western

niedziela, 17 stycznia 2016

(Hateful Eight, 2015)

Reżyseria: Quentin Tarantino

Scenariusz: Quentin Tarantino

Grają (ci istotni): Samuel L. Jackson, Kurt Russel, Jennifer Jason Leigh, Tim Roth, Channing Tatum, Michael Madsen

4/10

„Nienawistna ósemka” jest filmem pełnym błyskotliwych dialogów, wyrazistych postaci, odważnego wyśmiewania poprawności politycznej, zahaczającej o filmową erudycję zabawy konwencją, eksperymentów fabularnych, kompozycyjnych i operatorskich, a także pełnym sentymentalnych nawiązań, z zatrudnieniem Ennio Morricone na czele. I trudno z tym wszystkim wytrzymać w kinie bite trzy godziny wiedząc, że to samo ogląda się po raz ósmy, o czym twórca filmu informuje stosownym napisem już na wstępie (swoją drogą wychodzi na to, że oba „Kill Bille” traktuje jak jeden film). „Nienawistna ósemka” to powtarzanie motywów zgranych przez Tarantino wielokrotnie, a kompozycyjnie to właściwie klon „Wściekłych psów” - zerżnięty z samego siebie pomysł zamknięcia grupy bad-assów w jednym miejscu, w którym będą się wzajemnie wyrzynać w poszukiwaniu zdrajcy. Tamten pełnometrażowy debiut Tarantino, był świeży i odkrywczy. „Pulp Fiction” było zjawiskowe i okazało się jednym z najważniejszych filmów w historii kina. „Nienawistna ósemka” jest nudna.

Tarantino to fenomen, podrabia w sposób niepodrabialny. Tylko, że wszystko co miał do powiedzenia, przekazał widzowi dwie dekady temu, tak między „Od zmierzchu do świtu” a „Jackie Brown”. Potem jego fenomenalność polega na zarabianiu pieniędzy na odgrywanym po raz kolejny tym samym temacie w różnych okolicznościach przyrody. Za dwa albo trzy lata nakręci film o piratach, albo dziejący się w kosmosie (albo o piratach w kosmosie), w którym znów wszyscy będą do siebie gadać, krew będzie tryskała na wszystkie strony i będzie tam Samuel L. Jackson. To się już pewnie nigdy nie zmieni. Wojciech Orliński w recenzji w „Gazecie” dał wyraz swojemu zachwytowi nad „typowym filmem Tarantino dla wielbicieli Tarantino”, choć napisał, że rozumie tych, którym się film nie spodoba. Mam odwrotnie. Film mi się nie podoba, choć zatwardziali wielbiciele „Wściekłych psów”, którzy ten film mogą oglądać wielokrotnie, równie dobrze mogą obejrzeć „Nienawistną ósemkę”. I w tym właśnie kłopot. Wszyscy już ten film widzieliście, nawet jeśli jeszcze nie byliście w kinie.

Scena warta uwagi:

Wszystkie nie tylko są warte, ale wymagają uwagi.

P.S. Zafascynowanym tytułem polecam dać sobie spokój z liczeniem głównych bohaterów. Zdaniem Filmotatnika to chodzi o liczbę filmów reżysera...

sobota, 30 sierpnia 2014

(Lone Ranger, 2013)

Reżyseria: Gore Verbinski

Scenariusz: Justin Haythe, Ted Elliott, Terry Rossio

Grają (ci istotni): Armie Hammer, Johnny Depp, Helena Bonham Carter, Tom Wilkinson, Barry Pepper, William Fichtner

3/10

Słownikowy przykład „popłuczyn”. Gore Verbinski postanowił nakręcić „Piratów z Karaibów” w wersji westernowej i to właśnie zrobił. Johnny Depp wykonuje te same miny, robi te same gesty, mówi takim samym głosem (choć nieco mniej) i nawet jest trochę podobnie umalowany (tylko tym razem groteskowo) co grając Jacka Sparrowa. A poza tym nic się nie zmienia. Jest historia o złych, jednym dobrym, ale niezrozumianym, jest kobieta, jest trochę pojedynków, trochę strzelania, trochę wybuchów, a to wszystko stylizowane na Dziki Zachód. Nieciekawe, przewidywalne, schematyczne, nawet nieśmieszne.

Drugiego akapitu nie będzie. W filmie brakuje treści na drugi akapit.

Scena warta uwagi:

Jest w filmie absurdalna scena, w której główny zły charakter (akurat całkiem niezły Fichtner) zjada bratu głównego bohatera serce. Tzn. najpierw go rozkraja, żeby się do serca dostać. Tylko przez kolejny kwadrans zastanawiałem się dlaczego próbując dostać się do serca, zrobił mu dziurę gdzieś w okolicach dolnych rejonów jelit. W ogóle wyglądało jakby coś innego chciał mu zjeść. To jedna z wielu przedziwnych nieścisłości w filmie.



środa, 04 września 2013

(Django Unchained, 2012)

Reżyseria: Quentin Tarantino

Scenariusz: Quentin Tarantino

Grają (ci istotni): Christoph Waltz, Jamie Foxx, Leonardo DiCaprio, Samuel L. Jackson, Kerry Washington, Don Johnson, Quentin Tarantino

8/10

Pamiętam recenzje „Django” gdy film był w kinach. Jacek Szczerba pisał w „Gazecie”, że to najlepszy film Tarantino, od czasu pierwszego „Kill Billa” (w tekście pod jakże celnym tytułem „Krew na białej bawełnie”). Z kolei Paweł Mossakowski w „Co jest grane” raczej ostrzegał, twierdząc, że podobnie jak w „Bękartach wojny” w połowie film traci na tempie, i w ogóle „Bękarty...” są lepsze. Z powodu tego drugiego, „Django” odłożyłem na później, bo istotnie poprzedni film Tarantino w połowie zaczął mnie nudzić. A szkoda. Obejrzałem i z Mossakowskim się nie zgadzam. Ze Szczerbą zresztą też nie. Może pomijając jedną z części „Czterech pokojów”, to najlepszy film Tarantino od czasu „Pulp Fiction”.

Prawie wszystko mi się w tym filmie podoba. Wyjątkowe role Waltza i Jacksona, muzyka, która jest takim pomieszaniem stylów, że wybitnie do filmu pasuje. Podoba mi się to, że teksański producent bawełny popija drinki w skorupie kokosa (?), a Django popija Grolscha (tak to wygląda), a Schultz Knickerbockera, czyli oficjalne piwo baseballistów NY Giants. I że w ogóle na Dzikim Zachodzie piją browara, a nie whisky. Podoba mi się fabuła, która, choć pełna absurdalnych przeskoków, dłużyzn, itp., przykuwa uwagę do samego końca, choć i tak wiadomo, że na końcu będą latające flaki i totalna rozwałka. Słowem, Taratnino zrobił porządny pastisz na swoim poziomie. Wreszcie.

Scena warta uwagi:

Jest co najmniej kilka. Ale mi się podobała ta, w której Django z grzbietu konia obsztorcowuje niewolników, którzy krzywo na niego patrzą. Gangster. I jeszcze w tle leci „100 Black Coffins” Ricka Rossa...



Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi