wschodnich Indiach), a w tym samym czasie gdy w Warszawie kręcono w hindi, w Indiach powstawała wersja w języku kannada (mówi nim 35 mln ludzi w stanie Karnataka). Na przyszły rok planowany jest sequel. To wszystko może oznaczać, że Filmotatnik nie zrobi kariery w Indiach. Nie znam za dobrze bollywoodzkiego kina, ale jeśli „Kick” jest jego szczytowym osiągnięciem, to nie chcę go poznać.

W każdym razie nie mówcie potem, że nie ostrzegałem.

Scena warta uwagi

Słynna scena z autobusem była kręcona w Londynie i w Warszawie. Mieszkańcowi stolicy Polski na pewno wpadnie w oko m.in. to, że ścigający autobus Himanshu z przejścia podziemnego w Centrum wychodzi wprost na Plac Teatralny, a Devil na Most Gdański wjeżdża prosto z trasy wylotowej na Łódź. Ale hinduscy widzowie Warszawy znać nie muszą. Zdziwili się jednak na pewno widząc m.in. że Devila ścigają radiowozy brytyjskie, a po chwili podążają za nim polskie. A może im to nie przeszkadza? Może wystarczy, że tańczą, skaczą i śpiewają?

15:15, kubadybalski , romans
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 marca 2015

(Fifty Shades of Grey, 2015)

Reżyseria: Sam Taylor-Johnson

Scenariusz: Kelly Marcel na podstawie powieści E.L. James pod tym samym tytułem.

Grają (ci istotni): Dakota Johnson, Jamie Dornan, Jennifer Ehle

3/10

Jest taka scena w „Shreku”, w której Shrek opowiada Osłowi o tym jakie są ogry (ta z cebulą, że generalnie ogry mają warstwy, itd.). Chodzi o to, że ogry się nie zmieniają, jest im dobrze z tym jakie są, choćby cały świat ich nie lubił. Tyle, że na końcu Shrek, mniej lub bardziej, ale się zmienia. Grey jest jaki jest i się nie zmienia. Otóż Grey ma wyczesane garnitury, lata helikopterem (co tam „lata”, pilotuje!), w prezencie daje samochody i jakieś literackie archiwalia (Ana, zwana początkowo „Anastazją”, co okazuje się zbyt długie, studiuje anglistykę), ma firmę która produkuje nie do końca wiadomo co, z branży nie wiadomo do końca jakiej, ale pomaga (biednym) dzieciom w Afryce. Grey ma jeden feler, mianowicie chciałby Anastazję (Anę) wychłostać (nie do końca wiadomo dlaczego). Ona jest nieśmiała, więc początkowo nie za bardzo chce, ale potem chce, a potem to chciałaby się poprzytulać, tyle że Grey w zasadzie poprzestałby na chłostaniu, więc ona chce (tłumaczy to, ale dość mętnie) żeby wychłostał ją porządnie, na co on ochoczo przystaje i tu popełnia błąd, bo ona jednak nie chce. Ot, cała historia.

Naprawdę cała. Streściłem Wam film.

Problem z „...Greyem” jest taki, że jest piekielnie nudny. Nie dowiedziałem się o Greyu dużo więcej niż to, że jest milionerem o trudnym dzieciństwie, amatorem pejcza i patrzy, nie dowiedziałem się o Anie dużo więcej niż to, że jest nieśmiała, świetnie znosi kaca, jest romantyczna (bo studiuje anglistykę) i wzdycha. I nie mam poczucia, że chciałbym się czegoś więcej dowiedzieć. Fabuła jest płaska jak stół, do którego przywiązana jest Ana w kluczowej scenie, więc kolejne części „...Greya” zapewne będą przypominały drugą część „Igrzysk Śmierci”, czyli kręcimy to samo jeszcze raz. Znów się zapewne – że tak powiem – zwiążą, a potem rozejdą. To nie jest film rażąco zły. Jest nakręcony poprawnie, nie irytuje jeśli przymkniemy oczy na dość drewniany duet aktorski (do roli Any przymierzano m.in. Imogen Potts, Felicity Jones i Alicię Vikander (!), natomiast rolę Greya zaproponowano Ryanowi Goslingowi, ale – nie wiedzieć czemu – nie był zainteresowany). Do „Megawęża” sporo mu brakuje. Trochę zresztą szkoda, bo gdyby był trochę gorszy, mógłby być nieco ciekawszy.

Scena warta uwagi:

Rozmowa telefoniczna. Ona dzwoni do niego. Grey (pracuje przy komputerze, jest północ, ma kasy jak lodu, ale pracuje): „Gdzie jesteś?” Ana (nastukana jak pingwin, ale bez przesady, trzyma się): „W kolejce do toalety. Chce mi się siku”. Grey: „Anastazjo, czy piłaś alkohol?” Ana: „No tak... panie Mam Zasady”. Grey: „Słuchaj, chcę żebyś natychmiast wróciła do domu”. Ana się z nim droczy, odkłada słuchawkę. Ten dzwoni jeszcze raz: „Zostań tam gdzie jesteś, zaraz po ciebie przyjadę”. Po czym zaraz po nią przyjeżdża. Nie za bardzo wiadomo skąd wie, dokąd ma przyjechać.

P.S. „Polityka” artykuł na temat filmu nazwała „Porno Coelho”. Ukradli mi tytuł...

12:06, kubadybalski , romans
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 maja 2014

(Upside Down, 2012)

Reżyseria: Juan Diego Solanas

Scenariusz: Juan Diego Solanas

Grają (ci istotni): Jim Sturgess, Kirsten Dunst

3/10

Francusko-kanadyjska komedia romantyczna/melodramat dla młodzieży science-fiction (uff...) zasadza się na ciekawym pomyśle dwóch światów o przeciwnej grawitacji. Jeden jest nad drugim, więc patrząc w niebo widać ten drugi świat, którego mieszkańcy patrzą na nas. Twórcy wpadli na błyskotliwy pomysł, a potem... polegli pod jego ciężarem. Krytyk „San Francisco Chronicle” napisał, że „...po stworzeniu cudownych ram, „Odwróceni zakochani” nie są niestety obrazem, który jest ich wart. Historia jest banalna, z początku nudna i na końcu też nudna, mimo okoliczności, które pozwalają, by przerodziła się w cos ciekawszego”.

Nic ująć. Ze swojej strony mogę dodać, że nawet „pomysł grawitacyjny” twórcy spartolili koncertowo. Bo wielokrotnie w czasie filmu natkniemy się na nielogiczności, które wychwyci nawet uczeń podstawówki. Jak umieszczamy w świecie ciążącym ku ziemi delikwenta, który całym sobą ciąży w przeciwną stronę, to niech mu chociaż włosy, lub ręce lecą nie tam gdzie trzeba. Ale nie lecą. Nie wychodzi miałka historia miłosna. Nie wychodzi próba zarysowania politycznej dystopii (pół świata żyje niby w państwie policyjnym, ale każdy na dobrą sprawę chodzi gdzie chce i robi co chce, a bieda polega na tym, że jeżdżą rowerami, a nie samochodami). Można było przynajmniej olśnić widza fizyką. Ale w braku przestrzegania przez filmowców reguł, które sami wymyślili, widz szybko się gubi.

Scena warta uwagi:

Główny bohater wpada do oceanu. Wpada do niego spadając z ...set (a może kilku tysięcy) metrów i żyje, nawet dopływa do brzegu. Jeśli zdecydujecie się na oglądanie, pytań „Ale o co chodzi?” będzie dużo. Więc może nie warto...

P.S. To jeszcze do tytułu się przyczepię. Francuski to „Un monde a l'envers”, angielski: „Upside Down”. Naprawdę polski dystrybutor mógłby się bardziej wysilić.



poniedziałek, 13 stycznia 2014

(The Host, 2013)

Reżyseria: Andrew Niccol

Scenariusz: Andrew Niccol (na podstawie powieści Stephenie Meyer „The Host”)

Grają (ci istotni): Diane Kruger, William Hurt, Saoirse Ronan

3/10

Film na podstawie powieści Stephenie Meyer, tej od „Zmierzchów” i innych takich wampirzych rzeczy. Jakoś do tej pory zarówno wspomniane filmy jak i tym bardziej twórczość literacka pani Meyer mnie ominęła i po seansie raczej nie będę jej szukał z wypiekami na twarzy. Zmarnowałem dwie godziny. „Intruz” to przenudne, absurdalne romansidło, w którym logiki w postępowaniu głównych bohaterów trzeba szukać z lupą, i do którego nie wiedzieć jakim cudem zaangażowano Diane Kruger i Williama Hurta, czyli aktorów których lubię, a także Andrew Niccola. Ten ostatni wyreżyserował choćby całkiem przyzwoitą „Gattacę”, bardzo lubianego przeze mnie „Pana życia i śmierci”, i napisał „Truman Show”.

Co go podkusiło, by się zająć tą historią, nie wiem. W skrócie. Ziemię opanowali kosmici, którzy traktują ludzi jak pasożyty żywicieli. Garstka się opiera. M.in. główna bohaterka Melanie, która jednak zostaje złapana i „przemieniona”. Okazuje się że „obca” o imieniu Wanda wciąż ma w sobie Melanie, która do niej mówi. Splot rozmaitych przypadków powoduje, że kosmitka zakochuje się w niejakim Ianie, ale siedząca jej w głowie Melanie wciąż kocha niejakiego Jareda (ciekawe ile miłości potrafi zmieścić pisarka Meyer w jednej bohaterce?). Wszyscy oczywiście bardzo to przeżywają wewnętrznie i zewnętrznie, scena łóżkowa odbywa się w bieliźnie, przez bite dwie godziny romantyzm podkreśla spokojna, usypiająca muzyka i wszystko kończy się dobrze dzięki miłości i dobru które tkwi w każdym człowieku i wielu kosmitach.

Omijajcie.

Scena warta uwagi:

Gdy kończy się film, na napisy końcowe rozbrzmiewa piosenka „Radioactive” Imagine Dragons. Ta sama, która była w trailerze, i dla której w zasadzie zdecydowałem się na obejrzenie filmu. Ten moment seansu jest przyjemny z dwóch powodów. Po pierwsze gra fajna muzyka, po drugie film się kończy.

sobota, 02 listopada 2013

(The Great Gatsby, 2013)

Reżyseria: Baz Luhrmann

Scenariusz: Baz Luhrmann, Craig Pearce

Grają (ci istotni): Leonardo DiCaprio, Tobey Maguire, Carey Mulligan, Joel Edgerton

7/10

Ścieżka dźwiękowa jest rewelacyjna. Warto ten film obejrzeć choćby tylko po to, by zachwycić się tym, jak muzycznie został zilustrowany. Baz Luhrmann ma doświadczenie w robieniu widowisk na ekranie. Jest odpowiedzialny i za „Romeo i Julię” (tych z Di Caprio i Claire Danes) i za „Moulin Rouge”. W „Wielkim Gatsbym” też wszystko tańczy, śpiewa i gra. Ale Luhrman moim zdaniem dokonał majstersztyku. Trudno nakręcić film, w którym śpiewający Jay Z, will.i.am czy XX (fenomenalna piosenka „Together”) będą pasować do historii z lat 20-tych. A tu pasują. Jeśli potraktować film jako połączenie obrazu i muzyki, to Luhrmann znalazł perfekcyjną formułę.

Przeczytałem „Wielkiego Gatsby'ego” niedawno, właśnie dlatego, że miałem film w perspektywie. To mi się co jakiś czas zdarza. Po „Władcę Pierścieni” też sięgnąłem dopiero, gdy usłyszałem o ekranizacji, bo mimo wszystko wolę najpierw sam ułożyć sobie historię w głowie, niż poddawać się sugestiom filmowców. Do interpretacji Luhrmanna, pomimo pewnych koniecznych ograniczeń i skrótów w stosunku do książki (właściwie broszury, to ledwie dwieście kilka stron) Fitzgeralda, trudno mieć zastrzeżenia. „Wielki Gatsby” to opowieść o początkach współczesnej Ameryki. Tych widzianych z punktu widzenia tamtejszej „arystokracji”, co tam oznaczało zamiast błękitnej krwi, wypchane portfele. Trochę takie ichniejsze... hm... „Przedwiośnie”. Gdyby to był film polski, o polskich początkach, stadami prowadzano by do kin gimnazjalistów. Za oceanem raczej do tego nie dojdzie. Ale może szkoda. Tak między setką historii o Dzikim Zachodzie, potem kilkunastoma o I Wojnie Światowej, a wreszcie setką o Wielkim Kryzysie, warto obejrzeć ten jeden romans, o USA gdzieś pomiędzy.

Scena warta uwagi:

Było o muzyce, to teraz trochę o zdjęciach (w obu kategoriach to murowany kandydat do Oscarów w przyszłym roku). Najbardziej malownicza jest chyba scena gdy Gatsby i Carraway jadą na obiad do Nowego Jorku. Przejeżdżają mostem mijając gangsterów pewnie z Harlemu, potem pod torami miejskiej kolei. Wszystko aż wiruje. Taki jest cały film.



niedziela, 08 września 2013

(En kongelig affære, 2012)

Reżyseria: Nikolaj Arcel

Scenariusz: Rasmus Heisterberg, Nikolaj Arcel

Grają (ci istotni): Mads Mikkelsen, Alicia Vikander, Mikkel Folsgaard

7/10

Film jest o trójce lewicujących rewolucjonistów. Ona jest z tym pierwszym, ale zakochuje się w tym drugim. Ukrywają romans przed tym pierwszym. Taki hipisowski wątek miłosny (coś jak w „Rozmowie w Katedrze”, albo w „Marzycielach”). Wyniszczający dla całej trójki, bo ten pierwszy lekko świruje, dziewczyna w pewnym monecie zaczyna się odurzać zachęcana przez tego drugiego. Wątek polityczny jest taki, że znienacka zyskują możliwości, by robić rewolucję społeczną i choć mają zapał (i wspomniane możliwości) nie mają politycznego wyczucia i doświadczenia. Wszystko wymieszane prowadzi do katastrofy. Przegrywają z opresyjnym otoczeniem i z normami, z którymi chcieli walczyć.

Warto dodać, że rzecz dzieje się na przełomie lat 60-tych i 70-tych. Zaskoczenia nie ma. Tyle że XVIII wieku, w Danii, a wspomniany trójkącik to król, królowa i królewski lekarz. Żeby było ciekawiej oparty na prawdziwych wydarzeniach, w dodatku niespecjalnie naciąganych. Był taki król, był romans, były reformy, był zamach stanu, były postacie przedstawione w filmie. O ile wątek romansowy ogrywano w filmach już setki razy, to ten polityczny wypada bardzo ciekawie. Może gdyby Salvador Allende znał historię Danii, to nie skończyłby, nie przymierzając, jak Johann Friedrich Struensee? Naprawdę, podobieństwa na każdym kroku.

Scena warta uwagi:

Przychodzi królowa do lekarza. Wtedy jeszcze go dość solidnie nie cierpi. Odzywa się do niego oschle, zresztą trudno jej się dziwić, bo ten zdiagnozował u niej melancholię i stwierdził „kobieto, jedź na wakacje” (cóż, taka osiemnastowieczna medycyna). Ta grzebie mu w książkach i znajduje w niej Rousseau. No i pożycza. I tak zaczyna się ambaras.



niedziela, 20 stycznia 2013

(Artist, 2011)

Reżyseria: Michel Haznavicius

Scenariusz: Michel Haznavicius

Grają (ci istotni): Jean Dujardin, Berenice Bejo, John Goodman, James Cromwell, Malcolm McDowell

9/10

Film o końcu niemego kina już był. Co można wymyślić poza „Deszczową piosenką”? Francuz Michel Haznavicius wymyślił niemy film o końcu niemego kina. I bardzo się pomyli ten, kto uzna, że jest zwykłym efekciarzem.

„Artysta” to film wyjątkowy, niezwykle błyskotliwy, niepodobny do czegokolwiek, czego można by się spodziewać. Piekielnie trudny do nakręcenia, a techniczne wzorowy. To trudne do wyobrażenia, że film bez dźwięku i bez koloru, może mieć tak piękne zdjęcia. Żadna ze scen nie jest przypadkowa, każdy szczegół wydaje się być przemyślany, choćby scena na schodach ze statystami chodzącymi we wszystkich kierunkach, to po prostu cudo. Haznaviciusowi udało się jednocześnie złapać czarno-biały klimat filmów z międzywojnia i sprawić, że widz, kompletnie nie zwraca uwagi na to, że czegoś może mu brakować. A poza tym to szalenie pogodna historia, którą ogląda się z przyjemnością. Ten film się chłonie, a z kina, czy sprzed ekranu odchodzi się z „bananem” na twarzy. Ja tak miałem.

Mam sentyment do Oscarów. Oskarżana o komercję i obrzucana błotem przez przeintelektualizowanych wielbicieli wietnamskich filmów obyczajowych i kina nowej fali z Madagaskaru gala to dla mnie zawsze pewien sygnał co jest warte obejrzenia. Bywają pomyłki. Nic bardziej nie denerwuje niż np. kilkanaście lat temu Oscar dla „Zakochanego Szekspira”, który był tak kompletnie przeciętnym filmem, że bardziej chyba nie można. Zwykle jednak nominacje i nagrodę zdobywają te, które są dobre. „Artystę” uznano przed rokiem za najlepszy film. Jest pierwszym filmem niemym, który zdobył Oscara od czasu „Wschodu słońca” i „Skrzydeł” nagrodzonych... na pierwszej gali w 1929 r. W sumie zgarnął pięć Oscarów, m.in. Haznavicius dostał nagrodę za reżyserię, Ludovic Bource za muzykę, a Jean Dujardin za pierwszoplanową rolę męską. O całej szafie Złotych Globów, nagród BAFTA, Cezarów i wielu innych nagród już trudno pamiętać. Rzadko jednak zdarza się film, który na to wszystko tak bardzo zasłużył.

Scena warta uwagi:

Nie będę oryginalny, ale świetna jest scena koszmaru głównego bohatera. Valentin zaczyna słyszeć, a my razem z nim. Wszyscy wokół nagle mówią, tylko on nie może wydobyć z siebie głosu. Haznavicius pokazuje jak genialnie można się bawić kinem.

Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi