horror

poniedziałek, 02 kwietnia 2018

(Get Out, 2017)

Reżyseria: Jordan Peele

Scenariusz: Jordan Peele

Grają (ci istotni): Daniel Kaluuya, Catherine Keener

7/10

Film Jordana Peele był w kinach gdzieś wiosną zeszłego roku, przemknął bez echa, a potem dostał oscarową nominację, a w końcu nagrodę za scenariusz oryginalny. Nie da się ukryć, że komediowy horror z zacięciem społeczno-politycznym jest dość oryginalny. Sama historia jest niezbyt odkrywcza, Filmotatnik byłby od ręki podać kilka tytułów filmów, które wykorzystują dokładnie ten sam motyw, by przestraszyć widza. Jako horror to film dość zgrany. Z drugiej strony filmów o tym, że bogaci amerykańscy WASP-owie - tacy ze wschodniego wybrzeża USA, lewicujący, którzy zioło palili w młodości, a nierzadko dalej popalają i głosowali na Obamę rękami i nogami – bardzo by chcieli nie uchodzić za rasistów, choć nie mają pojęcia jak to zrobić, też było sporo. Podobnie jak komedii  o tym, że ziomale z Bronxu sami wyśmiewają się z białasów, którzy próbują ich traktować jak białasów. Peele jednak łączy jedno z drugim (i z trzecim, i z czwartym), choć na pierwszy rzut oka pasuje to jak pięść do nosa, i robi to bardzo sprawnie. Z braku laku na tegorocznej gali oscarowej dostał statuetkę. Wstydu nie ma.

Bo „Uciekaj!” ogląda się bez gromkich rechotów, ale z niezchodzącym z ust półuśmiechem. Amerykanie zresztą od pewnego czasu robią komedie z mocnym inteligenckim zacięciem, wyśmiewają się z samych siebie, nie boją się szarpać dość czułych społecznych strun zarówno w tych komediach w których to szarpanie jest tylko przecinkiem miedzy żartami o pierdzeniu i kutasach, jak i w tych na drugim końcu skali, takich jak film Peelego. Aktorzy którzy zaczynali w komediach (a właściwie zanim wzięli się za pełne metraże – w SNL) biorą się za „poważne filmy” jak Ben Stiller czy Steve Carrel, który prawie dostał Oscara za „Foxcatchera”. „Poważni” aktorzy z kolei lubią grać w komediach jak Mila Kunis czy James Franco. Wreszcie nie można nie zauważyć, że być może najbardziej pomysłowe filmy kręcone dziś za Oceanem, to właśnie komedie, pozornie głupie i banalne, w praktyce wciągające („Zoolander”,„Jaja w tropikach”,„Ted”). W Polsce, w tym względzie, tylko dzięki starzejącemu się niestety Juliuszowi Machulskiemu, nie jesteśmy sto lat za… hmm… daleko w lesie.

Scena warta uwagi:

W dobrym filmie najlepsza scena jest na końcu. W tym właśnie tak jest.

P.S. Oscary rozdane, ale ponieważ Filmotatnik z różnych powodów nie mógł w tym roku się na nie przygotować to i tak przygotuje własny ranking. Tym bardziej, że już widać, że wybór akademii tym razem był kompletnie chybiony (tytuły to kilkalne linki do notek).

1. „Dunkierka” 8/10
2. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” 7/10
3. „Czwarta władza” 7/10
4. "Uciekaj!" 7/10
5. „Lady Bird” 5/10
6. „Nić widmo” 4/10
7. „Kształt wody” 4/10
8. „Czas mroku” 3/10

Do obejrzenia: „Tamte dni, tamte noce”

12:48, kubadybalski , horror
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 marca 2018

(Wieża. Jasny dzień, 2018)

Reżyseria: Jagoda Szelc

Scenariusz: Jagoda Szelc

Grają (ci istotni): Anna Krotoska, Małgorzata Szczerbowska, Rafał Cieluch, Rafał Kwietniewski

4/10

Dwie siostry spotykają się po latach. Między nimi nie jest dobrze, ale spotkanie ma być jakąś próbą pogodzenia się. To trudne, bo są od siebie kompletnie różne. Coś co zaczyna się jak dramat obyczajowy, na końcu zahacza o horror, choć Szelc przez cały film trzyma widza w napięciu, oblewa go niepokojącą atmosferą, każe mu się zastanawiać kto tu komu zaraz da po pysku. Bo choć obserwujemy niby, zwykłe życie rodzinne, to emocje buzują w każdej sekundzie. Ta atmosfera istotnie reżyserce wychodzi świetnie. Problem w tym, że widz, który zechce śledzić historię, szybko się pogubi, być może znudzi, a na końcu rozczaruje. Nikt mu nie wyjaśni co właśnie obejrzał, będzie musiał wierzyć na słowo krytykom, że ta wieloznaczność i multum możliwych interpretacji jest wspaniała i przełomowa w polskim kinie. Nie jest.

Film jest bardzo konkretną dziedziną sztuki. Zdecydowanie bardziej konkretną niż np. teatr. Reżyser odpowiada za dzieło. Film służy po to, by jego pomysł – ciekawa historia, moralitet, zwrócenie uwagi na jakieś zjawisko, fajna rozrywka – opowiedzieć widzowi. Czasem film ma drugie dno, jest szaradą, łamigłówką dla widza, który może na rozwiązanie nie wpaść, ale nie można mu nie dać szansy, by je znalazł. Tymczasem „Wieża…” sprawia wrażenie właśnie takiego filmu, który pozostawia widza ze znakami zapytania, a reżyserka w wywiadach nadaje mu tyle znaczeń, że trudno za nią nadążyć. A jeśli nawet uznać, że Mula to to, co konkretne, cielesne, uporządkowane i stabilne (wieża), a Kaja to to, co zwiewne, emocjonalne, niezwiązane kulturowymi i społecznymi konwenansami (jasny dzień) i reżyserka chciała sprawdzić jak to pierwsze może się nagle zawalić, to nie opowiedziała tej historii jakoś szczególnie wciągająco.

Scena warta uwagi

Mimo wszystko wstrząsające jest zakończenie. Choć w sferze emocji. Fabularnie, bez szału.

20:22, kubadybalski , horror
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 stycznia 2018

(Shape of Water, 2017)

 

Reżyseria: Guillermo del Toro

Scenariusz: Guillermo del Toro, Vanessa Taylor

Grają (ci istotni): Sally Hawkins, Michael Shannon, Richard Jenkins, Octavia Spencer

4/10

Niczym się niewyróżniający horror o niemej sprzątaczce w tajnym kompleksie wojskowym, która zakochuje się w potworze z wody. Rzecz się dzieje na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych więc główne przesłanie to prawo do życia, wolności, szacunku i miłości dla wszelkich dziwactw, którym ówcześnie, ale też i dziś takich praw się odmawia. W „Kształcie wody” tym uciśnionym jest człowiek-ryba, ale nie zapomniano też o Afroamerykanach, kobietach, jest też jeden radziecki szpieg, ale o dobrym sercu. Oczywiście złym charakterem jest pozbawiony uczuć wojskowy-naukowiec, który się nie uśmiecha. Choć w tym filmie nie zobaczycie niczego, czego nie widzielibyście w kinie już wiele razy, z jakiegoś powodu dostał siedem nominacji i dwa Złote Globy (w tym za muzykę dla Alexandre'a Desplata, która niczym nie wyróżnia się od innych ilustracji muzycznych do filmów, napisanych przez Desplata), no i czekają go pewnie jakieś nominacje oscarowe.

Guillermo del Toro, który w pokazywaniu na ekranie różnych obrzydlistw lubuje się równie mocno jak Tim Burton, miał całkiem niezły pomysł na film. Nauczyć widza tolerancji i empatii pokazując mu na ekranie coś tak przedziwnego i innego, że naturalnie ma się wrażenie, że to przesada. Bo „inni” w tym filmie są wszyscy (główna bohaterka to niemowa, jej przyjaciel – gej, jej przyjaciółka z pracy – czarna, lekarz który im pomaga – Rosjanin), ale Amfibiaman wszystkich bije o kilka długości. Tyle, że nie ma umiaru w przerysowywaniu, więc film momentami ociera się, chyba niezamierzenie, o pastisz. W efekcie mamy dość banalną bajkę, choć wizualnie efektowną.

Scena warta uwagi:

Nietypowo będą to sceny, które ciągną film w dół. Z niewyjaśnionego powodu reżyser kazał swoim aktorom, Amerykanom, mówić po rosyjsku. I mówią, a przynajmniej próbują, całą energię zużywając na próby artykulacji. Wychodzi to fatalnie. Kilka scen w filmie jest więc zagrana na poziomie szkolnych jasełek, w których aktorzy z najwyższym trudem skupiają się po prostu na wypowiedzeniu kwestii.

15:27, kubadybalski , horror
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 grudnia 2017

(Mother!, 2017)

Reżyseria: Darren Aronofsky

Scenariusz: Darren Aronofsky

Grają (ci istotni): Jennifer Lawrence, Javier Bardem, Ed Harris, Michelle Pfeiffer, Domhnall Gleeson

8/10

Efektowny traktat filozoficzny od Darrena Aronofsky’ego, który zadaje pytania fundamentalne (kim jesteśmy? dokąd zmierzamy?) i na nie odpowiada (jesteśmy chuliganami, zmierzamy do katastrofy). Mamy więc piękny, stary, drewniany dom pośrodku rajskiej sielanki, a w nim małżeństwo. Ona opiekuje się domem, On tworzy. Szybko jednak w domu pojawiają się goście, w których ona – słusznie – widzi zagrożenie, ale On, co wiadomo od tysięcy lat i pod każdą szerokością geograficzną, nie może bez nich żyć. Wszystkie najważniejsze wydarzenia reżyser błyskotliwie zamyka w przestrzeni domu i okolic. To oczywiście film, w którym dużo symboliki, niezbyt trudnej do rozpoznania, za to bardzo miłej do odgadywania. Widz będzie się dobrze bawił, nie tylko oglądając, ale też rozkminiając, o co chodzi. Taka kinowa szarada.

Można „Mother!” oglądać jako film ekologiczny i nie byłaby to interpretacja naciągana, jak w przypadku poprzedniego filmu Aronofsky’ego. Greenpeace mógłby spokojnie dołożyć się do produkcji. Można go oglądać jak horror, choć szybko widz zda sobie sprawę, że to nie jest zwykły horror, ale gdzieś pod spodem ma drugie znaczenie. Można też podziwiać aktorskie duety, bo Amerykaninowi udało się zgromadzić na planie aktorów, którzy mają na koncie albo Oscara, albo po wiadrze nominacji, albo – jak młody Gleeson – przynoszą oscarowe szczęście filmom, w których grają. To co Filmotatnik cieszy najbardziej, to fakt, że Aronofsky - reżyser, który po filmach które nakręcił („Pi”, „Czarny łabędź”), mógłby już w życiu nic nie robić, a i tak byłby jednym z najfajniejszych w historii – wciąż ma pomysły, wciąż próbuje i nawet jeśli nie zawsze wychodzi mu najlepiej, to się nie zraża. Tym razem mu wyszło.

Scena warta uwagi

Nie jedna, ale cała sekwencja od momentu uroczystej kolacji, gdy Matka jest w ciąży, do narodzin dziecka. Coś hipnotyzującego. I tylko można się zastanowić, w którym miejscu jesteśmy. Zdaniem Filmotatnika właśnie wyrwaliśmy telefon.

sobota, 31 października 2015

(Crimson Peak, 2015)

Reżyseria: Guillermo del Toro

Scenariusz: Guillermo del Toro, Matthew Robbins

Grają (ci istotni): Jessica Chastain, Mia Wasikowska, Tom Hiddleston

5/10

Guillermo del Toro lubi komiksowe filmy. Takie w których wstęp do sceny zaczyna się ujęciem, które mogłoby być obrazem. Dlatego ogromną wagę przywiązuje do scenografii. Równie mocno lubi pokręcone osobowości i zabawy okrucieństwem, dlatego niezależnie czy film reżyseruje, czy tylko go pisze (a jest równie płodnym scenarzystą co reżyserem, przyłożył m.in. rękę do wszystkich części ekranizacji "Hobbita") można mieć pewność, że ani jednego ani drugiego nie zabraknie. Tym razem zrobił horror z dużą ilością duchów, w stylu wiktoriańskim, w którym kolory odgrywają olbrzymia rolę. „Crimson Peak” jest najprzyjemniejsze dla oczu. Sam pomysł na osadzenie historii sprawia, że film jest do gruntu krwawy i należy to stwierdzenie traktować dosłownie.

Tyle tylko, że za orgią dla oczu nie nadąża fabuła, która wielokrotnie wyraźnie kuleje. Jeśli wybierzecie się na ten film do kina, to raczej będziecie się bać niespodziewanych krzyków zza pleców niż samej wciągającej historii. Choć w powietrzu latają noże, tasaki i zjawy, to wątek często się plącze i w ostatnich scenach bezsens goni bezsens. Meksykaninowi zdecydowanie zdarzało się robić ciekawsze filmy. Plus za Jessikę Chastain. W „Marsjaninie” trochę jej talent się marnował. Tu przynajmniej ma ciekawą rolę.

Scena warta uwagi:

No właśnie prawie każda z Chastain, w której jej bohaterka traci nerwy. Na dobrą sprawę w ciągu kilku ostatnich lat wyrosła w Hollywood aktorka, którą niedługo będzie można równać do najlepszych w historii kina. Takie mam przeczucie.

niedziela, 25 października 2015

(Demon, 2015)

Reżyseria: Marcin Wrona

Scenariusz: Paweł Maślona, Marcin Wrona na motywach dramatu Piotra Rowickiego „Przylgnięcie”.

Grają (ci istotni): Itay Tiran, Agnieszka Żulewska, Andrzej Grabowski, Adam Woronowicz

8/10

Temat, który od jakiegoś czasu filmowcy nad Wisłą podejmują chętnie, czyli utracony kilkadziesiąt lat temu żydowski fragment tożsamości tego kraju, Marcin Wrona wrzucił w klimaty znane z "Wesela" Smarzowskiego i zrobił z tego thrillero-horror. Efekt, wbrew temu pozornemu miszmaszowi, jest znakomity. To dobry film. Rasowy thriller, zrobiony prostymi środkami, który wciąga. Hollywood historie w takim klimacie kręci często, choć zwykle nie są to jakieś kasowe superprodukcje, ale od czasu do czasu któryś z nich stanie się znany. „Demon” pokazuje, że można taki film zrobić też nad Wisłą, bo są tu specjaliści od tego, a co ważniejsze, są tu historie które się do tego nadają.

Bo najważniejsza w tym filmie jest historia. Wrona przygotował ją z olbrzymią uwagą. Opowiada ją bez dłużyzn. Siedząc w kinie przez „Demona” się płynie. Każda kolejna scena sprawia wrażenie jakby była przygotowana z myślą o tym, by widza trzymać w niepewności, czy to co ogląda za chwilę stanie się horrorem, może gorzką komedią na wzór filmu Smarzowskiego, a może czymś w rodzaju „Pokłosia”. Świetnie wypada Itay Tiran, który jest przede wszystkim aktorem teatralnym (i to widać), gra po angielsku i łamaną polszczyzną, ale sobie z tym radzi. Dorównują mu Agnieszka Żuławska i zawsze świetny Adam Woronowicz. Choć recenzje są różne, pozytywne, ale np. Tadeusz Sobolewski trochę na ten film marudził, to ja go z czystym sercem polecam.

Scena warta uwagi:

Wiele dobrych, ale chyba koniec filmu jest najmocniejszy.

17:57, kubadybalski , horror
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 lipca 2014

(Deliver Us From Evil, 2014)

Reżyseria: Scott Derrickson

Scenariusz: Scott Derrickson, Paul Harris Boardman (na podstawie książki „Beware the Night” Ralpha Sachiego)

Grają (ci istotni): Eric Bana, Edgar Ramirez

3/10

Reżyser i scenarzysta spotkali się żeby obejrzeć „Siedem”. Potem pogrzebali w DVD, znaleźli jeszcze „Egzorcystę”, a potem w ich ręce trafił jeszcze „Omen”. Jak już obejrzeli reżyser stwierdził „Kurczę, ale fajne. Zróbmy film, jak te trzy!”, „Tak jest, zróbmy. Pyszny pomysł! Nawet książkę podobną czytałem. Napiszę!” - odparł scenarzysta. A ponieważ nie umieli, wyszło „Zbaw nas ode złego”.

Najgorzej robi filmowi sytuacja, gdy wychodzi z niego niezamierzony pastisz. A ten film takim właśnie jest. Początkowo jeszcze można mieć nadzieję, że oglądamy średni horror. Ale gdy główni bohaterowie zaczynają prowadzić przepełnione banałem poważne rozmowy („zło”, „dobro”, „Bóg”, „sumienie”, itp.) wszelkie nadzieje pryskają. W sumie oglądamy historię o policjantach, którzy raz na jakiś czas spotykają jakiegoś opętanego. Opętanego można rozpoznać po tym, że jest umazany jakąś sadzą, krwią i syczy. Jak kiedyś spotkacie kogoś takiego, to uważajcie, bo możliwe, że jest w posiadaniu szatana. A film sobie darujcie.

Scena warta uwagi:

Jest scena w której policjant rozmawia w barze z księdzem. To punkt zwrotny filmu. Do tego momentu jest średnio. Od niego robi się źle. W każdym elemencie – spójności fabuły, sensowności postępowania bohaterów, itd. W każdym razie ostrzegałem.



Tagi: Eric Bana
23:55, kubadybalski , horror
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 06 lipca 2014

(Babadook, 2014)

Reżyseria: Jennifer Kent

Scenariusz: Jennifer Kent

Grają (ci istotni): Essie Davis, Noah Wieseman

5/10

To film o potworze z szafy. Poprzednie zdanie jest nie tyle wyrazem syntetycznych zdolności Filmotatnika, który potrafi opowiedzieć film w kilku zaledwie słowach, ale to naprawdę film o potworze z szafy i tak naprawdę nic więcej tam nie ma. Horror klasyczny jak hat trick. Dom, dwoje głównych bohaterów (w tym wypadku matka z kilkuletnim synem) i tytułowy strach na lachy. Trochę straszny, trochę przewidywalny, z zakończeniem, które ani ziębi, ani grzeje. To film z tych, które w sobotę TVN pokazuje nie o 20.30, ale raczej o 23.45. Zresztą sam nie wiem. Nie mam chyba dobrego oka do horrorów, bo nie pamiętam takiego, który by mnie jakoś porządnie przestraszył.

Co się w filmie, w sumie zrobionym za niewielkie pieniądze, może podobać to sprawność realizacyjna, czyli zdjęcia, scenografia, detale takie jak np. książka o Babadooku, na bardzo solidnym poziomie, płynnie rozwijająca się historia pogrążającej się w obłędzie matki no i grający małego Samuela Noah Wieseman, który roli łatwej nie miał, a jest bardzo przekonujący. W niektórych scenach wręcz widać, że boi się naprawdę. Filmowi robi to dobrze, choć sam film jest przeciętny.

Scena warta uwagi:

Bardzo mi się spodobały wszystkie sceny, w których Amelia czyta książkę o Babadooku. Banalnie prosty pomysł, a bardzo dobra i mocne sceny, świetnie sfilmowane.



17:02, kubadybalski , horror
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 czerwca 2014

(Mega Snake, 2007)

Reżyseria: Tibor Takacs

Scenariusz: Avi Lerner, Oren Senderman

Grają (ci istotni): darujmy sobie...

1/10

Dumna i dzielnie stawiająca czoło przeciwnościom losu Ameryka wyrosła z zasad wciąż pielęgnowanych na rodzinnej, małomiasteczkowej prowincji. Jeśli jednak ta prowincja w rzeczywistości choć trochę przypomina małe miasto w stanie Tennessee (udawane w filmie przez bułgarskie lasy, bo dla utrzymania kosztów w ryzach SciFi nakręciło ten film telewizyjny pod Sofią), to nie ma dla USA nadziei... Jakkolwiek zaskakująca dla mieszkańców jest informacja, że ich miasto atakuje tytułowy megawąż (przyznaję, można stracić głowę) to zachowują się wobec tego faktu idiotycznie. W węża wierzy tylko główny bohater (rzecz jasna), jego miłość życia (policjantka, która niespodziewanie wyjawia, że ma doktorat z zoologii) i indianin, któremu węża ukradziono. Reszta przekonuje się o zagrożeniu gdy jest zjadana. Zaczyna się od kota, potem jest mama głównego bohatera, kury, pies, brat głównego bohatera, rodzina piknikująca nad jeziorem, kilku policjantów, a potem megawąż atakuje miejski festyn, więc leci hurtowo. Zdradzę wam finał – wszystko kończy się dobrze, również jeśli chodzi o mocno zarysowany wątek romantyczny.

Byłem bardzo otwarty względem tego filmu, tym bardziej, że nie jest to prosta krwawa jatka. Autorzy natrudzili się, by stworzyć skomplikowany background. Szukałem plusów. Przestałem gdzieś po kwadransie, gdy po raz trzeci szczerze buchnąłem śmiechem. Zapamiętajcie podstawową zasadę dotyczącą wielkiej ogólnej teorii kina. Najgorsze filmy świata prawie zawsze albo dotyczą jakiegoś przerośniętego zwierzęcia, albo są kooprodukcjami amerykańsko-bułgarskimi. „Megawąż” w malowniczy sposób łączy obie przesłanki. Szukając informacji na jego temat trafiłem na recenzję w specjalistycznym (?) serwisie animalattack.pl, w której autor podsumowuje [cytuję oryginał – red.]: „...jest to naprawdę niezłe „dziełko” – na pewno lepsze niż dwa wcześniejsze filmy Węgra zatytułowane „Ice Spiders” i „Kraken: Tentacles of the Deep” i stąd też oceniam je na lekko naciąganą trójkę z plusem. Fani filmów z wężami powinni być w jakimś tam stopniu usatysfakcjonowani a reszta zanim postanowi ów obraz obejrzeć niechaj się dwa razy zastanowi...”.

Błagam, nie oglądajcie „Ice Spiders”, ani „Kraken: Tentacles of the Deep”. Ja nie obejrzę, bo się boję.

Scena warta uwagi:

„Twierdzisz, że zabiłem własną rodzinę!?”, „Nie ja to powiedziałem...”, „Dobrze Sherlocku, to kto według ciebie wytłukł wszystkie kury?”, „Nie wiem, może kot”, „Taaak? A kto zabił kota?”, „Może pies?”, „A kto zabił psa? Nie, nic nie mów! Oczywiście, według ciebie zabiłem też psa!” „Jak dla mnie to oficjalne przyznanie się do winy, szkoda, że nie przyniosłem dyktafonu...”



21:58, kubadybalski , horror
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 października 2013

(The Divide, 2011)

Reżyseria: Xavier Gens

Scenariusz: Karl Mueller, Eron Sheean

Grają (ci istotni): Michael Biehn, Rosanna Arquette, Milo Ventimiglia, Michael Eklund, Lauren German

6/10

To właściwie mógłby być wpis w części muzycznej „Filmotatnika” bo na ten film trafiłem przez główny motyw z ostatnich scen. Przeszukując You Tube'a można znaleźć piosenkę promującą film, w której do muzyki Jean-Pierre'a Taieba dołozono słowa i powstał utwór „Running After My Fate”. Rewelacyjny. Zresztą Taieb współpracował już z Gensem i przy „Frontiere(s)” i przy krótkometrażowym „Au petit matin” i francuski reżyser powinien pilnować swojego kompozytora jak oka w głowie, bo jego muzyka podnosi ocenę.

A w tego typu filmach – to dość nietypowy film postapokaliptyczny - muzyka może wiele i buduje nastrój. W Nowym Jorku doszło do atomowej eksplozji. Nie wiadomo, jak, kto i dlaczego, bo w pierwszej scenie jest powszechne ratuj się kto może. A ok. dziesięć osób zbiega do piwnicy, gdzie jest schron. Ratują życie, ale co dalej? Bez zdradzania historii, która prawie w całości toczy się we wspomnianej piwnicy, trzeba oddać Gensowi, że zrobił film „brudny”. Trudny do oglądania, mroczny, niesamowicie brutalny, ale tym samym w perwersyjny sposób wciągający. Film o ludziach którzy znaleźli się w sytuacji tak krytycznej, że sami nie do końca zdają sobie z tego sprawę. Fascynuje jak z biegiem czasu się zmieniają. Jak ci, wydawałoby się najmocniejsi, z biegiem czasu tracą siłę, a słabi radzą sobie lepiej niż można się spodziewać. O bohaterach mamy strzępki informacji, poznajemy ich na początku filmu, pod koniec to często inni ludzie. To ciekawy film, choć dla odpornych widzów.

Scena warta uwagi:

Niejedna. „The Divide”, poza kilkoma błędami, być może niezrozumiałymi decyzjami bohaterów, to sprawnie przeprowadzona fabuła. A mi bardzo podoba się pierwsza scena gdy Eva ogląda przez okno wybuch. Trwa krótko, bo zaraz mąż łapie ją za rękę i każe uciekać. Ale i scena jest ładna i sama Lauren German, która gra Evę w tym filmie wygląda świetnie. Niewiele zdradzę, jeśli powiem, że film jest spięty pewną klamrą, więc na końcu...

P.S. I jeszcze jedno. Okazało się, że Michael Biehn jest aktorem. On naprawdę umie grać. Nie spodziewałem się tego po nim.

 
1 , 2
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi