Filmotatnik muzyczny

niedziela, 05 czerwca 2016

"Afreen" z filmu "Podróż na sto stóp" - A.R. Rahman

Dział muzyczny Filmotatnika nie działał od ponad dwóch lat więc może warto go odświeżyć przy okazji pewnego kompozytora, dla którego pisanie muzyki do filmów to tylko część zajęcia. Allah-Rakha Rahman to w Indiach wielka gwiazda, ale chyba każdy kto tam „robi przy filmie” jest wielką gwiazdą. A.R. Rahman komponuje nie tylko muzykę, ale też piosenki i przy okazji sam śpiewa.

Skomponował muzykę do kilkudziesięciu filmów, rzecz jasna głównie induskich. Ale gdy tylko wychylił głowę poza ojczyznę, zrobił to z hukiem. Choć zdarzało mu się pracować z zachodnimi reżyserami, mającymi jednak korzenie w Indiach, to szerszemu światu stał się znany dopiero, gdy do współpracy zaprosił go Danny Boyle. I to jak znany! Doskonały „Slumdog. Milioner z ulicy” zgarnął garść Oscarów, a A.R. Rahman zdobył dwie – za muzykę i za piosenkę „Jai Ho”. Tak jak mam ograniczone zaufanie akurat do tej oscarowej kategorii, bo wygrywają w niej czasem niesamowite gnioty (np. w tym roku), to wtedy nagrody były zasłużone. Co ciekawe, był to rok 2009, z trzech nominowanych wtedy piosenek aż dwie, były autorstwa tego Indusa (no w zasadzie to Tamila). Drugą była „O... Saya”, też ze „Slumdoga...”. To co Rahmana wyróżnia, to umiejętność dopasowania muzyki do filmu. Indyjskie nuty można usłyszeć w każdym z jego utworów, a jednocześnie ma się wrażenie, że te dźwięki pięknie pasują do tego co jest na ekranie.

Z Boylem pracował jeszcze przy „127 godzinach” (też dwie oscarowe nominacje), ale Filmotatnikowi rzuciła się w ucho piosenka „Afreen” z filmu „Podróż na sto stóp” Lasse Hallstroma. Sam film jest przyjemny, choć może bez rewelacji. Szwed robił już lepsze, a nawet dużo lepsze filmy, zwykle adaptacje powieści (żeby wymienić tylko „Co gryzie Gilberta Grape'a”, „Wbrew regułom”, czy „Czekoladę”, a to nie wszystkie). Za to jest świetnie zilustrowany muzycznie. „Afreen” leci pod koniec, przy napisach i miałem wrażenie, że autor to zdecydowanie ktoś więcej niż nutokleta od muzyki do bollywoodzkich tańców.



poniedziałek, 03 lutego 2014

„Police 69” z filmu „Ocean's Eleven” - David Holmes

Na pomysł poświęcenia notki Davidowi Holmesowi wpadłem nie z powodu n-tego obejrzenia filmu z Georgem Clooneyem, ale z powodu obejrzenia „Głodu”, do którego Holmes, wraz z Leo Abrahamsem nagrał muzykę. Uderzające jak bardzo ten soundtrack – cichy, ukryty w tle – różni się od muzyki jaką zwykle kompozytor rodem z Belfastu tworzy do filmów. Jest żywa, rytmiczna i dynamiczna. Taka jak „Police 69”. Do filmu Holmesa polecił Danny De Vito. Aktor podsunął go Stevenovi Soderberghowi, gdy ten kręcił „Co z oczu, to z serca” (nawiasem mówiąc całkiem przyjemny film). W kolejnym filmie Soderbergha Holmes nagrał utwór, z którego jest chyba najbardziej znany. Poniżej w wersji teledyskowej.

A to był dopiero początek. Soderbegh korzysta z niego dość regularnie. Holmes pisze też muzykę do innych niezłych filmów, choćby „Buffalo Soldiers”, czy „Standera”. A mimo to mam wątpliwości, czy nazwać go kompozytorem filmowym, czy raczej DJ-em. Bo tak naprawdę pierwsze przejawy sławy zdobył prowadząc klubowe imprezy na uniwersytecie w Belfaście na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Wtedy jeszcze nie zarabiał na życie pisząc muzykę, ale pracował jako fryzjer i kucharz. Podczas jednej z takich uniwersyteckich imprez Orbital zagrał po raz pierwszy utwór „Belfast”. Sam Holmes stworzył w 1995 r. kawałek „No Man's Land”, który trzy lata później trafił do filmu „Pi” (a wiadomo, że to, co wybrzmiało na „Pi” musiało być genialne). Już jako kompozytor filmowy pełną gębą nagrywał muzykę do kampanii reklamowej iPhone'a, Pro Evolution Soccer 2010 i ceremonii otwarcia igrzysk w Londynie. Tak naprawdę, choć notkę zacząłem od „Głodu”, czyli dość antybrytyjskiego filmu, to trudno mi sobie wyobrazić kompozytora, który byłby równie „brytyjski” w brzmieniu. Wystarczy, że posłuchacie „Holly Pictures”. To muzyka ze wspomnianego PES 2010. Albo popatrzycie na te ciemne okulary na zdjęciu...

piątek, 01 listopada 2013

„L'Estasi Dell'Oro” z filmu „Dobry, zły i brzydki” - Ennio Morricone

Ennio Morricone to taki Kraszewski muzyki filmowej. Jeśli chodzi o ilość rzecz jasna. Lista filmów kinowych, telewizyjnych i seriali, do których tworzył muzykę liczy (posiłkując się IMDb) 518 pozycji. Do tego trzeba doliczyć dziesiątki płyt, niezliczoną ilość przeróbek. Skomponował nawet oficjalny hymn MŚ 1978 w Argentynie. Ale nie tylko dzięki gigantycznemu dorobkowi, jeśli dziś ktoś mówi: „kompozytor filmowy”, to przychodzi na myśl Morricone. Jego praca to kawał historii kina. A znany stał się głównie dzięki współpracy z królem „spagetti westernów”, czyli Sergiem Leone. Kowboje mówiący po włosku najpierw podbili kina w Europie, dopiero po paru latach, w 1967 r., trafili do dystrybucji w USA. Filmy odniosły za oceanem gigantyczny sukces kasowy, podobnie jak muzyka Morricone. „L'Estasi Dell'Oro”, czyli „Gorączka złota” to fragment ścieżki dźwiękowej z najpopularniejszego z filmów Włocha, kończącego tzw. „trylogię dolarową” (zaliczane są do niej też wcześniejsze „Za garść dolarów” i „Za kilka dolarów więcej”). Soundtrack sprzedał się na całym świecie w 3 mln egzemplarzy. Warto dodać, że filmy przyniosły popularność, pewnemu bliżej dotąd nieznanemu aktorowi, grającemu w nich główną rolę Clintowi Eastwoodowi.

Leone był w muzyce Morricone zakochany. Część utworów nagrano jeszcze przed nakręceniem zdjęć, potem reżyser specjalnie przedłużał sceny, by zmieścił się cały kawałek. Kompozytor żartował, że nic dziwnego, że te filmy niemiłosiernie się ciągną. Sama „Gorączka złota” to trzy i pół minuty pod koniec, gdy Tuco Ramirez szuka grobu z zakopanymi dolarami. Westerny Leone dały Morricone możliwość pracy z najlepszymi reżyserami i hollywoodzkimi i europejskimi. Wymieniać wszystkich nie ma sensu. Z kilkoma pracowało mu się na tyle dobrze, że zilustrował muzycznie kilka ich filmów. Tak było np. z Rolandem Joffe (rewelacyjna, bardzo znana ścieżka dźwiękowa do „Misji”, ale też m.in. do „Projektu Mahattan”, czy „Vatela”), czy ze wszystkimi najważniejszymi filmami Giuseppe Tornatore.

85-letni dziś Morricone na Hollywood patrzy z daleka. Dosłownie, bo nigdy nie wyprowadził się z Włoch, nigdy też nie nauczył się angielskiego. Gdy w 2007 r. otrzymał Oscara za całokształt twórczości, przygotowaną przez niego mowę tłumaczył z włoskiego na angielski Eastwood, który wcześniej wręczył mu statuetkę. Paradoksalnie to jedyny Oscar Morricone. Jakiś czas temu w rozmowie z „Guardianem” stwierdził nawet, że został okradziony w 1986 r. gdy nie dostał nagrody za „Misję” (z czym absolutnie się zgadzam). Przegrał wtedy z Bertrandem Tavernierem, który nie tyle skomponował muzykę do „Około północy”, ale przearanżował utwory Herbie Hancocka. Morricone dźwięki wymyśla sam. Nominowany był też za „Niebiańskie dni” Terrence'a Malicka, „Nietykalnych” Briana De Palmy, „Bugsy'ego” Barrego Levinsona i „Malenę” Tornatore. Plotka głosi, że w 1984 r. amerykański dystrybutor „Pewnego razu w Ameryce” (kolejny film Leone, do którego stworzył muzykę), zapomniał wysłać zgłoszenie do Akademii i dlatego Włoch nie dostał nominacji, choć soundtrack do tego filmu jest uznawany za jeden z najlepszych w jego karierze.

P.S. Muzyka Morricone jest ponadczasowa. Jakiś czas temu w Filmotatniku muzycznym był fragment ścieżki dźwiękowej z „Ostatniego Mohikanina” użyty w reklamie Nike. Amerykański producent butów lubi chyba sięgać po muzykę filmową, bo i „L'Estasi Dell'Oro” zremiksowana przez Bandiniego, znalazła się w reklamie. Też zresztą nakręconą przez bardzo porządnego reżysera...



P.P.S. I jeśli jeszcze nie zalajkowaliście Filmotatnika na Facebooku, zróbcie to.

piątek, 11 października 2013

„Angel” z filmu (m.in.) „Przekręt” - Massive Attack”

Tym razem Filmotatnik w wersji muzycznej o bardzo znanym utworze, o którym warto parę słów napisać choćby dlatego, że trudno mi sobie przypomnieć piosenkę która pojawiłaby się w większej ilości filmów. Seriali, w których wykorzystano „Angel” nawet nie warto wymieniać, bo na oko w co drugim z ostatnich kilkunastu lat gdzieś tam pobrzmiewa całość, albo fragment. Ale filmów i to ważnych, była cała masa. Tuż po nagraniu „Angel” trafił na ścieżkę dźwiękową rewelacyjnego „Pi”. Potem były m.in. „Wonderland” Michaela Winterbottoma, z tego samego 1999 r. „Spisek doskonały”, „Przekręt”, z którego zapamiętałem go najlepiej (wideo poniżej), „Lot Feniksa”, „Zostań”, itd. Można wymieniać.

 Ale tego rodzaju, mocna i mroczna muzyka pasowała do podobnych w stylu filmów, które kręcono na przełomie stuleci, a Massive Attack jest tylko jednym z wielu zespołów, z których twórczości kino zaczęło korzystać garściami. Ale w tym przypadku czerpało wręcz wiadrami. „Angel” to niejedyna piosenka, która trafiła do filmów i seriali. Dziś najbardziej znana telewidzom jest chyba „Teardrop”, która trafiła m.in. na czołówkę „dra House'a”. „Inertia Creeps” pojawiła się choćby w „Złodzieju życia”. „Unfinished Sympathy” którą po raz pierwszy użyto w filmie „Sliver” w 1993 r., była potem wykorzystywana wielokrotnie przez kilkanaście lat. A mi gdy myślę o Massive Attack w filmie, poza wspomnianą sceną palenia przyczepy z „Przekrętu”, przychodzi do głowy „Wire” lecący przy okazji napisów końcowych „Alei Snajperów”. Świetny film i świetna muzyka. 

poniedziałek, 01 kwietnia 2013

"Promontory" z filmu "Ostatni Mohikanin" - Trevor Jones

„Ostatni Mohikanin" to jeszcze jeden film, który jest znany głównie dzięki muzyce, a konkretnie głównemu motywowi, a może jeszcze bardziej dzięki fragmentowi zatytułowanemu „Promontory”. Trochę niesprawiedliwie, bo to bardzo porządny film. Zresztą wspomniany utwór, który wpada w ucho i chyba każdy go kojarzy, też został potraktowany niespecjalnie sprawiedliwie. Gdy rozdawano oscary za najlepszą piosenkę i najlepszy soundrtack w 1992 r. oba zgarnął disneyowski „Alladyn” (kto pamięta muzykę z tego filmu?). „Ostatni Mohikan” dostał tylko nagrodę za montaż dźwięku, w wyżej wymienionych kategoriach nie był nawet nominowany.

Historia nagrania tego utworu jest dość skomplikowana. Reżyser Michael Mann początkowo chciał muzyki elektronicznej. Potem zmienił zdanie i stwierdził, że film lepiej będzie ilustrowała muzyka orkiestry. Więc kompozytor Trevor Jones w pośpiechu przekomponowywał kolejne utwory, a o pomoc w stworzeniu kilku z nich z braku czasu poprosił Randy’ego Edelmana. Wspólnie wpadli na pomysł wykorzystania w filmie - po pewnych przeróbkach - utworu „The Gael”, szkockiego folkowego pieśniarza Dougie’ego McLeana. Ten zresztą też nie wziął pomysłu z powietrza, bo źródeł „The Gael” niektórzy doszukują się w barokowym motywie zwanym „Folia” lub „Follia”, wykorzystywanym np. przez Vivaldiego. Jest pewne podobieństwo.

Michael Mann zresztą z „Promontory” nie rozstał się po „Ostatnim Mohikaninie”. W 2007 r. nakręcił bardzo znaną reklamę dla Nike „Leave Nothing” właśnie ze wspomnianą muzyką.

sobota, 26 stycznia 2013

„The Heart Asks Plesure First” z filmu „Fortepian” - Michael Nyman

Nyman to właściwie twórca jednego utworu, choć „Fortepian” nie jest jedynym filmem, do którego tworzył muzykę. Jest jednym z ulubionych kompozytorów Petera Greenewaya, ma własny zespół dla którego ją pisze, jest nawet autorem opery, w dodatku jego córka, Molly również tworzy muzykę filmową (m.in. do „Drogi do Guantanamo” Michaela Winterbottoma). Ale to właśnie ten utwór przyniósł mu sławę i sprawił, że stał się powszechnie znany. Na całym świecie sprzedano 3 mln płyt z soundtrackiem do filmu o niezbyt szczęśliwym (?) nowozelandzkim małżeństwie

Nie tylko ten utwór ale cała muzyka to świetna ilustracja świetnego filmu. „Fortepian” otrzymał Złotą Palmę w Cannes, zgarnął Oskary dla Jane Campion (najlepszy scenariusz), Holly Hunter (rola żeńska) i 11-letniej wtedy Anny Pacquin (drugoplanowa rola zeńska). Mógłby i inne, ale w 1994 r. konkurencja była piekielnie mocna. Nagrody za film i reżyserię trafiły do twórców „Listy Schindlera”. Sam Nyman, czy choćby świetnie grający Harvey Keitel i Sam Neil, w ogóle nie dostali nominacji. Choć dla dwóch ostatnich to może i lepiej, bo nagradzający akurat przy okazji drugoplanowej roli męskiej chyba na moment potracili głowy, bo dostał ją Tommy Lee Jones za „Ściganego”.



Muzyka może być przekleństwem filmu. Potrafi go zdominować. Można wyliczać przykłady co najmniej solidnych, jeśli nie wybitnych filmów, z których i tak pamięta się najbardziej muzykę. „Rydwany ognia” nie zrobiły takiej kariery jak tytułowy utwór, w „Deszczowej piosence” sam tytuł sugeruje, że całą reszta jest mniej ważna. „Fortepian” tego uniknął. Campion zrobiłą wyjątkowo plastyczny film, z bajecznymi zdjęciami, czwórka głównych aktorów dała z siebie wszystko, a Nyman dołożył muzykę, która wpada w ucho jak rzadko która. Warto pisać muzykę dla takich filmów i warto oglądać filmy z taką muzyką.



poniedziałek, 05 listopada 2012

"Mombasa" z filmu "Incepcja" - Hans Zimmer

Dziś o czymś innym. Zwykle melodie siedzą mi w głowie tydzień, dwa. Tej słucham od kilku tygodni i nie mogę przestać. „Mombasa” ze ścieżki dźwiękowej do „Incepcji” w dodatku w wersji na żywo. To nagranie z koncertu przy okazji premiery filmu (Zimmer nie koncertuje zbyt często). Chyba najfajniejszy fragment, szalenie energetyczny. Poza Johnnym Marrem (moment gdy zaczyna solo na gitarze - bajeczny!), fenomenalne skrzypaczki i genialny Hindus na bębnach (skąd Zimmer wziął tego perkusistę - geniusz!). Naprawdę warto.

To zresztą niejedyny kawałek z filmu wart odsłuchania. wpada w ucho główna melodia z filmu, świetny jest „Time” z końcówki. Warte podkreślenia tym bardziej, że Hans Zimmer to solidny plagiator, który chętnie plagiatuje sam siebie. Jeśli słuchając muzyki do „Piratów z Karaibów” usłyszeliście fragment z „Gladiatora” to nie, nie przesłyszeliście się. To ta sama muzyka, podobnie jeśli muzycznie wspomniani „Piraci...” pomylą wam się z np. z „Królem Arturem”, a Krwawy diament” z „Łzami słońca”. Linfting muzyki do „Rain Mana” słychać np. w „Prawdziwym romansie”. Można wymieniać.

Do „Incepcji” się przyłożył, choć i tu słychać gdzieniegdzie np. motyw z „Cienkiej czerwonej linii”. Ale generalnie jego muzyka nadaje filmowi klimat, jest nowa, trudna do pomylenia. Słyszymy trąby, myślimy „Incepcja”. To jedna z funkcji takiej muzyki, a Zimmerowi wyszła w tym wypadku perfekcyjnie.

P.S. Mnóstwo osób, jak im mówię o „Mombasie” nie kojarzy tego kawałka z filmu. Dla mnie to zaskakujące, ale dlatego poniżej scena z Mombasy. Też dobra.

P.P.S. Takie kawałki o muzyce w filmach na Filmotatniku co jakiś czas będą się pojawiać. Bo dlaczego nie?

Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi