musical

sobota, 04 lutego 2017

(La La Land, 2016)

Reżyseria: Damien Chazelle

Scenariusz: Damien Chazelle

Grają (ci istotni): Emma Stone, Ryan Gosling, John Legend

8/10

Bardzo efektowny film, który garściami czerpie z olbrzymiej tradycji amerykańskich musicali, i to mniej nawet z tych w okolicach „Moulin Rouge”, a bardziej z tych zbliżonych do „Deszczowej piosenki”. „La La Land” już od początku równa poziomem rozśpiewania i roztańczenia z finałowymi scenami z Bollywood, operator kamery dokonuje przez dwie godziny cudów ekwilibrystyki, a przez samą historię płynie się swobodnie. Reżyser po mistrzowsku kieruje uwagą widza. Jeśli spodziewacie się czegoś na zasadzie „pięć minut gadania, pięć minut piosenki” to dostaniecie coś zupełnie przeciwnego. Chazelle nadał filmowi własną konstrukcję. Im relacje Mii i Sebastania robią się poważniejsze, tym mniej serwuje wesołego muzykowania, aż do finału, który w takich filmach musi być tąpnięciem. I jest. Filmotatnik nie byłby zawiedziony, gdyby dostał Oscara za reżyserię. Bo za najlepszy film, to chyba jednak nie.

Rzecz w tym że jeśli ktoś idzie do kina po rozrywkę (w jak najbardziej pozytywnym i poważnym znaczeniu tego słowa), po to, żeby się zachwycić tym o na ekranie, to „La La Landem” się istotnie zachwyci. Jeśli jednak chodzi do kina by posłuchać i obejrzeć historię, opowieść, to w gronie nominowanych są po prostu filmy lepsze. Filmotatnik chodzi do kina i po to pierwsze, i po to drugie, ale jednak bardziej po to drugie. Nie znaczy to, że film Chazelle'a jest głupi i banalny. Niby młody reżyser zrobił film kompletnie inny od kameralnego przecież „Whiplash”, ale tak naprawdę znów opowiada o tym że młodzież nie potrafi odpuścić, tam gdzie powinna to zrobić. Tyle, że nie jest pod tym względem zaskakujący. Ona i on się zakochują, chcą gonić marzenia, chcą być perfekcyjni, życie weryfikuje ich plany. Nawet wspomniany w poprzednim akapicie efektowny koniec filmu, też już amerykańskie kino wypróbowało (tytułu nie podam, żeby nie zdradzać co się stało). Jeśli więc zastanawiacie się czy iść – tak, zdecydowanie. To świetny film. Jeśli zastanawiacie się, czy powinien dostać Oscara – nie.

Scena warta uwagi:

Rzecz jasna ta z piosenką. Najlepsza to chyba ta, gdy Mia i Sebastian śpiewają razem przy fortepianie.

P.S. Amerykańscy bukmacherzy zwykle się nie mylą, ale „Zjawa” też miała zgarnąć nagrodę, a przegrała z prostym filmem o dziennikarzach, no to może teraz też się pomylą. Klasyfikacja oscarowa Filmotatnika wygląda więc tak (tytuły to linki kierujące do notek):

1. „Nowy początek” - 9/10

2. „Manchester by the Sea” - 8/10

3. "La La Land" - 8/10

4. „Aż do piekła” - 7/10

5. „Lion. Droga do domu” - 6/10

6. „Przełęcz ocalonych” - 2/10

Do obejrzenia: „Fences”, „Ukryte działania”, „Moonlight”.

niedziela, 08 grudnia 2013

(Les Miserables, 2012)

Reżyseria: Tom Hooper

Scenariusz: William Nicholson, Alain Boublil, Claude-Michel Schönberg i Herbert Kretzmer (na podstawie musicalu „Les Miserables”)

Grają (ci istotni): Hugh Jackman, Russell Crowe, Anne Hathaway, Amanda Seyfried, Eddie Redmayne, Helena Bonham Carter, Sacha Baron Cohen

8/10

Na wstępie zaznaczę, że film jest świetny i bardzo mi się podobał, żebym potem z czystym sumieniem mógł wymieniać wszystkie wpadki, mimo których warto go obejrzeć. Ale od jakiegoś czasu jak coś trafia na krótką oskarową listę, to jest zwykle warte obejrzenia. Nie inaczej jest tym razem. Co więc można mu zarzucić? Choćby to, że Hugh Jackman, a zwłaszcza Russell Crowe nie powinni śpiewać, co w tym przypadku jest trudne, bo film nie jest ekranizacją powieści, ale musicalu z 1985 r. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że najgorzej temu filmowi robi to, że jest śpiewany. Owszem, niektóre sceny (np. w tkalni, czy podczas pogrzebu generała Lamarque'a) wypadają świetnie, ale wspomniani panowie wyciągając wysokie C wyraźnie się męczą. A i tak „Nędznicy” zasłużyli na bardzo wysoką ocenę. Technicznie jest zrobiony perfekcyjnie. Urzeka muzyką i zdjęciami. Reżyserowi Tomowi Hooperowi udało się przenieść widowisko teatralne na taśmę filmową bez uszczerbku dla spójności fabuły. Wręcz przeciwnie, film na tym zyskuje, bo poszczególne sceny są malownicze, zanurzone w dopracowanej do perfekcji scenografii dają pole do popisu dla aktorów.

A z odtwórcami ról głównych i epizodów brytyjscy producenci trafili w dziesiątkę. Tu nie ma złej roli. Crowe jako Javert i Jackman jako Valjean, pomijając ich brak umiejętności śpiewu, wypadają bardzo dobrze. W epizodach błyszczą Sacha Baron Cohen i (jakżeby inaczej) Helena Bonham Carter. Świetny jest młody Daniel Huttlestone jako Gavroche i Samantha Barks w roli Eponine, która zresztą tę samą postać grała w adaptacji w Queens Theatre. Ale rewelacyjnie, powtarzam – zjawiskowo – zagrała Anne Hathaway w roli Fantine. Stosunkowo krótki występ, dał jej absolutnie zasłużonego Oskara za drugoplanową rolę żeńską. W dodatku ona, w przeciwieństwie do kolegów z planu, śpiewać umie.

Scena warta uwagi:

Za co Anne Hathaway dostała statuetkę? Choćby za scenę, w której śpiewa piosenkę „I Dreamed a Dream”. Rewelacja.



Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi