komedia

sobota, 28 stycznia 2017

(Toni Erdmann, 2016)

Reżyseria: Maren Ade

Scenariusz: Maren Ade

Grają (ci istotni): Peter Simonischek, Sandra Huller, Vlad Ivanov

7/10

Nikt, w żadnym oglądanym do tej pory przez Filmotatnik filmie, tak radykalnie nie obnażył absurdu pracy w korporacji. Ines Conradi, jedna z bohaterek filmu, robi karierę w managemencie średniego szczebla za granicą i jest konsultantem w outsourcingu, a jej praca polega na tworzeniu raportów, przygotowywaniu prezentacji i networkingu na rautach. Tyle że „za granicą” oznacza „w Bukareszcie”, a jej praca, która nie ma sensu i na dobrą sprawę nie jest nikomu potrzebna, nie jest specjalnie ceniona przez nikogo, ani nie sprawia jej przyjemności, a jej życie towarzyskie to wydmuszka. Choć oczywiście Ines opowiada, że to co robi jest bardzo ważne i nawet udaje rozmowy biznesowe przez telefon, a jej szef oficjalnie mówi jej, że jest świetna, tak samo jak ona oficjalnie mówi swojej asystentce, że jest świetna. Reżyserka i scenarzystka nawet nie musiała specjalnie wymyślać. Film jest pod tym względem uderzający, bo każdy, kto się o ten temat otarł nie raz i nie dwa przeżyje deja vu.

„Toni Erdmann”, nie ukrywajmy, to film dość bolesny i trudny nie tylko dlatego, że każdy zastanawia się ile w nim jest Ines. Winfried to nie jest klasyczny bohater, którego można jeść łyżkami, a tylko głupia i zaślepiona karierą córka nie dostrzega jaki on fajny. Winfried jest irytujący, ale rodziny się nie wybiera. Próbuje pokazać Ines jak bardzo jest nadęta tak jak umie i stąpa (a wraz z nim film) po cieniutkiej granicy, po przekroczeniu której Ines wybuchnie, a widz razem z nią stwierdzi, że to wcale nie jest śmieszne. Ale warto czekać na scenę urodzin Ines, która jest żywcem wyjęta z Monthy Pythona, tyle że na poważnie.

Scena warta uwagi:

Wspomniana wyżej. Kwintesencja całego filmu. Coś pięknego.

15:43, kubadybalski , komedia
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 września 2015

(Julie & Julia, 2009)

Reżyseria: Nora Ephron

Scenariusz: Nora Ephron na podstawie książki Julie Powell Julie and Julia: 365 days, 524 recipes, 1 Tiny Apartament Kitchen

Grają (ci istotni): Meryl Streep, Amy Adams, Stanley Tucci, Chris Messina

6/10

Sympatyczny film, który jest okazją do aktorskiego popisu Meryl Streep, choć ta właściwie gra tylko w jego połowie. Ale to aktorka wybitna, może najwybitniejsza, której należą się pokłony. Tym razem wciela się w amerykańską żonę dyplomaty, która będąc w Paryżu uczy się gotować a potem wydaje ksiązkę kucharską. Z tej samej książki, pół wieku później, korzysta inna Julia, niespełniona pisarka, która gotuje, bloguje i w ten sposób odnosi sukces wydawniczy. Streep gra koncertowo, wydaje się stworzona do tej roli. Ale w końcu o każdej jej roli można powiedzieć to samo. Wystarczy sobie przypomnieć, że ten sam duet – Streep i Tucci, który tutaj gra męża dyplomatę – zagrał choćby w „Diabeł ubiera się u Prady”. I tam też Streep wydawała się stworzona do roli. Oglądać ją to czysta przyjemność.

Obie bohaterki mają wspólne nie tylko imię. Kompozycja filmu jest bardzo ciekawa, bo pozwala porównywać dwie kobiety, których na pozór nic nie łączy, a różni wszystko – czasy, wygląd, temperament, etc. Obie w podobnym momencie (filmu) w pichceniu odnajdują pasję (tu dygresja – to zdecydowanie jest film dla tych wszystkich, którzy uwielbiają jeść, zachwycają się brązem wyciąganej z piekarnika kaczki i wiedzą co to jest „ile flottante”, Filmotatnik wie, bo jadł to kiedyś w Paryżu...), w podobnym momencie wpadają w kryzysy. Nawet polityczne odniesienia wyskakują w tym samym momencie. Mąż Julii jest przesłuchiwany w ramach porządków wprowadzonych przez senatora McCarthy'ego. Chwilę później widz ogląda scenę, w której Julie prawie wylatuje z pracy słysząc od szefa, że „republikanin to by Cię zwolnił”. Sprawna komedia bez zaskoczeń, za to przyjemna w oglądaniu.

Scena warta uwagi:

Bardzo fajna jest ta, w której Julie musi ugotować homary. W kuchni trzeba mieć serce z lodu, taka prawda.

niedziela, 23 sierpnia 2015

(Irrational Man, 2015)

Reżyseria: Woody Allen

Scenariusz: Woody Allen

Grają (ci istotni): Emma Stone, Joaquin Phoenix

3/10

Filozofię – jak wiedzą wszyscy, którzy nie wiedzą co to jest – należałoby usunąć z uniwersytetów i wszelkich programów nauczania jako dziedzinę niepraktyczną i kompletnie nieprzydatną w życiu. Film Allena jest doskonałym argumentem za tą tezą. Można oczywiście cytować z pamięci Kierkegaarda i pisać eseje o Kancie, ale do niczego się to nie przyda, jeśli jest się taką ofermą, która nie umie wepchnąć dziewczyny do pustego szybu windy. Dziewczyny, dodajmy, raczej eterycznej. Filozofia w wydaniu Allena – wykładana na podrzędnej uczelni, przez podrzędnego nauczyciela akademickiego, miernym studentom, w tym studentce z którą romansuje i prowadzi rozmowy na poziomie wczesnego Coelho – jest zresztą mało atrakcyjna, raczej żałośnie-śmieszna, niczego (Nietzschego?) innego zresztą po tym reżyserze trudno się spodziewać. Ale lepszego filmu – można.

Moje ulubione filmy Allena z ostatnich kilkunastu lat, to nie komedie a dramaty - „Wszystko gra” i „Sen Kasandry”. Potrafi rewelacyjnie opowiadać historie w których drobiazg potrafi wywrócić do góry nogami życie zwykłych ludzi, a takie historie są lepsze, jeśli opowiada się je na straszno, a nie na śmieszno. Komedii zrobił dziesiątki, każda następna jest taka sama jak poprzednia, jeśli jednak jest inteligentna i zabawna, to można obejrzeć. „Nieracjonalny mężczyzna” miał zadatki być zarówno dramatem jak i komedią. Allen zdecydował się zrobić komedię (pierwszy błąd), niestety wyszła nieśmieszna, kiczowata i męcząca (drugi błąd). W dodatku przewidywalna, z oczywistym zakończeniem (błąd trzeci) i to w sytuacji gdy z biegiem filmu miałem wrażenie, że tylko wybitne zakończenie może go uratować. Nuda.

Scena warta uwagi:

Jeśli ktoś ma ochotę, może oglądając film próbować łączyć postępowanie i emocjonalny stan Abe'a z poglądami filozofów, o których mówi studentom na zajęciach (to może być z kolei argument dla sympatyków filozofii, że jednak może być w dość konkretny sposób „życiowa”). Ja byłem na to zbyt znudzony.

sobota, 11 lipca 2015

(Danny Collins, 2015)

Reżyseria: Dan Fogelman

Scenariusz: Dan Fogelman

Grają (ci istotni): Al Pacino, Annette Bening, Christopher Plummer, Jennifer Garner, Bobby Cannavale

6/10

Arcybalnalna historia o tym jak podstarzały gwiazdor rocka, wciąż na topie, koncertujący i zarabiający wielkie pieniądze, choć od 30 lat nie napisał nowej piosenki, postanawia zmienić swoje życie pod wpływem listu, który 40 lat wcześniej napisał do niego John Lennon. List, z różnych powodów, trafia w jego ręce dopiero teraz i powoduje, że Danny Collins postanawia zerwać z tandetą i naprawić relacje z synem, którego właściwie nie zna i jego rodziną. To znaczy arcybanalna by była, gdyby nie była oparta na prawdziwej historii brytyjskiego piosenkarza folkowego Steve'a Tilsona, któremu Lennon (po przeczytaniu z nim wywiadu w magazynie ZigZag) napisał w liście, by pieniądze i sława nie przesłoniły mu sensu i przyjemności z pisania muzyki. Beatles napisał go w 1971 r., a Tilson dowiedział się o nim przypadkiem po trzydziestu paru latach, gdy skontaktował się z nim kolekcjoner. To, że trafi to na ekrany kin, było kwestią czasu.

Powstał niezwykle pogodny film w sam raz na lato, mieszczący się gdzieś między obyczajem a komedią, w którym fabuła jest przewidywalna, ale głównym atutem są aktorzy. Są takie filmy na które ma się ochotę, bo z przyjemnością można popatrzeć na znane, uśmiechnięte twarze. Tu jest tak z każdym, od Pacino począwszy, przez Annette Bening, której w sumie dawno nie widziałem i Jennifer Garner aż po drugi plan. Wreszcie trzeba pamiętać – piszę to zresztą przy każdym możliwej okazji – że złe dziecko, może położyć każdy film (Ciri w „Wiedźminie”!), ale z drugiej strony fajne dziecko taki film rozjaśnia. Giselle Eisenberg, grająca wnuczkę Collinsa, jest po prostu rewelacyjna i z tego co wyczytałem, zapowiada się na nową dziecięcą gwiazdę Hollywood. W każdym razie jeśli nie wiecie na co pójść do kina, „Idol” to bezpieczny wybór. No i z Alem Pacino...

Scena warta uwagi:

Ostatnia w filmie, gdy Collins i Tom czekają na lekarza. Świetnie pomyślana, superinteligentna. Takich zresztą w tym, dość prostym filmie, jest więcej. A to dobrze świadczy o Danie Fogelmanie, który, choć jako reżyser debiutuje, to parę scenariuszy już na koncie ma.



piątek, 27 lutego 2015

(Kingsman: The Secret Service, 2014)

Reżyseria: Matthew Vaughn

Scenariusz: Jane Goldman, Matthew Vaughn

Grają (ci istotni): Colin Firth, Taron Egerton, Michael Caine, Mark Strong, Samuel L. Jackson, Sofia Boutella

7/10

Colin Firth jest aktorem, o którym powiedzieć, że może zagrać wszystko, to nic nie powiedzieć. On wszystko co gra, gra w ten sam sposób, na jedno kopyto i w każdej roli – niezależnie czy to król-jąkała w „Jak zostać królem”, chłopak Bridget Jones w „Dzienniku...” czy szpieg-dżentelmen w „Kingsman...” wypada dobrze. A że to w dodatku wybitnie brytyjski aktor, w tym wybitnie brytyjskim filmie (oprócz Firtha, są tu przecież jeszcze i Michael Caine i Mark Strong), który wyśmiewa wybitnie brytyjskie kino, to czego chcieć więcej? Oczywiście, przyznaję bez bicia: idąc do kina akurat na ten film – ekranizację komiksu o tajnych agentach, tajnej organizacji, którzy zabijają każdego i rozwalają wszystko - trochę przypadkiem i z braku laku, spodziewałem się czegoś złego i na zapas żałowałem zmarnowania tak fajnej obsady.

W dodatku „Kingsman...” jest reklamowany jako film reżysera „X-Manów” i „Kick-Ass”. Jest to rzecz jasna potwarz dla Matthew Vaughna, że mniej zorientowany kinoman nie dowie się z plakatu, że jest on przede wszystkim scenarzystą „Porachunków” i „Przekrętu” (tak, tak, to ten człowiek napisał te filmy dla Guya Ritchie'go), w ostatnich latach napisał scenariusz do świetnego, choć mało znanego „Długu”, a gdy sam stanął za kamerą to zrobił choćby bardzo fajny „Przekładaniec” i najlepszą filmową baśń jaką w życiu oglądałem, czyli „Gwiezdny pył”. I to głównie dzięki niemu z banalnej fabuły w stylu „od zera do bohatera”, w banalnym filmie będącym pastiszem Jamesa Bonda, robi się całkiem zabawna historia, w licznych momentach rzeczywiście śmieszna, pełna dość zaskakujących zwrotów akcji i wreszcie – ponieważ brytyjska, a nie amerykańska – pozbawiona irytującej poprawności politycznej. Jest tam choćby (przypominam – w filmie będącym pastiszem z Bonda – w USA takie filmy mają właściwie charakter familijny) jedna z najbardziej krwawych jatek jakie widziałem w kinie, w której jednoosobowo i ze szczegółami zostaje wymordowany cały kościół baptystów. Mrugnięć do widza jest równie wiele, co ciosów obuchem. Ja tam bawiłem się bardzo dobrze. Polecam.

Scena warta uwagi:

To oczywiście szczegół, drobiazg, ale tylko faceci z jajami kibicują Millwall...

P.S. Rzecz jasna nie mogę pominąć, że absolutnie zajebista i błyszcząca z ekranu jest latynoska dziewczyna z szablami zamiast nóg (Gazelle), która tak naprawdę jest francuską tancerką z Algierii, okazjonalnie aktorką i nazywa się Sofia Boutella i możecie ją kojarzyć choćby z tej reklamy Nike. A tu biega ze Zlatanem, Torresem i kimś tam jeszcze.

niedziela, 18 stycznia 2015

(Relatos salvajes, 2014)

Reżyseria: Damian Szifron

Scenariusz: Damian Szifron

Grają (ci istotni): Dario Grandinetti

7/10

„Gniew i zemsta fatalnie wpływają na ciśnienie i trawienie. Wybaczenie jest dobre dla zdrowia” - mawiał ponoć biskup Desmond Tutu i taka postawa zapewniła mu trzydzieści lat temu pokojowego Nobla. Bohaterowie filmu Szifrona tych słów do serca sobie nie wzięli i taka postawa zwykle kończy się dla nich źle, niekiedy tragicznie. „Dzikie historie” to sześć niezwiązanych ze sobą opowieści, których wspólnym mianownikiem jest zemsta, a przy okazji furia jaką mogą w zwykłym zjadaczu chleba wywołać najzwyklejsze drobnostki, jak niemiły kierowca na drodze, czy odholowanie samochodu. Wychodzi z tego niezwykle zabawna, niezwykle inteligentna i niezwykle czarna komedia (właściwie sześć), w czasie której można sobie obejrzeć do czego prowadzi przekroczenie granicy zwykłego zdenerwowania i szału. I jak cienka ta granica potrafi być.

Fajne w tym filmie jest to, jak świetnie przemyślane są wszystkie historie. Każda to nieco przypadkowy, mniej lub bardziej absurdalny splot rozmaitych przypadków, który mógłby być początkiem osobnego filmu, nakręconego przez Woody'ego Allena, albo Pedro Almodovara (ten drugi jest jednym z producentów). Z jednej strony są mocno wczepione w rzeczywistość pokryzysowej Argentyny, z drugiej, mogłyby się zdarzyć wszędzie. Dawno nie widziałem tak dużej dbałości o fabularne szczegóły. Widza przygotowuje na to już pierwsza, najkrótsza historia, o niejakim Pasternaku, który ciałem się we wspomnianym epizodzie nie pojawia, ale odgrywa kluczową rolę przy jego zakończeniu. W literaturze w odwrocie jest szlachetna sztuka pisania opowiadań, które zdecydowanie przegrywają popularnością z powieściami. W kinie też filmy złożone z kilku lub kilkunastu etiud zdarzają się rzadko, choć są wśród nich najlepsze z najlepszych, żeby tylko przypomnieć „Pulp Fiction”. Akurat film Quentina Tarantino przyszedł mi do głowy podczas seansu. Oba mają ze sobą sporo wspólnego.

Scena warta uwagi:

W epizodzie numer trzy, chyba najfajniejszym, główny bohater w którymś momencie odjeżdża samochodem z miejsca kłopotów. I w pewnym momencie błyszczy mu w oczach ta mała iskierka szaleństwa, która powoduje, że zamiast machnąć ręką i zostawić wszystko za sobą, zawraca. Nie w każdej historii ten błysk widać, ale w każdej gdzieś tam się pojawia.

P.S. Film okazał się niesamowitym hitem w Argentynie, gdzie obejrzało go ponad 3,5 mln widzów, okazał się najbardziej dochodowym filmem w historii kraju, a most na trasie między Salta i Cafayate, który pojawia się w jednej z historii, stał się turystyczną atrakcją. No i warto nadmienić, że to rywal „Idy” w wyścigu po tegorocznego Oscara...

20:34, kubadybalski , komedia
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 stycznia 2015

(Pani z przedszkola, 2014)

Reżyseria: Marcin Krzyształowicz

Scenariusz: Marcin Krzyształowicz

Grają (ci istotni): Agata Kulesza, Krystyna Janda, Karolina Gruszka, Adam Woronowicz, Marian Dziędziel, Łukasz Simlat

2/10

Znów zacznę od rzeczy dobrych. Krystyna Janda jako babcia jest rewelacyjna. Janda to Janda. Choć w sumie generalnie do aktorów trudno mieć jakieś pretensje. W Agacie Kuleszy jestem wściekle zakochany od czasów „Idy” i nie mam jej nic do zarzucenia. Woronowicz to klasa. Dziędziel nie umie zagrać źle i choć psychiatrę wyobrażam sobie zupełnie inaczej, to i tak jego rola mi się podoba. Nawet mały główny bohater jest taki, że można go jeść łyżką. A to uważam za gigantyczny sukces, bo wciąż uznaję za przekleństwo polskiego kina zdanie, które przy (prawie) zupełnie niezwiązanej z tym okazji wypowiedział Andrzej Mleczko, że „trudno dziś znaleźć dobrą opiekunkę do dziecka, a jeszcze trudniej znaleźć dobre dziecko”. Polskie kino cierpi na brak dobrych dzieci, z czego nie mogę się otrząsnąć od czasów Ciri z „Wiedźmina”. A mały główny bohater w „Pani z przedszkola” wygląda fajnie.

No i paradoksalnie, choć aktorzy stanęli na wysokości zadania, to film leży. Po pół godzinie zacząłem się zastanawiać jaki będzie finał i jaki jest sens filmu. Otóż go nie ma (ani finału, ani sensu). Nie wiadomo, czy to komedia, czy obyczaj. To zestaw – teoretycznie – śmiesznych scen, które nie prowadzą do żadnego podsumowania. Niektóre są nawet fajne (taką wigilię znam z autopsji, strażak palący papierosa podczas gaszenia płonącego przedszkola był śmieszny), ale co z tego jak nie ma historii. Film wymaga historii. Bez niej nie ma sensu. Moje towarzystwo w którymś momencie ukryło twarz w dłoniach, a mi było głupio, bo to ja wymyśliłem ten akurat film. Przestrzegam.

Scena warta uwagi:

Wspomniana wigilia, albo Janda odprowadzająca wnusia do przedszkola. Albo Janda, która strofuje wnusia w piaskownicy. Każda z Jandą.



niedziela, 24 sierpnia 2014

(Identity Thief, 2013)

Reżyseria: Seth Gordon

Scenariusz: Craig Mazin

Grają (ci istotni): Jason Bateman, Melissa McCarthy, Amanda Peet, Jon Favreau, Robert Patrick

4/10

Niczym nie wyróżniający się i niespecjalnie ciekawy film ze zgrają aktorów, którzy jeśli akurat nie grają w komedii, to tylko dlatego, że grają w komedii romantycznej. Banalny pomysł na złodziejkę, która kradnąc dane Bogu ducha winnych osób, żyje na ich koszt, jest punktem wyjścia do opowiedzenia jak dobrze być dobrym i jak okazane serce potrafi zmienić nawet najbardziej perfidną osobę w kogoś, kto zrozumie swoje błędy i weźmie za nie odpowiedzialność. Dodatkowo kilka obowiązkowych pobić, kilka niesmacznych żartów, kilka scen wzruszających. Rzecz dla cierpiących na bezsenność.

I niech mi ktoś wyjaśni co ci Amerykanie widzą grającej główną rolę w Mellissie McCarthy? Aktorka sitcomowo-filmowa, która nie wyróżnia się niczym poza tuszą, za rolę w „Druchnach” była swego czasu nominowana do Oskara (choć film był moim zdaniem fatalny, a ona nie odbiegała poziomem od filmu), a „Złodziej tożsamości”, którego jest główną atrakcją, zarobił ponad 170 mln dol. Dla czegoś nieopowiadającego o wojnie transformersów z avengersami i piratami jest to chyba niezłym wynikiem. Być może widz amerykański, siedząc w kinie lubi przeglądać się w lustrze. Jeśli tak, to źle to o nim świadczy. I najmniej chodzi tu o wspomnianą tuszę.

Scena warta uwagi:

W samym filmie żadnej ciekawej nie ma, dlatego Filmotatnik, z czysto osobistego punktu widzenia, wymieniłby każdą z Amandą Peet. Niedużo ich niestety.

18:26, kubadybalski , komedia
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 sierpnia 2014

(Chef, 2014)

Reżyseria: Jon Favreau

Scenariusz: Jon Favreau

Grają (ci istotni): Jon Favreau, John Leguizamo, Sofia Vergara, Oliver Platt, Scarlett Johansson, Dustin Hoffman, Robert Downey Jr

7/10

Okazuje się, że sezon ogórkowy wcale nie jest taki ogórkowy. Bardzo pogodna, sympatyczna komedia o szefie kuchni który jednocześnie musi sobie radzić z irytującym krytykiem kulinarnym, wyrzuceniem z pracy i 10-letnim synem, dla którego nie ma czasu, bo próbuje radzić sobie z dwoma pierwszymi problemami. Głównego bohatera nie da się nie lubić, zresztą nie ma tam chyba postaci, której się da się nie lubić. W ogóle jest jakoś tak cukierkowo, ale kompletnie mi to nie przeszkadza. Wśród amerykańskich komedii taka, która nie dzieje się na uczelni i w której żarty nie polegają na latających cyckach, powinna być pod ochroną i dokarmiana zimą z paśników. Bo to rzadki okaz.

W nielicznych krytycznych recenzjach w USA Favreau zarzucano, że zrobił film dla własnej próżności (napisał, wyreżyserował, zagrał główną rolę i wyprodukował). Ale tak naprawdę dał zabłysnąć tym aktorom, których zaprosił do epizodów. Zawsze miło popatrzeć na Scarlett Johansson, Olivera Platta bardzo lubię. Dustin Hoffman jest świetny, a Robert Downey Jr. Mam wrażenie tę jedną scenę w której występuje, zagrał bez scenariusza. Wypada bardzo fajnie. W każdym razie tak jak zachęcałem do „Więzów krwi”, tak samo zachęcam do pójścia na „Szefa”.

Scena warta uwagi:

Jest prawie na początku filmu scena – nie bójmy się tego słowa „erotyczna” - w której główny bohater gotuje makaron dla Molly. Po prostu rewelacja.

 



środa, 11 czerwca 2014

(Feuchtgebiete, 2013)

Reżyseria: David Wnendt

Scenariusz: Claus Falkenberg i David Wnendt na podstawie powieści "Feuchtgebiete" Charlotte Roche

Grają (ci istotni): Carla Juri, Christoph Letkowski, Meret Becker, Axel Milberg

4/10

Jeśli mdlejecie na widok krwi, latających flaków i skaczących cycków, ten film nie jest dla was. Jeśli uważacie się za kozaków, którzy nie mdleją, to nie widzieliście jeszcze tego filmu. Nie da się ukryć, że jedzie po bandzie i wymaga mocnych nerwów. Jest w nim jedzenie nago arbuza z podłogi, mordowanie szczura za pomocą futryny, a także jazda na longboardzie w jadącym metrze. I inne rzeczy, nawet gorsze.

Problem w tym, że gdy weźmiemy w nawias wszystko to co w filmie związane jest z płynami ustrojowymi, pozostaje nam historia raczej przeciętna. Byłaby taka, gdyby ekshibicjonizmu w nim nie było, a jego obecność, w żaden sposób jej poziomu nie podnosi. Można było zrobić całkiem dobrą komedię (no może „komediodramat”) o mocno dysfunkcjonalnej rodzinie. Zaczątki takiej są. Ale tak naprawdę po każdym z bohaterów prześlizgujemy się powierzchniowo, choć każdy – i neurotyczna matka, i ojciec-sybaryta, nawet brat-niemowa – mógłby być osobnym, ciekawym tematem. Główna bohaterka też w sumie wychodzi na rozwydrzoną nastolatkę, choćby wiem jak mocnymi teoriami tłumaczono wykonywany przez nią szantaż otoczenia hemoroidami. Zakończenie jest cukierkowe, jak to w niemieckim filmie.

Scena warta uwagi

Szkoda tym bardziej, że niejedna scena jest absurdalnie zabawna, np. ta z małą Helen na wakacyjnej plaży opaloną w sposób, będący dowodem na nieczułość ojca. Jest jeszcze kilka innych scen, które niestety sprawią, że niejeden widz tej nie doceni, bo do niej nie dotrwa.



22:21, kubadybalski , komedia
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi